Comatose

przez , 27.sty.2014, w Coruscant

Hello Jedi Knights. Straszne, straszne spóźnienie… Ale brak czasu i weny robi swoje. Póki co czas ferii zimowych i udana jazda na nartach w zeszłym tygodniu :D Annica „dorasta” w pewnym sensie, a kolejny rozdział szykuje się całkiem niezły ;D trzymajcie kciuki. I jeszcze jedno. Zapraszam na nowego bloga, mojego, Bujki i Dziecka, gdzie czeka już drugi świeżutki rozdział – www.ludzieumyslu.blogspot.com

Rozdział 16.

     Nie mogłam zrozumieć tego, co się wydarzyło. W końcu przez ostatnie szesnaście lat chodziłam do normalnej szkoły i udało mi się znaleźć przyjaciół. Ale ci cholerni Jedi musieli to zniszczyć.
     Stang! Co ja mówię…
     W każdym razie mój umysł nie był w stanie tego ogarnąć. Poleciałam na Dantooine i nagle wróciłam. Cały czas wydawało mi się, że to, co tam przeżyłam, było tylko złudzeniem. Snem, który przeistoczył się w koszmar. Miałam wrażenie, że było to tak dawno. Zaczynałam nawet zapominać twarze Mattisa i Tore’a. Choć Cordii dziwnym trafem nie mogłam wymazać z pamięci, widziałam ją ilekroć zamykałam oczy.
     Nawet teraz, kiedy starałam się zasnąć. Materac był twardy i niewygodny, a poduszka zbyt płaska. Za oknami szumiał głośno wiatr, a o szyby rozbijały się kolejne krople deszczu. Kwatera, jaka została mi przydzielona w Świątyni, nie była wcale przytulna. Oprócz toalety, łóżka i szafy nie było tu niczego innego. Do starego mieszkania, którego nie widziałam już chyba od stu lat, nie odważyłam się wrócić. Nie brakowało mi mojego posłania, właściwie niczego mi nie brakowało. A przynajmniej próbowałam to sobie wmówić. Wcale nie tęskniłam za zapachami w łazience, zaparowanym lustrem, moimi ubraniami i jedzeniem, którego nigdy nie było w lodówce. Mogłam przeżyć bez tego, z łatwością.
     A jednak krzyczałam z rozpaczy, nie mogąc znaleźć sobie miejsca na skrzypiącej pryczy. Nie byłam w stanie powstrzymać szlochu, czułam jak drżę, ale nawet nie próbowałam z tym walczyć. Poddałam się wszystkim emocjom, wypłynęły ze mnie niczym zbyt duże ilości wody z tamy, która nie potrafiła jej utrzymać. Ilekroć zamykałam oczy widziałam straszne rzeczy. I wcale nie śniłam, nie wiedziałam czy to jakieś wizje na jawie, czy po prostu moja wyobraźnia wariuje. Dotarło do mnie, co wydarzyło się na Coruscant kiedy mnie nie było. Moja matka przemawiała w Senacie w jakiejś bardzo istotnej sprawie, nie spodziewając się niczego. Mówiła, aż tu nagle świst! i zostaje trafiona z blastera prosto w serce. Albo platforma, na której stała, nagle wybucha. Jej ciało płonie, a oczy tracą swój dawny blask. Już nie żyła. Nie było jej, zostawiła mnie i już nigdy więcej jej nie zobaczę. Czułam, że jej za to nienawidzę. A jednocześnie tak bardzo za nią tęskniłam, że wrzeszczałam z rozpaczy jeszcze głośniej. Potem zdawałam sobie sprawę, jakim człowiekiem był mój ojciec. Do granic możliwości zakochanym w kobiecie, bez której nie mógł żyć. W sumie mu się nie dziwiłam. A jednak nie potrafiłam uwierzyć, że zrobił coś takiego. Dał się skusić Ciemnej Stronie niczym naiwne dziecko, mimo ostrzeżeń, bo tam czekała nagroda w postaci cukierka. Pewnie naobiecywali mu niewiadomo czego, a on głupi posłuchał. Tyle lat spędzonych na walce ze złem, tyle wojen, bitew, walki na śmierć i życie. Wszystko na nic. Zaprzepaścił swoje życie, zawiódł mamę, Obi-Wana i mnie. Zresztą, całą Republikę. Pomyśleć, że był nazywany bohaterem. Nie wiedziałam co o tym myśleć, w mojej głowie krążyło tysiące uczuć. Byłam na niego wściekła. Strasznie wściekła. I jeszcze się bałam. Że zrobi coś strasznego, że teraz będzie się zachowywał jak Cordia – nie zawaha się użyć swojego miecza do podłych celów. Że wróci tu i mnie zarżnie. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Jak mogłam tak myśleć, to podłe. A jednak przypomniały mi się te wszystkie sny, być może nawet niektóre z nich okazały się być prawdziwe. Na pewno fakt, że to się rzeczywiście wydarzyło – stał się taki jak w moich koszmarach. Bałam się go jak ognia, ale było też w tym coś dziwnego. Obawiałam się o jego życie. Że coś mu się stanie, ktoś zrobi mu krzywdę. Może to głupie, ale go kochałam. I nie chciałam go utracić, tak jak matkę.
     Tej nocy nie mogłam zmrużyć oka. Tak więc wytarłam nos, ubrałam się i z zapuchniętymi oczyma opuściłam moją kwaterę. Mogłam tylko marzyć, że nikt mnie w środku nocy nie zauważy; Świątynia żyła bezustannie, nawet teraz, o tak późnej porze wszystkie światła rzucały blask na korytarze, które roiły się od rycerzy. Przedzierałam się przez nich ze spuszczoną głową, starając się ukryć twarz w kapturze długiego brązowego płaszcza. Paru z nich zatrzymywało się, by na mnie spojrzeć ze zdziwieniem, bądź też zagadnąć w dobrych intencjach, ale ja się nie zatrzymywałam. Zmierzałam tylko do hangaru. A kiedy już się tam znalazłam, wsiadłam do najbliższego śmigacza z zamykanym kokpitem i ruszyłam w stronę wylotu ze Świątyni. Odetchnęłam głęboko i zamknęłam na sekundę oczy, wyciskając kolejne łzy. Skręciłam gwałtownie, unikając czołowego zderzenia z innym pojazdem, po czym włączyłam się do ruchu powietrznego na jednym z tysięcy szlaków na Coruscant. Planeta świeciła się jasnym światłem strzelistych budynków, które rozjaśniały ciemną noc i ociekały rzęsistym deszczem. Dziwił mnie fakt, że nadal pada, coś musiało być nie tak z tym systemem od pogody. Starałam się wyłączyć myślenie, by choć przez chwilę nie skupiać się na udręce, jaka nie dawała mi spokoju. Ale nie mogłam, a gdy przelatywałam obok budynku Senatu; olbrzymiego gmachu o kształcie półkuli, gdzie parę dni temu ktoś zamordował Padme Amidalę, nie mogłam się nie rozryczeć. Odwróciłam wzrok i otarłam oczy wierzchem dłoni. W głębi duszy wiedziałam, że jako Jedi nie powinnam się tak zachowywać. Nie powinnam płakać, ani tęsknić, rozpaczać nad losem osób, które kochałam. Nie powinnam kochać. I czuć. Ale ciężko było stać się jednym z tych „cyborgów” w ciągu zaledwie miesiąca, podczas gdy oni uczą się tych ortodoksyjnych zasad od zawsze. Bo Jedi byli cyborgami, nie zamierzałam się oszukiwać i wmawiać, że tak nie jest. Jak można pozbywać się uczuć? Jak można nie kochać i nie tęsknić? W dalszym ciągu nie potrafiłam tego zrozumieć. Bo kiedy pomyślałam, że moja mama odeszła na zawsze, coś ściskało mnie w środku. I wtedy wcale nie dziwiłam się ojcu, że oszalał. Na pewno oszalał. W przenośni albo i na serio. Jego psychika wybuchła niczym laska dynamitu. Co nie zmienia faktu, że nic nie usprawiedliwia jego czynu i tego, co zamierza zrobić dalej. A miałam co do tego bardzo złe przeczucia.               Skierowałam śmigacz w stronę jednego z wysokich wieżowców, gdzie mieściły się mieszkania jednych z tych zamożniejszych osób na Coruscant. Dotarłam do lądowiska na dachu, wzięłam jeszcze jeden głęboki wdech i narzuciłam kaptur na głowę. Wyskoczyłam z kabiny, otuliłam się płaszczem i uciekłam przed deszczem do środka budynku. Przy wejściu stał strażnik, który postanowił mnie zatrzymać, by upewnić się co do moich zamiarów, lecz gdy dostrzegł mój strój, postanowił mnie puścić ufając mi „na słowo”, chociaż nic nie powiedziałam. Starałam się uśmiechnąć, co nie bardzo mi wyszło, ale on pewnie pomyślał, że przysyła mnie tu Świątynia w jakiejś ważnej sprawie. Nie zamierzałam się z tym sprzeczać, po prostu weszłam do środka.
     Wśród gęstwiny korytarzy oświetlonych słabym światłem lamp panowała cisza i spokój. Bogaci mieszkańcy musieli być dawno pogrążeni we śnie, a ja starałam się iść na palcach, by nikogo nie obudzić. Odnalazłam drzwi z nazwiskiem Cane i wsłuchałam się w dźwięki dobiegające ze środka. Chyba jako jedyne w całym budynku. Słyszałam męskie głosy i głośny dziewczęcy śmiech. Poczułam, jak drżę, lecz nie zawahałam się zapukać. Dość głośno, by ktokolwiek mnie usłyszał. Dźwięki ucichły i czekałam cierpliwie. Czułam coraz szybsze kołatanie serca. A potem usłyszałam czyjeś niepewne kroki i durastalowe drzwi się rozsunęły.
Ujrzałam nastoletniego chłopca o jasnej karnacji, czekoladowych oczach i czarnych rozwichrzonych włosach z grzywką rzuconą na lewą stronę. Były krótsze. Miał na sobie równie czarne spodnie, białe skarpetki i wymiętą koszulkę bez rękawów z napisem „Kocham Coruscant”. W ręce trzymał butelkę czerwonego wina, którą obrzuciłam przelotnym spojrzeniem. Skupiłam się na jego oczach, które otwierały się szerzej z każdą sekundą, wraz z ustami pełnymi chipsowej miazgi.
     Wyrwałam mu butelkę z ręki i wypiłam znaczna część płynu duszkiem. W ustach poczułam kwaśny smak, a przełyk zapiekł mnie wraz z żołądkiem. Wcisnęłam mu wino z powrotem w ręce – omal nie upuścił butelki ze zdziwienia – i jeszcze przez chwilę gapiłam się na niego, napawając się jego widokiem.
     - Miałeś rację, Jack. – rzekłam, starając się, by mój głos drżał mniej niż sam tego chciał. Czułam zimno na skórze, ale nie wiedziałam czy jest ono wywołane stresem czy tym, że przemokły mi ubrania. – Wiedziałeś jaki on jest, zanim go zobaczyłeś. A ja tego nie dostrzegłam przez szesnaście lat. Byłam głupia.
    - Annica?
    - Nie, ciołku, moja babcia.
    - Co ty tu robisz? – zapytał po chwili, kiedy wreszcie dotarły do niego słowa, że wcale nie jestem własną babcią. Zmierzył mnie od stóp do głów i chyba nawet by się roześmiał, gdyby wcześniej nie zwrócił uwagi na mój wyraz twarzy. – Fajne wdzianko.
    Po raz drugi chwyciłam za butelkę, którą trzymał w dłoni, i wsadziłam gwint do ust. Tym razem napiłam się więcej, a gdy Jack wyrwał mi ją, po prostu się zachwiałam. Otworzyłam szerzej oczy, czując jak przez moment kręci mi się w głowie. A potem znów na niego spojrzałam. Wyglądał jeszcze ładniej niż wtedy, gdy widziałam go miesiąc temu na korytarzu w szkole, kiedy się pokłóciliśmy.
„Jedi się nie przywiązują. Nie kochają.”
     Znów wydałam z siebie szloch, ale wcale nie miałam ochoty zbliżać się do Jacka. Po prostu ściągnęłam z siebie płaszcz i cisnęłam nim w niego. On, znowu zszokowany, cofnął się do tyłu, patrząc na mnie ze zdziwieniem. Odpięłam miecz od pasa i wysunęłam ostrze. Tym razem niebieskie. Wcale nie brakowało mi mojej pierwszej broni. Tej, która miała inny kolor klingi niż mój ojciec. Wykonałam nią szybki obrót i przystawiłam ostrze do brody Jacka, który przełknął głośno ślinę, a oczy wyleciały mu z orbit.
     - Aa-aaa-nnica? Co ci jest? – zapytał wystraszony i obrzucił nerwowym spojrzeniem moją broń. Oddychałam głęboko, zaciskając palce wolnej dłoni w pięść. Czułam w sobie złość. Nie wiedziałam do końca czemu, ale tak było. Czułam w sobie właściwie każdy rodzaj emocji. Odwróciłam wzrok i zacisnęłam powieki. A potem znów na niego spojrzałam, w dalszym ciągu czując gorycz, ale jednocześnie ulgę. Nie potrafiłam tego wyjaśnić.
     - Miałeś rację. Jedi są… okrutni. Bezwzględni. Zabrali mi wszystko. Was mi zabrali i zmusili, bym była taka jak oni. Nienawidzę ich za to. – wyjęczałam, starając się za wszelką cenę zachować równowagę i nie ściąć mu głowy. – Zabronili mi wszystkiego, co do tej pory było dla mnie ważne. Ale… Sithów też nienawidzę. Bo oni zniszczyli mój dom. – poczułam, jak ręka trzymająca miecz zadrżała. A Jack zrobił ostrożny krok do tyłu. – To oni są winni, rozumiesz?
     Z głębi mieszkania rozległ się dziewczęcy cienki głosik, pytający z kim Jack rozmawia. Rozpoznałam Rose. Nie odważył się jej odpowiedzieć, po prostu patrzył na mnie zlęknionym głosem, trzymając mocno butelkę wina. A chwilę później zobaczyłam dziewczynę i Michaela, wyłaniających się zza ściany.
     Rose miała na sobie szorty, jakby na dworze była świetna pogoda, i ten ostro różowy podkoszulek. Jej włosy spływały jej spokojnie po ramionach; były dłuższe. Już niemal zapomniałam, że są rude. Mike natomiast paradował tylko w szortach. Na nogach za to miał białe skarpety, podobnie jak jego przyjaciel, a wyrzeźbioną klatkę piersiową pokrywały kolorowe kreski, kropki i inne szlaczki. Malowali się pisakami?
     Rose omal się nie zachłysnęła na mój widok i wpadła na stolik z lampą stojący obok. Mike zrobił wystraszoną i zdezorientowaną minę i zdawał się nie wiedzieć co począć. Podbiec Jackowi z pomocą, czy ochraniać przede mną dziewczynę? Jedno było pewne: cała trójka się mnie bała.
    - Wszyscy mieliście tę cholerna rację! Powinnam was posłuchać, kiedy był na to czas. – kontynuowałam, zadając sobie sprawę, że właściwie już ich nie widzę; łzy i wściekłość zalewały mi oczy. Otarłam twarz rękawem. Znów zerknęłam na butelkę wina, której wypiłam już dosyć sporo, czując dziwną potrzebę dostarczenia mojemu organizmowi jeszcze większej ilości. – Macie wódę?
     Mike pokiwał głową i odwrócił się szybko za siebie, omal nie tratując Rose. Wbiegł do pokoju i nie trwało długo, kiedy pojawił się z powrotem, trzymając butelkę alkoholu. Przełknęłam ślinę.
     - Ale najpierw wyłącz to coś. – odezwał się, spoglądając niepewnie na mój miecz. Rose szturchnęła go w bok, na co posłał jej taksujące spojrzenie. – No co?
     - Co się stało, Hugo, powiedz nam. – rzekła spokojnie moja niegdyś przyjaciółka, podchodząc do mnie bliżej z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Powiedziała do mnie Hugo. Tak dawno nie słyszałam tego durnego przezwiska… Moje oczy znów stały się wilgotne. – Dowiedzieliśmy o Dantooine. Myśleliśmy, że już nie…
    - Nie żyję? Właśnie widzę jak rozpaczacie nad moją śmiercią.
     Michael zauważył, że patrzę z odrazą na jego popisany brzuch. Zakrył się rękoma i odwrócił wzrok. Jack natomiast spróbował odsunąć się od mojego ostrza, ale ja mu na to nie pozwoliłam. Znów przełknął głośno ślinę.
     - Przepraszam, że was nie posłuchałam. Byliście moimi przyjaciółmi, a ja was zostawiłam, by stać się tym. – dodałam, wskazując na moją przemokniętą szatę. Czułam do siebie podobną niechęć jak do kolorowego ciała Mike’a. – Jak zwykle byliście mądrzejsi ode mnie.
     Rose chwyciła za rękojeść miecza i najzwyczajniej w świecie wyrwała mi go z ręki. A ja się nie opierałam, czułam się zbyt paskudnie. Wyłączyła go, po czym spojrzała mi prosto w oczy, nawet nie próbując się uśmiechać.
     - Wolę nie wiedzieć, co tam przeżyłaś. Ale cieszę się, że jesteś cała. – rzekła, a ja widziałam jak w jej niebieskich oczach zbierają się łzy. Zarzuciła mi ręce na szyję i mocno mnie ścisnęła. Poczułam zapach jej słodkich perfum. Tak bardzo różniła się od Cordii. – Dowiedziałaś się o mamie, mam rację?
     Nie odstawiła mnie od siebie, by zobaczyć moją reakcję. Nie musiała – usłyszała mój kolejny wybuch płaczu. Gdybym trzymała mój miecz, nie wiadomo co bym z nim zrobiła. Osunęłam się na kolana, a Rose nie dała rady mnie utrzymać.
     - Lubiłem twoją mamę. – rzekł ostrożnie Jack, kładąc mi rękę na ramieniu. Rose ciągle mnie przytulała, a ja moczyłam jej różowy top. Mike ukląkł przy nas i pogładził moje mokre i skręcone włosy.
     - Naprawdę mi przykro. To musiało być dla ciebie trudne.
     - Mój ojciec jest Sithem.
   Zamilkli, choć wiedziałam, że wymieniają się zdezorientowanymi spojrzeniami. Zaciskałam mocno powieki i wstrzymywałam oddech, by znów nie wybuchnąć.
     - Co ty mówisz? – zapytał Michael po chwili, a ja potrzebowałam paru następnych, by mu odpowiedzieć. W końcu zaczerpnęłam powietrza i spojrzałam na niego. Uspokoiłam swój głos na tyle, na ile mogłam.
     - Przeszedł na Ciemną Stronę. Stał się tym, przed czym sam mnie przestrzegał, rozumiesz? Zdradził nas wszystkich.

Po raz pierwszy od paru godzin zdołałam ochłonąć. Siedziałam teraz na łóżku Jacka w jego pokoju, siorpiąc z kubka gorącą herbatę. Dostałam ubranie na zmianę mojej mokrej szaty; koszulkę z napisem „Kocham Coruscant”. Nie chciało mi się wnikać, po co mój przyjaciel trzyma takie dwie. Rozglądałam się po ścianach, nie mogąc nadziwić się, ile się tu zmieniło. Meble stały w innym rozstawieniu, szafa koło okna, a biurko po drugiej stronie, komoda jeszcze gdzie indziej. A łóżko na samym środku. Było bardzo duże i wygodne w przeciwieństwie do mojej nowej pryczy. Tyle że nie miałam odwagi posunąć się dalej niż na sam brzeg, widząc prześcieradło i kołdrę w nieładzie i porozsypywane między nimi kolorowe pisaki, chipsy i inne resztki jedzenia. Na ścianach wisiały hologramy, niektóre z nich były ruchome, przedstawiając różne sceny z życia Jacka. Na jednym był mały i mama trzymała go na rękach, na drugim stał z pucharem, a na jeszcze innym były tylko nasze twarze. Moja i jego; robiłam głupią minę, a on wystawił język i robił zeza. Pamiętałam te ujęcie – było to zanim dowiedziałam się, że w ogóle mam w sobie takie coś jak midichloriany.
Rose siedziała obok mnie, starając się robić dobrą minę do złej gry. Próbowała się uśmiechać i grać rozluźnioną, co w ogóle jej nie wychodziło. Mike buszował w kuchni, szukając pewnie czegoś sensownego do zjedzenia prócz chrupek, a Jack narzucił mi jeszcze koc na ramiona widząc moją gęsią skórkę, poczym kucnął przede mną, patrząc mi prosto w oczy. Widziałam w nich masę bólu i złości.
     - Nawet nie wiesz, co teraz czuję. – zaczął niepewnie, starając się wytrzymać moje spojrzenie. Dobrze to wiedziałam, mogłam przecież wysłać wici Mocy i stwierdzić, że jest mu z jakiegoś powodu głupio. – To co powiedziałaś… Nie chce mi się wierzyć.
     - Mi też nie. – rzuciła Rose po chwili milczenia, kładąc mi dłoń na ramieniu. Potrząsnęła głową i przeczesała ręką swoje rude włosy. – To niemożliwie, żeby twój ojciec mógł… Przecież to absurd, może ktoś cię wrobił.
     - Obi-Wan? Komu jak komu, ale jemu ufam. – odparłam, zaczerpując kolejny łyk płynu. Smakował obrzydliwie, niczym ścieki. Musiałam się skrzywić. – Fuj, co to za świństwo?
     Jack zerknął nieznacznie w stronę drzwi, za którymi Michael przyrządzał coś na kuchence.
     - Nie mów głośno, bo cię usłyszy. Gotowanie to jego nowa pasja, tyle że jeszcze nie wie, że jest beznadziejny. Jeszcze.
     Rose poderwała się z posłania i stanęła nad nami. Wydawała się być czymś rzeczywiście wstrząśnięta, a miałam marne nadzieje, że chodzi o Blondasa, który nie potrafi nawet zrobić porządnej herbaty.
     - Ja i tak nie wierzę, że twój tata stał się zły. Nigdy nie był. – rzekła, zerkając raz na mnie, raz na Jacka, oczekując naszego potwierdzenia jej idei. Wzruszyłam tylko ramionami i wpatrzyłam się w płyn o smaku ścieku. Moja przyjaciółka przykucnęła obok czarnowłosego i złapała mnie za kolana. – Słuchaj, nie możesz w to uwierzyć, musisz mieć nadzieję, że wszystko wróci do normy.
     Do normy? Przerwałam szkołę, moja mama nie żyje, a ojciec jest właściwie niewiadomo gdzie i robi niewiadomo co, współgrając z wrogiem. Nie jestem już tą samą dziewczyną co kiedyś, zostałam Jedi. Powiedzmy, nie miałam nawet Mistrza.
     Pokręciłam w zrezygnowaniu głową.
     - Już nic nie będzie takie jak dawniej. Pamiętacie Cordię? Tę dziewczynę z długim pomarańczowym warkoczem?
     Wymienili się zaintrygowanymi spojrzeniami, poczym oboje odpowiedzieli:
     - No tak.
     - Ona też jest Sithem. Zdradziła mnie i cały nasz obóz z Dantooine. Mało brakowało, aby mnie zabiła.
     Moi przyjaciele, tym razem nie fałszywi jak Cordialita, wytrzeszczyli na mnie oczy. Uniosłam minimalnie kącik ust, wiedziałam, że tak zareagują. Musiałam mówić dalej, już mnie wzięło, żeby powiedzieć wszystko.
     - Widziałam we śnie jej brata, który teraz jest gdzieś na Coruscant z mistrzem. Ona pewnie do nich dołączyła, a mój ojciec powinien być razem z nimi. Czworo Sithów na jednej planecie, to nie brzmi najlepiej.
     Trudno mi było wypowiedzieć czworo, doliczając oczywiście to tego grona kogoś, na kim mi zależało. Cały czas czułam w sobie gniew za to, co uczynił, wiedząc, że nie powinnam mu więcej ufać. A jednak pragnęłam za wszelką cenę, by wrócił do domu.
     - Annica, ja… to ja się myliłem, a nie ty. – powiedział Jack, a w jego głosie był słyszalny żal. Niemalże czułam, jak ściska go w środku z bólu. – Ty znasz swojego tatę, on cię wychował, a gdyby był kimś złym, to ty również nie byłabyś dobra. Dzielna z ciebie dziewczyna, przeżyłaś na tej przeklętej Dantooine i wróciłaś. Jesteś najbardziej odważną i jednocześnie zwariowaną osobą jaką znam i podziwiam cię za to co robisz.
     Kiedy to mówił, mało brakowało, aby się rozpłakał. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie, a Rose nic tylko kiwała głową, zgadzając się z jego słowami. Poczułam się jakoś dziwnie, jakby… lepiej. Ktoś mnie docenił, a to dało mi kopa. Spojrzałam na nasz wspólny hologram na ścianie i na te głupie miny. On też był zwariowany. Wszyscy byliśmy zwariowani. Skinęłam głową.
     - Macie rację, on nie mógł od tak wyrzucić z siebie całego dobra. – powiedziałam pewnym siebie głosem, odstawiłam kubek na stolik nocny i wstałam szybko z łóżka. Sięgnęłam po moją szatę, która zdążyła nieco wyschnąć i włożyłam ją na siebie.
     - Co chcesz zrobić? – zapytał jeszcze mój przyjaciel, marszcząc w zastanowieniu brwi, kiedy śledził moje ruchy. Złapałam za płaszcz.
     - Muszę go ratować, zanim stanie się coś naprawdę złego.

     Wróciłam do Świątyni i walnęłam sobą do łóżka, starając się za wszelką cenę zasnąć. Kiedy w końcu mi się to udało, miałam sen. Stałam w malutkim pokoiku, gdzie światło dawała tylko zwisająca z sufitu żarówka. Przy ścianie stała staruszka w za dużej szarej sukience i kiwała na mnie smętnie głową, poczym wskazała na małe okienko, abym w nie spojrzała. Gdy to uczyniłam, zobaczyłam Coruscant skąpane w pomarańczowym dymie. Tylko dym otaczający budynki, zero jakichkolwiek pojazdów przemierzających szlaki powietrzne. A potem znalazłam się tam w dole, na bruku, u stóp drapaczy chmur, pośród ławicy ogarniętych szokiem ludzi. Biegli wszyscy w jedną stronę, krzycząc i tratując się nawzajem. Kobiecy głos odezwał się w mojej głowie i nakazał biec, co natychmiast uczyniłam, choć ze świadomością, że ktoś mnie goni. A kiedy się odwróciłam zobaczyłam mężczyznę w długim płaszczu i zasłoniętą kapturem twarzą. Chwilę potem skoczył ku mnie i złapał za kark, zaczynając mnie dusić. Ściągnął kaptur i zobaczyłam oczy Anakina Skywalkera o krwistoczerwonej barwie i jego wykrzywioną bólem twarzą.
     Obudziłam się, w dalszym ciągu czując blokadę w krtani. Kiedy wreszcie złapałam oddech, otarłam mokre od potu czoło i przetarłam oczy. Miałam deja vu. Byłam pewna, że już kiedyś widziałam tę scenę; staruszkę o przerażających zmarszczkach i panikę ludzi na planecie. A potem uświadomiłam sobie, że ten sen przyśnił mi się dawno temu, będąc moim pierwszym rzeczywistym koszmarem. Obi-Wan Kenobi powiedział mi kiedyś, że osoby mające bardzo dużą ilość midichlorianów, mogą widzieć przyszłość w swoich snach. Wstąpił we mnie lęk, że również i ten koszmar może zaliczać się do takich wizji, a to nie wróżyłoby niczego dobrego. Coruscant w popłochu i kopcące się budynki? Słabo to widziałam.
     Ogarnęłam się trochę, zmieniłam ciuchy i wygramoliłam się z mojej kwatery. Kiedy jeszcze zapinałam swój pas, posuwając się zwolna po korytarzu Świątyni Jedi, wpadłam na grupę stojących na środku ludzi. Cofnęłam się od razu, a oni wszyscy zmierzyli mnie zaciekawionymi spojrzeniami. Było ich czworo: dwóch facetów, w tym Obi-Wan, a także czarnoskóry Mistrz z łysą głową, który – jak dobrze pamiętałam – zwał się Mace Windu. Towarzyszyły im dwie kobiety; jedna Twi’lekanka o zielonym odcieniu skóry, z dwoma głowoogonami, oraz jej koleżanka, o rasie człowieka. Miała czarne niczym smoła włosy spływające jej po ramionach, z grubą grzywką i paroma koralikami wplątanymi w jeden z kosmków. Jej skóra była jasna niczym śnieg, a oczy równie czarne jak włosy, przypominające węgiel. Jako jedyna z całej czwórki nie uśmiechnęła się na mój widok, co odrobinę zbiło mnie z tropu. Fakt faktem, że Mace Windu raczej skrzywił się, niż obdarzył mnie uśmiechem, ale on przynajmniej okazał jakąś emocję. A ona nic, gapiła się na mnie tymi swoimi oczami, które zdawały się nie mieć źrenic, przez co dostałam gęsiej skórki.
     - Witaj, moja droga, spałaś dobrze? – zagadnął mnie Obi-Wan i klepnął po ramieniu. Z trudem odwróciłam wzrok od tej kobiety i skupiłam się na nim. Przełknęłam ślinę.
     - Miałam wizję, będzie jakiś atak na Coruscant albo coś. – odparłam bez ogródek, na co wszyscy Mistrzowie zmarszczyli brwi i wymienili się spojrzeniami.
     - Może to tylko sen. – podsunęła ta czarnowłosa, a mną aż zachwiało, kiedy usłyszałam jej głos. Był niski i zimny, w dodatku podsycony tym jej tępym wzrokiem skierowanym na mnie. Ale nie o to chodziło. Ten sam głos usłyszałam w dzisiejszym koszmarze. – Jesteś pewna, młoda Skywalker?
     Nazwała mnie młodą Skywalker. Zaczynałam nienawidzić tego nazwiska, już chyba lepsze byłoby Skajcioper, jak mawiała moja dawna wuefistka. Jak teraz będą mnie tu traktować? Jako tę, która uszła z życiem z rzezi na Dantooine, czy może jako przeklęte dziecię Sitha? Bardziej byłam skłonna do tej drugiej wersji.
     - Ten sen wydawał się bardzo realny. Myślę, że w obecnej sytuacji powinniśmy brać pod uwagę każde potencjalne zagrożenie.
     Znów wymienili się spojrzeniami, tyle że teraz było w nich coś na zasadzie zdumienia. Też coś, ja również potrafię myśleć trzeźwo, nawet jeśli zamordowali mi matkę, a ojciec mnie po prostu zdradził i zabijał w koszmarach. Uznałam, że nie będę na razie o tym wspominać i po prostu traktować go jako kogoś mi nieznajomego. Nie zamierzałam rodzić w sobie żadnych uczuć. Żadnego przywiązania, zero emocji. Opanowanie. Przecież tego właśnie ode mnie chcą, więc właśnie to dostaną.
     - Zwołajmy natychmiastowe zebranie Rady Jedi, należy ustalić parę szczegółów. – oznajmił Mistrz Windu, jeszcze raz mierząc mnie wzrokiem. Zaplotłam ręce za plecami, tak jak oni to robili, spoglądając na niego z uniesioną brodą.
     - Rozumiem, że mam się stawić, Mistrzu? – zapytałam śmiało, na co lekko się zmieszał. Obi-Wan zerknął na mnie ostrzegawczo, co oczywiście zignorowałam, Twi’lekanka uśmiechnęła się nieznacznie, a ta czarnowłosa znów nie okazywała żadnych emocji. Windu odchrząknął, poczym nasze spojrzenia się spotkały. – Podejmowanie jakichkolwiek decyzji bez rozważenia moich zeznań byłoby nie na miejscu. Nie taka byłaby wola Mocy.
     - Bez wątpienia. Oczekujemy cię za godzinę.
     - Będę nawet pięć minut szybciej.
     - Zatem do zobaczenia, Mistrzowie. – zwrócił się do swoich towarzyszy i skinąwszy do każdego głową, odwrócił się na pięcie i odszedł. Obi-Wan stanął na jego miejscu z założonymi na piersi rękoma. Minę miał typu: „Co to miało znaczyć, młoda padawanko?”
      - Udam się na posiłek, pozwolisz. – odparowałam na jego niewypowiedzianą jeszcze uwagę, skłoniłam się nisko do ich trójki i minęłam ich, kierując się w ślad za Mistrzem Windu. Za plecami usłyszałam jedynie westchnięcie i ciche chichotanie. Gdy wpadnie się między wrony, trzeba krakać jak one, niestety.

     Godzina minęła mi bardzo szybko, ponieważ samo odnalezienie jadalni zajęło mi całe pół. A potem jadłam, obserwując uważnie wszystkich Jedi, którzy się przez nią przewijali. Niektórzy mieli płaszcz, inni nie. Jedli bardzo wolno, delektując się posiłkiem, który w gruncie rzeczy nie smakował jakoś wyśmienicie. Rozmawiali ze swoimi towarzyszami, choć w ich mimice nie występowało takie coś jak parskanie śmiechem, walenie pięściami w stół, czy nawet gadanie z pełnymi ustami. Zachowywali dystans do wszystkiego, a kiedy coś ich rozbawiło, śmiali się bardzo cicho. Chodzili wyprostowani, nie szurali butami, nie robili niczego, co ja zrobiłabym w szkolnej stołówce podczas lunchu. Nawet nie bekali, zgroza.
     Gdy już skończyłam i uświadomiłam sobie, że powinnam nawet nie lecieć, tylko mknąć niczym odrzutowiec na spotkanie z Radą, bo będę spóźniona, puściłam się biegiem najpierw przez jadalnię, potrącając paru Jedi, a potem przez korytarz. Ściągnęłam na siebie wzrok każdego, dosłownie. Nie mogłam pozbyć się uczucia, że patrzą na mnie krzywo z powodu tego, że nazywam się Skywalker, to było dość bolesne.

     Salę zgromadzeń Najwyższej Rady Jedi wyobrażałam sobie nieco inaczej. Było to okrągłe pomieszczenie otoczone wielkimi oknami, za którymi rozciągała się panorama Coruscant ze szlakami powietrznymi przecinanymi przez tysiące pojazdów. O dziwno nie padało, a w budynkach odbijało się światło słońca.
     W okręgu stało dwanaście niskich i szerokich foteli z na pewno wygodnymi siedziskami. Sześć z nich było zajęte, a na pięciu widniały niebieskie hologramy Mistrzów, którzy byli poza Świątynią i tylko w taki sposób mogli być obecni na spotkaniu. Jedno miejsce było wolne.
Tylko paru Mistrzów znałam. Należał do nich Obi-Wan, który siedział z nico zasępioną miną, jakby coś go dręczyło. Był też Mace Windu, znów mierzący mnie swoim wzrokiem. Blask słońca odbijał się o jego łysą brązową głowę. Koło niego siedziało małe zielone stworzenie o starej i pomarszczonej skórze, małą ilością siwych włosów, trzema palcami w każdej dłoni zakończonymi ostrymi pazurami, a także długimi uszami na głowie. Mistrz Yoda, legenda Zakonu, a ja przed nim stałam, starając się zachować powagę. Z jednej strony czułam do niego respekt, a z drugiej starałam się nie roześmiać. Był takim śmiesznym malutkim trolem. Widziałam również Mistrzów różnych innych ras, ale ich imion niestety nie znałam. A pośrodku sterczałam jak kołek ja, oczekując, co też mi powiedzą. Zdałam sobie sprawę, że waży się mój los.
     - Co chcesz powiedzieć nam, młoda Skywalker? Zapewne dużo do mówienia masz, nie krępuj się zatem. – rzekł powoli Yoda swoim ochrypniętym głosem. Słyszałam, że zwykł budować zdania w dość nietypowy sposób, ale nigdy bym nie przypuszczała, że to usłyszę.
     - Co wydarzyło się na Dantooine? – zapytał bez skrupułów Mace Windu, drapiąc się w zastanowieniu po brodzie. Zauważyłam, że Obi-Wan posyła mu zaskoczone spojrzenie, co pewnie oznaczało, że nie spodziewał się takiej bezpośredniości. Ja sama byłam zdumiona, że od razu chce wszystko wiedzieć. Zresztą, oni i tak nie mają uczuć, co z tego, że mogłam załamać się psychicznie.
     Postanowiłam grać w otwarte karty i zachowywać się tak jak oni. Nie dam po sobie niczego poznać, niech wiedzą, że nie zmiękłam przez to wszystko.
     - Nasza grupa została zdradzona przez jednego z nas. – zaczęłam, patrząc na Yodę, który mniej mnie onieśmielał niż Mistrz Windu. Cała jedenastka słuchała mnie z uwagą, jedni nawet pochylali się do przodu, chcąc maksymalnie się skupić. – Cordialita Swunda, która przybyła do Świątyni pod pozorem bycia padawanem Jedi, poleciała razem z nami, gdzie razem ze swoim bratem dokonali mordu na…
     Nie mogłam nie zadrżeć na samą myśl. Odwróciłam na chwilę wzrok, hamując łzy jakie napłynęły mi do oczu. Mace Windu gestem nakazał mi kontynuować.
     - Zabili wszystkich. Ja sama walczyłam z Cordią, a potem, kiedy ona myślała, że nie żyję, udało mi się opuścić planetę. Mówiła, że jej brat jest już w drodze na Coruscant.
     Wśród Mistrzów Rady przeszedł pomruk. Wymienili się spojrzeniami, a następnie głos zabrał ktoś siedzący obok Yody. Miał skórę w kolorze kości słoniowej, wydłużoną ku górze czaszkę i siwą brodę.
     - Czyli to zdrajcy. Uważasz, że są Sithami?
     - Tak. Zdecydowanie.
     - Pewnie Mistrz i uczennica. – dopowiedział, gładząc się po brodzie. Pokręciłam przecząco głową, przez co spojrzał na mnie uważniej.
     - Nie, Cordia wspominała o kimś, kto szkoli ich dwójkę. Również przebywa na Coruscant.
     - No i jest jeszcze Skywalker. – dorzucił Mace Widnu, nieznacznie na mnie zerkając. Poczułam ukłucie bólu, kiedy wymówił ostatnie słowo. Starałam się jednak nie złamać i udawać, że wcale mnie to nie rusza. – Obi-Wanie? Wiesz, gdzie on może teraz przebywać?
     Mistrz Kenobi siedział w swoim fotelu, gapiąc się w podłogę. Kiedy usłyszał swoje imię, drgnął, lecz nie zmienił pozycji. Pokiwał przecząco głową.
     - Nie rozmawiałem z nim, odkąd zmarła Pad… Senator Amidala. – rzekł tylko, nie patrząc nawet na mnie. Jego oczy zdawały się być za mgłą, jakby wspominał minione wydarzenia, kiwając głową z niedowierzaniem. Potarł dłonią twarz. – Powinienem mu pomóc, ale nie mogłem…
     - Nie twoja wina to jest, Obi-Wan. Odnaleźć wroga teraz musimy. – powiedział Mistrz Yoda, a cała dziewiątka pokiwała głową dając znak, że się z nim zgadza.
     - Jeśli to prawda, że są na Coruscant, nie mamy wiele czasu. To raczej nie przypadek, mogą knuć coś przeciw nam. – dopowiedział Mace Windu, zaplatając palce w koszyczek. Dostrzegłam kątem oka, że Obi-Wan westchnął cicho. Czułam jego ból. – Wyślemy Jedi na poszukiwania.
     - A co potem? – zapytałam, a sądząc po ich spojrzeniach jakimi mnie obrzucili, nie spodziewali się, że w ogóle się odezwę. Padawanom chyba nie wolno. Ale ja nie byłam przecież niczyim padawanem. – Co jeśli znajdziecie ich kryjówkę?
     - Będziemy walczyć. Choćby na śmierć i życie. – odparł czarnoskóry Mistrz, patrząc mi prosto w oczy. Jego wzrok nie był przyjazny, zupełnie tak jakbym to ja była winna, że Sithowie w ogóle istnieją.
     - Zabijecie ich? Myślałam, że Jedi…
     - Są niebezpieczni, młoda Skywalker. Powinnaś już to wiedzieć po walce na Dantooine.
   Nie odważyłam się powiedzieć niczego więcej, a nawet nie chciałam tego robić. Miałam jedynie nadzieję, że z moim szczęściem uda mi się dowiedzieć, gdzie jest ta kryjówka i zrobić coś na tyle głupiego, by nie dać ojcu zginąć. O zgrozo, dlaczego nie mieszkam na farmie i nie hoduję bydła?
     - Co się teraz ze mną stanie? – spytałam, patrząc na moje dłonie, które niewiadomo czemu zrobiły się całe lodowate. Odwróciłam się jednak szybko, kiedy dostrzegłam, jak Obi-Wan nagle zaczerpnął powietrza, wciąż nie odrywając wzroku od podłogi. Zmarszczyłam brwi.
     - Nie powinniśmy dalej jej szkolić. – powiedział cicho i niewyraźnie, jakby mówił tylko do siebie. Zamrugałam kilka razy gdy zdałam sobie sprawę, że chodziło mu o mnie. – Ja drugi raz nie popełnię tego błędu.
     Drugi raz?
     Mace Windu podrapał się w zastanowieniu po brodzie, zmierzył mnie wzrokiem i pokiwał głową. Nie bardzo rozumiałam. Yoda zaś posępniał i zwiesił głowę, a kilku innych Mistrzów wykonało parę nerwowych ruchów. Wiedzieli o czymś o czym ja nie wiedziałam.
     - Gui-Gon Jinna słuchać nie powinniśmy, gdy Skywalker jako dziecko do nas przybył. – powiedział, a ja z uwagą słuchałam jego słów. Dziecko? Mały Anakin? – Obi-Wan zgody na jego nauczanie dostać nie powinien.
     - Taka była wola mojego Mistrza. – odezwał się Kenobi, zerkając na zielonego stworka. Ich zaniepokojone wzroki się spotkały. – Mimo wszystko… to było tak dawno. Anakin był dobrym Jedi. Nawet najlepszym z nas wszystkich.
     - Od początku wiedziałem, że jest w nim strach. Trzeba było usunąć go stąd jeszcze zanim urodziło mu się dziecko. – dodał Mace Windu, a ja wbiłam w niego ostre spojrzenie. Chyba zapomniał, że cały czas tu jestem i słucham co mówi. Ale już po chwili wskazał na mnie palcem, co było dość niegrzeczne. – To samo czuję w tobie, Annie. Jesteś przepełniona strachem.
     - Mam na imię Annica.
     Mistrz Windu opadł na oparcie fotela i spojrzał na Yodę.
     - Jeszcze tak samo bezczelna.
     To on jest bezczelny. Ja nie powiedziałam niczego złego, nie moja wina, że nie pamięta mojego imienia. Co za pajac. Mistrz Yoda zaś obrzucił mnie smutnym wzrokiem, przeczesał rękę siwe włosy i rzekł:
     - Oni rację mają, Annica. Ciemności w tobie obawiać się powinniśmy. Dołączyć do ojca mogłabyś i siłę jego zwiększyć, jeśli twoje uczucia zachwiane zostaną.
     Zakołysałam się na piętach i wbiłam wzrok w podłogę. W normalnej sytuacji zaczęłabym się z nimi kłócić, że są w błędzie i zbyt pochopnie mnie oceniają, ale od razu przypomniałam sobie moją rozmowę z Cordią tam na Dantooine, jeszcze zanim wpadłam do lodowatego morza. Chciała przeciągnąć mnie na swoją stronę, mówiąc, że nigdy nie zostanę zaakceptowana. Właśnie spełniały się te słowa. Oni mnie nie chcieli, bo obawiali się, że wesprę wroga. Nie wiedziałam co o tym myśleć i co czuć. Byłam rozbita między dwoma światami, a każdy mógł mnie wykończyć.
     - Nie jestem dość silna, by Sithowie mogliby mieć ze mnie jakikolwiek pożytek. – stwierdziłam, choć nie zaryzykowałam spojrzenia na któregokolwiek z Mistrzów.
     - Ale kiedy się wyszkolisz, będą mieli. – odparł Windu tym swoim oschłym tonem, zupełnie tak jakbym już przeszła na Ciemną Stronę Mocy. To brzmiało tak strasznie, że aż przeszedł mnie dreszcz. – Poza tym, jesteś już prawie dorosła. To nie ma najmniejszego sensu.
     Spojrzałam na Obi-Wana, który podniósł na mnie wzrok i popatrzył tak żałośnie, że miałam ochotę mu przyłożyć. Kto jak kto ale on powinien mnie wspierać, a nie robić czegoś całkiem odwrotnego.
    - Są jednak sekty Jedi, gdzie uczniowie zaczynają szkolenie nawet w wieku dwudziestu lat. I wcale nie zdradzają swych braci. – odezwał się ten Mistrz z wysoką czaszką w kolorze kości słoniowej. Trochę zdziwiła mnie jego wypowiedź. Sekty Jedi? O tym nie wiedziałam.
     - Mistrzu Mundi, nie zauważyłeś, że my jednak różnimy się od tamtych Jedi? – odparował Mace Windu, na co ja od razu bym się zmieszała, lecz tamten facet ani drgnął pod wpływem jego spojrzenia.
     - Tym, że mamy tak ostre zasady, iż niektórzy tego nie wytrzymują? Ilu Jedi opuściło zakon z tego powodu? Zabranianie uczuć nie jest wcale takie nieuczciwe.
     Uniosłam w zdumieniu brwi, a nawet Obi-Wan nieco się ożywił. Polemika w sali posiedzeń Rady i to z mojego powodu. Tata byłby ze mnie dumny. Jeszcze zmienią kodeks i już w ogóle będzie rewolucja.
     - Czyżby? – oburzył się Mace Windu i aż wygodniej usiadł na fotelu. Zauważyłam, że Yoda chciał coś powiedzieć, ale jego czarnoskóry kolega wszedł mu w słowo. Zielony Mistrz skulił się niczym mały chłopczyk uciszony podczas rozmowy. – W takim razie czemu Skywalker stał się Sithem? Bo nie wytrzymywał tego, że stracił żonę, tylko dlatego.
     - Ale będąc w małżeństwie jakieś dwadzieścia lat bez zarzutu służył Zakonowi.
     Nieźle, ktoś go broni. Może nie został jeszcze tak całkowicie skazany na śmierć z ręki czarnoskórego Mistrza bez włosów na głowie.
     - Annica jest podobna do Anakina. – rzekł szybko Obi-Wan, zanim ktokolwiek inny zdążył zabrać mu głos. Skupiłam na nim całą swoją uwagę, będąc ciekawą, co też takiego powie. – Nawet bardzo. I odziedziczyła po nim wszystkie najgorsze cechy. Jest nieposłuszna, arogancka, porywcza i nie usiedzi na miejscu choćby przez chwilę. – spojrzałam na niego spode łba, czy to nie lekka przesada tak o mnie mówić? – Ale ma talent. Uczyłem jej podstaw i wiem, że potrafi radzić sobie z Mocą. Nieźle walczy i lata. I nie zapominajmy, kim była jej matka. Ona nie dałaby jej nigdy zdradzić Republiki.
     W sali zapanowała chwilowa cisza, a ja czułam na sobie jedenaście par oczu, które wbijają się we mnie dosłownie wszędzie. Może dadzą mi jednak szansę. Choć sama nie wiedziałam, czy tego chcę. Może lepiej byłoby wyjechać na Naboo i tam się schować na resztę życia, nie sprawiając już nikomu żadnych problemów. Nie byłoby ryzyka, że popełnię błąd i przeze mnie stanie się coś strasznego. Ale jeśli zniknę, nie uratuję ojca. A wtedy nigdy już nie pozbędę się wyrzutów sumienia, że mogłam mu pomóc, a tego nie zrobiłam.
     Mistrzowie zamyślili się, a już po chwili odezwał się ten najważniejszy z nich. W oczach tlił mu się dziwny płomień, który mógł w każdej chwili zgasnąć, więc nie czekał już dłużej.
     - Młoda Skywalker uczniem któregoś Jedi zostanie. – rzekł i podniósł prawą rękę. Nie czekałam długo, kiedy zaczęły w górze pojawiać się następne. Nie bardzo to wszystko rozumiałam, ale wyglądało to jak głosowanie. Na jedenaście osób ręki nie podniosło trzech, w tym Mistrz Windu, który tylko westchnął ciężko i gapił się na mnie wzrokiem mówiącym „I tak długo nie wytrzymasz, dziewczynko.” – Postanowione zatem. Mistrza, Annica, niebawem otrzymasz. Już wiem nawet kogo.
     Trochę zdziwił mnie fakt, że Yoda zachichotał, co pewnie oznaczało, iż czeka mnie niespodzianka. Uśmiechnęłam się jednak nieznacznie, że osiągnęłam w jakimś stopniu zwycięstwo i mam szansę zrobić coś dobrego. Mistrz Kenobi również uniósł kąciki ust, a ja miałam dziwne przeczucie, że to on będzie moim nowym mentorem. W sumie bym się nie zdziwiła. Skłoniłam się nisko najwyższemu członkowi Rady Jedi i opuściłam ich Salę Zgromadzeń.

1 komentarz :, , więcej...

Thriller

przez , 25.lis.2013, w Coruscant

Siema, siema :) Po pierwsze SKOKI! Po drugie: szkoła, czyli kartkówka z kwasów i biologia all day, all night ;P Po trzecie: „Olimpijscy herosi” znowu górą. Jutro wtorek, czyli najgorszy dzień tygodnia, z dwiema matmami i polskimi. Póki co, udało mi się stworzyć baaardzo szybko kolejną notę o niezniszczalnej „herosce”. Dedykuję ją kumpelom: Domie i Klaudii :D Za „Percy’ego Jacksona” i pegazy.  Ciao!

Rozdział 15.

Zaczynałam mieć halucynacje.
Poważnie.
A to chyba nie jest dobrym objawem, kiedy siedzi się za sterami śmigacza, ledwo trzymając się na jawie. Byłam tak słaba, że po prostu chciałam zemdleć. Bok nawet mnie nie bolał, chyba dlatego, że się nie ruszałam. Za to głowa…

~ Nie myśl. Kieruj się chwilą.

- Powtarzasz to od pięciu minut.

Cisza.

Zamknęłam oczy i potarłam powieki, wciskając w nie palce. Łeb pękała mi w szwach i nawet zdarzało mi się widzieć podwójnie.

- Gadam sama do siebie. – pokręciłam głową, chwytając mocniej ster. Wypuściłam powoli powietrze z płuc i spojrzałam na radar; Coruscant było blisko. – Ciekawe co w domu.

~ Spotka cię tam wiele bólu.

Wzdrygnęłam się na myśl o tym, co wydarzyło się na Dantooine. Na wspomnienie Cordii i tego, co mi powiedziała, przeszedł mnie lodowaty dreszcz.

~ Mówiłem już, Jedi nie patrzą w przeszłość.

- A jestem Jedi?

~Barmani z kantyn raczej nie walczą ze Sithami.

Znów wspomnienie – spadałam do wzburzonego morza. I mina mojej przeciwniczki. Szybko odgoniłam od siebie tę myśl. Przez iluminator widziałam już zarys planety w ceglastym kolorze. Czekałam z utęsknieniem, żeby wylądować.

„Dom”

~To już nie to samo miejsce.

Wrzasnęłam na całe gardło, kiedy zobaczyłam ducha. Jego wielka gęba zakryła mi całe pole widzenia. Wśród otaczających mnie gwiazd i asteroid znajdowała się postać przypominająca człowieka; miał długie do ramion włosy i brodę. Jego twarz pokrywały niewielkie zmarszczki, a oczy świeciły inteligencją. Prześwitywał, wciąż widziałam za nim zarys planety, a otoczony był błękitną poświatą. Nic więcej nie było – tylko głowa. Olbrzymia. Uśmiechnął się lekko.

~Witaj, Annica. Na żywo jesteś jeszcze ładniejsza.

Wcisnęłam hamulec z całej siły, zatrzymując pojazd. Wbiło mnie w oparcie fotela, wytrzeszczyłam oczy i przełknęłam głośno ślinę. Zamrugałam kilka razy w przekonaniu, że mój mózg robi mi psikusy, ale to coś dalej było przede mną. Gapiłam się w wielkie ślepia świecącego faceta.

- Kim… Co?

~ Rozumiem, że możesz być lekko wstrząśnięta, ale…

- Jesteś duchem?!

Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie spode łba. Wygląda na to, że się obraził.

~ Nie zadawaj głupich pytań, oczywiście, że tak!

Wstrzymałam oddech. No to ładnie, siedzę sobie w przestrzeni kosmicznej, gadając z umarlakiem. Znów podwoiło mi się w oczach; zobaczyłam dwa duchy…

- Wariuję. Słowo daję. – rzekłam, chwytając się za głowę. Twarz jednak wykrzywiła mu się w łagodnym uśmiechu, zupełnie jakby chciał mnie pocieszyć. – Dlaczego się… no… zjawiłeś? Potrzebujesz pomocy?

Duch roześmiał się, a był to ciepły śmiech. Taki, jakiego już dawno nie słyszałam. Pomyślałam o ojcu, on też tak się śmiał, kiedy powiedziałam coś bezsensownego.

- Hej! Przestań się ze mnie nabijać!

~ Nie, moja droga. To TY potrzebujesz pomocy!

Co? No tak, medycznej. Zaraz tu padnę trupem i do niego dołączę. Ale będzie impreza. Przekrzywiłam głowę i przyjrzałam mu się uważniej; w jego konturach i niebieskiej poświacie zobaczyłam postać, którą już gdzieś widziałam.

- Spotkaliśmy się kiedyś? – zapytałam, drapiąc się po głowie. Mogłabym przysiąc, że skądś go znam. Ale miałam pustkę w głowie. – Byłeś Jedi?

Duch znowu się roześmiał, tym razem głośniej. Posłałam mu taksujące spojrzenie, już zaczynał mnie drażnić. A to źle wpływało na osobę w moim stanie. Ledwo zipałam. Marzyłam, żeby zasnąć.

~ Kochana, mógłbym być twoim pradziadkiem. A Obi-Wan był taki porywczy zanim przeszedł próby. O tak, teraz nie jest z nim najlepiej.

- O czym ty mówisz? – zapytałam, patrząc na niego z niezrozumieniem. Gadał jakimiś zagadkami, których nie mogłam rozwiązać. – Kim ty jesteś?

~ Duchem.

Wzniosłam oczy ku niebu i zmieliłam w ustach przekleństwo. Frustracja zaczynała brać górę. Już chciałam coś wykrzyczeć pod jego adresem, ale on mi przerwał.

~ Widzę, że jesteś impulsywna. I kierujesz się uczuciami. To niedobrze.

- Co masz na myśli? – rzekłam, patrząc mu prosto w olbrzymie oczy. Cordia też mi o tym mówiła, wszyscy o tym mówili. Czułam w sobie niepokój. – Co to znaczy? Że przejdę na Ciemną Stronę Mocy? Dołączę do… wiesz kogo?

~ Och, nie, tak nie powinnaś myśleć. Nawet jeśli przyszłość jest mroczna, zawsze można ją zmienić, nie uważasz?

- Mroczna?!

~Och, nie, nie to chciałem powiedzieć. Posłuchaj. Nie ma nic złego w tym, że masz w sobie uczucia. Po prosu korzystaj z nich rozważnie, a ciemność cię nie doścignie, tak jak An… Och. Annica, jesteś odważna. I rozsądna. Wiedz, że wybór będzie należeć do ciebie.

- Jaki wybór? Dlaczego mówisz tak niejasno? – wtrąciłam się, na co myślałam, że znów spojrzy na mnie spode łba, lecz tego nie zrobił. Wydawał się być śmiertelnie poważny. Śmiertelnie, to dość głupie określenie w jego przypadku.

~ Mam nadzieję, że nie zawiedziesz. Inaczej wszyscy zginiemy. Zginą. Inni, bo ja już, no… Sama wiesz.

Wypuściłam powoli powietrze z płuc, zdając sobie sprawę, że moja sytuacja jest iście beznadziejna. O mamo, ja chcę do domu.

- Czy ty przypadkiem nie miałeś mi pomóc? – odparłam, odgarniając nerwowo włosy za ucho. Czułam, że cała zaczynam dygotać. – W zamian za to tylko mnie nastraszyłeś.

~ Nie chciałem. Ale to było konieczne. Annica, powiem wprost: uważaj na swoje słabości. One są bardzo cenne dla takich jak twoja niegdyś przyjaciółka, Cordialita.

Zrozumiałam. A prawda nie była przyjemna. Odczułam dreszcze na całym ciele. Wypuściłam powoli powietrze z płuc i otarłam czoło rękawem. Miałam wrażenie, że cała jestem spocona. Ale to pewnie kolejna iluzja.

- Dzięki, że mi to powiedziałeś. – rzekłam do niebieskiego faceta, starając się uśmiechnąć. Ciężko mi to wychodziło, podobnie jak i jemu. Wyszedł mu jakiś dziwny grymas.

~ Bądź silna. Cierpienie, które cię spotka… stanie się największą próbą. A potem już będziesz wiedzieć, co robić.

Po tych słowach rozpłynął się jakby we mgle, ciągnąc za sobą niebieski ślad. Ostatnie co zobaczyłam, to leciutki uśmiech. Przez chwilę siedziałam jeszcze w bezruchu wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się wielka gęba „starego” faceta. A potem ruszyłam w dalszą drogę, mając świadomość, że pakuję się w gniazdo śmiercionośnych owadów.

 

Wiedziałam, że dzieje się coś niedobrego. Po pierwsze, nie mogłam nadać sygnału, żeby połączyć się ze Świątynią Jedi i przekazać, że zamierzam tam lądować. Próbowałam ze sto razy, ale przekaz był nieaktywny. A kiedy weszłam w atmosferę Coruscant poczułam, że to nie to samo miejsce. Padał deszcz. Tu przecież nigdy nie padało, pogoda się nie zmieniała.  Teraz było szaro i buro. I niebezpiecznie. Strzeliste budynki zatapiały się w deszczu, a ciemne chmury wisiały bardzo nisko. Po niebie przetoczyła się błyskawica, na co aż się wzdrygnęłam.
Kiedy jednak zobaczyłam miejsce, do którego tak pragnęłam wrócić, odczułam ulgę. Wieże Świątyni ociekały wodą, a chmury burzowe zdawały się kumulować nad nimi, jednak to nie przeszkodziło mi, aby wylądować na dachu, gdzie umieszczono lądowisko. Dookoła nie było żadnego innego statku, choć nie bardzo się tym przejęłam. To że byłam sama, nie robiło już na mnie żadnego wrażenia. Otworzyłam szybko kokpit wygramoliłam się na zewnątrz. Ciężkie krople deszczu spadły na mnie, co nieco mnie pobudziło. Chwyciłam się za bok; ból przeszył całe moje ciało, kiedy wprawiłam je w ruch. Miałam ochotę umrzeć.
Chwiejnym krokiem weszłam przez rozsuwane durastalowe drzwi do środka.

Świątynia Jedi była miejscem, które zawsze tętniło życiem; setki rycerzy dziennie przewijała się po korytarzach, adepci ćwiczyli w grupach, a mistrzowie ze swoimi uczniami. Było gwarno. A teraz cicho… jak w grobowcu. Kiedy zmierzałam do głównego korytarza, jedyne co słyszałam to stukot obcasów moich butów o posadzkę. I nic więcej, żadnego szumu, śmiechu, nikt z nikim nie rozmawiał. Bo tam nikogo nie było. Centrum Mocy Jedi wydawało się opuszczone. Już zaczęłam się obawiać, że rzeczywiście tak jest, że wszyscy zniknęli, ale na szczęście się pomyliłam. Kiedy weszłam na główny korytarz, gdzie kilkumetrowe posągi rycerzy rzucały długie cienie na podłogę, a w wysokich oknach nie widziałam niczego prócz skąpanych w deszczu budynków, dostrzegłam przed sobą grupę osób o różnych rasach. Stali w kręgu, z kapturami ich płaszczy zarzuconymi na głowy. Kiedy się zbliżyłam, usłyszałam, że jeden z nich przemawia.

- …uczcić ich pamięć. Strata tylu młodych padawanów, którzy mieli się stać przyszłymi obrońcami Republiki…

Wiedzieli o Dantooine. I zebrali się, by ubolewać nad losem moich „braci”. Ja ubolewałam nad swoim; bok dawał się coraz bardziej we znaki, przez co ledwo co stałam na nogach. Zebrałam się jednak w sobie.

- Hej! – zawołałam ile sił w płucach, zwracając na siebie ich uwagę. Odwrócili się jednocześnie, ze zdumionymi wyrazami twarzy. No tak, ja sama byłam zaskoczona, że jeszcze żyję. Jeszcze, to dobre słowo. – Ona… Oni planują zasadzkę. Na was.

Wyjęczałam to ostatkami sił, a potem znów podwoiło mi się w oczach. Zobaczyłam, jak cała grupa zerwała się z miejsca i podbiegła ku mnie, a jakiś mężczyzna w beżowej szacie chwycił mnie za ramiona.

- Udało ci się uciec? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy. Zobaczyłam w nich smutek, ale nie rozpoznałam do kogo należą. Nogi się pode mną ugięły.

„Spotka cię tam wiele cierpienia”.

A potem zobaczyłam ciemność.

 

***  

Gdy się obudziłam, czułam się jak nowonarodzona. Nic mnie nie bolało, to przede wszystkim, ale miałam dziwne wrażenie, że byłam w Spa. Dotknęłam skóry na ręce, która stała gładka jak nigdy. Ktoś wysmarował mnie balsamem?

Rozejrzałam się dookoła; leżałam na pryczy, pod białym prześcieradłem. Sala chorych w Świątyni, nie trudno zgadnąć, choćby po zapachu środkami medycznymi. Właściwie niczego więcej nie dostrzegłam, bo moje łóżko zostało otoczone szarą zasłoną. Ale były na niej kształty, które się zbliżały. Oparłam się na łokciach i poczekałam, aż ta tajemnicza postać się ujawni.

- Tęskniłam za tobą. – powiedziałam prosto z mostu, kiedy zauważyłam Obi-Wana. Miał na sobie tę swoją beżową tunikę z brązowym pasem, przy którym zwisał spokojnie miecz świetlny. Jego twarz nie była jednak ta sama; postarzał się, na jego czole było więcej zmarszczek niż dotychczas, a broda wydłużyła się i posiwiała. Uspokoiłam się, kiedy na ustach zawitał mu uśmiech.

- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. – odrzekł i przysiadł na pryczy, omiatając mnie wzrokiem. – Chyba już ci lepiej.

Usiadłam i dotknęłam mojego boku. Był cały i nie odczuwałam żadnego bólu. Zmarszczyłam brwi i popatrzyłam na niego pytająco.

- Wsadziliśmy cię do zbiornika bacta. – odpowiedział na niezadane jeszcze pytanie, na co otworzyłam szeroko oczy. Ciekawe tylko… – Dość długo. Twoje rany się wyleczyły.

- Zawsze jesteś taki wszechwiedzący?

Byłam pewna, że Obi-Wan się roześmieje. Ale nie zrobił tego, po prostu w dalszym ciągu na mnie patrzył, a jego mina nie wskazywała na to, by był szczęśliwym i zadowolonym z życia człowiekiem. Nawet mój powrót nie podziałał dość dobrze, by to zmienić.

- Coś się stało. Zgadłam? – zapytałam, wbijając w niego spojrzenie. On nie był tym samym facetem, którego znałam. Zmienił się. – Jesteś przygnębiony.

Wypuścił tylko powietrze z płuc, patrząc gdzieś w bok. Nie chciał odpowiedzieć, a to było jednoznaczne; coś się wydarzyło. I nie mówię tu o masakrze na Dantooine. Może ma to związek z tak małą liczbą Jedi w Świątyni, a miałam dziwne przeczucie, że chodzi o więcej.

- Jeśli ci powiem, zniszczę twoje życie. – odparł, a jego mina jeszcze bardziej posępniała. Zmarszczyłam brwi, analizując dokładniej te słowa. Widziałam martwych kumpli, nie wiem, czy może być coś gorszego. Obi-Wan westchnął ciężko, potarł zmęczone oczy i jeszcze raz na mnie spojrzał. – Posłuchaj, kiedy cię nie było, wydarzyło się wiele złych rzeczy. Mieliśmy rację co do Sithów, powrócili, może nie ujawnili się wprost, ale zagarniają kolejne światy. Najpierw podbijali te z Zewnętrznych Rubieży, nienależące do Republiki, a teraz posuwają się bliżej.

- Podbijają. – wtrąciłam się, starając się dokładnie przeanalizować jego wypowiedź i wszystko zarejestrować. – Czyli nie zawarli żadnej umowy z Separatystami, ani nic z tych rzeczy, po prostu biorą co chcą.

- No, jest coraz gorzej. Zabijają zarówno Jedi, jak i miejscowych, którzy stawiają opór. – mówił dalej Kenobi. Wyglądało na to, że się rozkręcił. – Wielu naszych zostało wysłanych z odsieczą. Mało kto wrócił. Coruscant również nie jest już bezpiecznym miejscem, w Senacie… W Senacie nie jest najlepiej.

Poczułam zachwianie w Mocy, coś jakby ból. Rozdzierający mnie od środka.

- Moja matka.

Obi-Wan przysunął się bliżej i chwycił mnie za ramiona, jakby bał się, że zaraz coś sobie zrobię. Otworzyłam szeroko oczy i wbiłam w niego przerażone spojrzenie, wiedziałam, że sprawa z Senatem Republiki jest związana z nią. Zadrżałam.

- Ktoś zorganizował zamach podczas przemówienia.

Moje serce waliło jak szalone. W umyśle pojawiła się czarna wizja.

- Nie wiem, jak do tego doszło przy tych systemach bezpieczeństwa, ale…

Zobaczyłam to; sala zgromadzeń w kształcie leja z repulsorowymi platformami. Senator Amidala pośrodku, ubrana w charakterystyczny strój, przemawiająca mądrze do swoich ludzi po fachu.

- Przykro mi.

- Ktoś ją zabił?

- Annica…

- Ona… Ona nie żyje?

- Mnie też to boli, naprawdę.

- Kto? Kto mógł to zrobić? Powiedz mi!

- Słuchaj, jeśli masz zamiar się mścić…

- Mścić?! Obi-Wanie, zamordowali mi matkę! Mam siedzieć i czekać, aż to samo zrobią komuś innemu? Ja ją kochałam!

Zerwałam się z pryczy i stanęłam naprzeciw niego, zaciskając pięści. Wiedziałam, jak łzy spływają mi po policzkach, ale nie czułam tego. W moim sercu zagościł jeszcze większy ból niż wtedy, gdy Cordia ugodziła mnie mieczem. Jeszcze większy smutek, a niżeli po Mattisie i Tore’u. Nienawidziłam tego miejsca. Coruscant stało się obcą planetą.

- Kochałam ją. Jak… jak ja mam teraz żyć?

Obi-Wan ukrył twarz w dłoniach i wydał z siebie szloch. Nie wiedziałam, że Jedi tak mogą, ale to mnie nie pokrzepiło. Spowodowało tylko narastające cierpienie. I moje i jego.

- Czemu ty jesteś taka sama jak on?! – zawył, nie podnosząc na mnie wzroku. Nie zrozumiałam tych słów, ale rozluźniłam mięśnie, doznając wrażenia, że znów robię coś niewłaściwego.

- Jak kto?

- Wychowałem potwora. Zdrajcę, zabójcę, mordercę. – ciągnął, a z każdym wyrazem moje oczy otwierały się szerzej. Mówił coraz głośniej, z narastającym żalem i złością. Chyba na siebie samego. – Powinienem… miałem go zabić lata temu.

Cofnęłam się o krok do tyłu, wpadając na szarą zasłonę. Do głowy przyszła mi pewna myśl i starałam się nie zwymiotować. Ciemność, ciemność, ciemność.

- Gdzie mój ojciec? – zapytałam, zmuszając się, żeby wypowiedzieć to zdanie choćby szeptem. Lodowaty pot oblał moje ciało ze zdenerwowania. Patrzyłam na Obi-Wana, który z kolei nie zamierzał spojrzeć na mnie. – Gdzie on jest?

- Nie wiem. – odrzekł surowym tonem, w którym było coś przerażającego. Już nie miałam wątpliwości, kogo te określenia dotyczyły. Brakło mi tchu. – Nikt tego nie wie.

- Co on zrobił? – dodałam, podchodząc bliżej człowieka, który zdawał się być na skraju załamania nerwowego. Uniosłam jego twarz; oczy mu poczerwieniały i cały drżał, przez co mnie samą przeszedł dreszcz. Był zdruzgotany. – Powiedz mi, proszę.

- Mówiłaś, że szykowana jest na nas zasadzka. – odparł, a głos drżał mu zupełnie jak on. Słuchałam go uważnie, zmuszając by patrzył mi w oczy, ale on za wszelką cenę unikał mego wzroku.

- Tak, Cordia i jej brat, a także ich mistrz…

- To jest ich troje? – wyjęczał i znów się zatrząsł. Wciągnął w płuca powietrze i oparł się na łokciach na materacu pryczy. Zmrużyłam brwi. – Na Moc… Czworo Sithów, to wbrew tysiącleciom historii.

Zamrugałam kilka razy, analizując jeszcze raz jego słowa. Czworo? Przed chwilą powiedział TROJE. A potem zrozumiałam i zwaliłam się na podłogę.

- Annica, błagam, zabij mnie.

- Nie. To ty mnie zabij.

Siedzieliśmy przez krótką chwilę w milczeniu, a wydało mi się, że minęły całe wieki. Kenobi siedział, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w sufit, a ja bujałam się w tę i z powrotem, czując się jak osierocone dziecko, które wróciło z traumatycznej podróży, a zamiast otrzymać porządną kolację, zostało porzucone przez najbliższych. Pomyślałam o tych chwilach zanim dowiedziałam się, że jestem wrażliwa na Moc. Przypomniałam sobie wszystko.

- Tylko uważaj, jest jadowity. – powiedział ojciec, kiedy bez zastanowienia pokazywał swojej trzyletniej córce węża. A ona się śmiała, zachwycona.

- Naprawdę? Ale super!

 

- No powiedz, jaki on jest? – zapytała mama, patrząc na mnie tymi swoimi ciekawskimi oczyma, z szerokim uśmiechem na twarzy. Doszło do niej, że spodobał mi się jakiś chłopak z równoległej klasy, jeszcze zanim skończyłam jedenasty rok życia. – Przypomina Anakina?

Prychnęłam, posyłając jej spojrzenie spode łba.

- Sama jesteś zakochaną nastolatką.

- Wcale… No, może trochę.

 

- Mamo!

- Co?!

- Powiedz jej coś!

- CO?!

- Nie, to jemu powiedz!

- Jesteście głupcy jak podeszwa buta. Ale i tak was kocham.

 

Wiele tego jeszcze było. Zdawało mi się, że rozmyślam nad tym z dwie godziny, a minęły zaledwie minuty. Kiedy Obi-Wan się poruszył, powędrowałam za nim wzrokiem. Zamazanym przez łzy. Miałam ochotę przeciąć sobie żyły.

- Co chcesz zrobić? – zapytałam go, na co on w końcu na mnie spojrzał. Wyglądał jak zmęczony życiem człowiek, którego zdradził przyjaciel, i któremu zabito przyjaciółkę. Pewnie nie wiele się od niego różniłam, tyle że czułam się sto razy gorzej. – Posłuchaj, ja nie jestem w stanie uwierzyć, że on mógł to zrobić.

Jakaś cząstka w środku mnie mówiła, że nie powinnam wierzyć w te brednie.
Największy Jedi, bohater, dokonały pilot. Mój ojciec. Miałby przejść na Ciemną Stronę?
Stać się złym? Zabijać bez litości? Kierować się nienawiścią? To brzmiało równie absurdalnie jak Annica, która stała się Jedi.

Uczucia. One są zgubą.

„Musisz być taka sama jak on?!”

Strach. Przed stratą ukochanej osoby.

Życie BEZ ukochanej osoby.

Wiedziałam, dlaczego to zrobił.

„Spotka cię tam wiele cierpienia” – dzięki, ty stary, niebieski, kpiący…

- Czy twój dawny mistrz, Qui-Gon Jinn, miał cię za narwanego padawana? Bo chyba go spotkałam.

1 komentarz więcej...

Just give me a reason

przez , 16.lis.2013, w Dantooine

Hejoo :D Tym razem udało mi się stworzyć coś szybciej i bardzo dobrze. Annica jest niezniszczalna… chyba przeżyłaby bombę atomową :P Powiem jeszcze, że zaraz odpalam „Atak klonów” na dvd i zakochałam się w ścieżce dźwiękowej ze „Starcia tytanów” <3  A już za tydzień puchar świata w skokach narciarskich :D Przyjemnej lektury!

„I just wanna be loved…”

 

Rozdział 14.

- Nie wygrasz, Annie! Nigdy nie byłaś dobra w wygrywaniu! – zawołała dzikuska, a ja popatrzyłam na nią pewnym siebie spojrzeniem. O nie, tym razem nie miała racji.

- Mam na imię Annica.

I puściłam gałąź, szybując w dół, ku rozpienionym falom. Poczułam tysiąc ostrzy wbijających się w skórę.

 

Nie żebym była zrzędliwa, ale walka z Sithem nie jest spełnieniem moich marzeń.
To tak jakby pozwolić wejść na boisko najsłabszemu graczowi i czekać, aż skręci sobie kostkę. Ha! Chciałoby się.

Cordialicie nacieranie na mnie nie sprawiało za to najmniejszego problemu. Wystarczyło zaledwie parę chwil, a zaprowadziła mnie w ślepy zaułek. Właściwie to stałam oparta plecami o drewniany pal areny, na którym jeszcze przed chwilą walczyła jako przyszły „rycerz Jedi”, pokonując chłopca, którego później zgładziła.
Jej włosy były w nieładzie; parę kosmyków padało jej na czoło zdobione kropelkami potu. Niewielki wietrzyk poruszał jej pomarańczowym warkoczem. Była drobną dziewczyną, z chęcią odsłaniającą swój wysportowany brzuch. A jednak, kiedy stała nade mną z wycelowanym w moją pierś ostrzem miecza świetlnego, najzwyczajniej w świecie się jej bałam. W dodatku oczy płonęły jej dzikim blaskiem, a ich bursztynowy kolor dodatkowo stał się jeszcze bardziej… bursztynowy. Dłoń lewej ręki zaciskała w pięść, a mięśnie jej twarzy napinały się z każdą sekundą.

- Poddaj się, Annica. – powiedziała przez zaciśnięte zęby, patrząc na mnie przenikliwie. Moje serce biło z szybkością gromu padającego z nieba. Pomacałam pal, pod którym już właściwie siedziałam, uciekając przed pomarańczową klingą. – Jesteś za słaba.

Pokręciłam głową, nie wierząc, że to dzieje się naprawdę.

- Kiedy ty się taka stałaś?

Cordia uśmiechnęła się zwycięsko i zatoczyła koło swoją bronią. Wiedziałam, że z nią nie wygram, nie było nawet cienia szansy.

- Powiedzmy, że zamiast do Świątyni Jedi na Coruscant, trafiłam pod opiekę pewnej osoby.

Rodzina Sithów, kto by pomyślał.
Zerknęłam w bok; parę metrów dalej leżał mój miecz świetlny, który upuściłam podczas marnego pojedynku z nią. Gdybym tylko mogła go dosięgnąć. I odwrócić jej uwagę.

- Co zamierzasz? – zapytałam drżącym głosem, chwytając się ostatniej deski ratunku jaka mi pozostała. Cordia uniosła lekko kąciki ust. Nie wierzyłam, że powie mi o swoich planach, które były dla mnie zagadką, ale od czegoś trzeba było zacząć. – Zabijesz mnie i co dalej?

- Zabić cię? Tak od razu? – odparła, ogarniając wzrokiem moją osobę. Cała się trzęsłam i czułam zimny pot oblewający całą powierzchnię ciała. Zdobyłam się jednak na odwagę i uniosłam brwi ze zdziwienia.

- Nie? Zginąć z ręki kogoś takiego jak ty byłoby szczytem marzeń.

Dziewczyna znów się uśmiechnęła, choć chyba nie zwykła przyjmować komplementów. Wykorzystałam sztuczkę, której nauczyłam się od matki. Zawsze kiedy chciała mnie nabrać, patrzyła ponad moim ramieniem i robiła przerażoną minę, zupełnie jakby zauważyła coś niepokojącego. Zrobiłam dokładnie to samo i choć wydawało mi się to bezsensowne, Cordia się odwróciła, marszcząc w zastanowieniu czoło.  Nie miałam czasu na zachwyt tym, że mi się udało; wyciągnęłam rękę i przywołałam Mocą broń do dłoni, przetoczyłam się szybko i stanęłam na nogi, gotowa na odparcie ataku.
Na Cordii jednak nie zrobiło to dużego wrażenia. Ofiara wymknęła jej się z uścisku, ale tylko na chwilę. A to nie była pocieszająca myśl.

- Pamiętasz naszą rozmowę w transporterze? – zapytała, robiąc krok w moją stronę z opuszczonym ostrzem miecza. Od razu się cofnęłam. – Powiedziałam ci, że jesteś wyjątkowa.

Kolejne kilka kroków. Kolejne cofnięcia. Potknęłam się o coś i zachwiałam, a dopiero po chwili zorientowałam się, że było to ciało mistrza Gahleri. Poczułam jak gniew we mnie momentalnie wzrasta. A na twarzy Cordii wymalowało się zadowolenie.

- Widzisz?

- Co?

- Chcesz zemsty, mam rację?

Zemsta. Nigdy wcześniej tak o tym nie myślałam. Czułam po prostu złość, że ktoś zabił moich przyjaciół. Mało, że ktoś. To była ona, osoba, której ufałam.
Nie czułam złości. To była wściekłość.

- Myślisz, że nie widziałam, jak patrzyłaś na tę Twi’lekankę, która miała cię za zero? – zapytała, podchodząc coraz szybciej. Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec przed siebie. Dziewczyna ruszyła za mną.

Opuściłyśmy obóz, a Cordia biegła coraz szybciej, depcząc mi właściwie po piętach. Dostałyśmy się na zieloną polanę, wokół której nie było nic. Żadnych drzew, krzewów, czegoś, co można by wykorzystać jako schronienie. Tylko mocno zielona trawa w kolorze oczu Michaela, którą poruszał wzmagający się wiatr. Na niebie zaczynały tworzyć się ciemne chmury, a deszcz był akurat ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam do szczęścia. Usłyszałam dźwięk rozbijających się o brzeg fal; kllif. Dwadzieścia metrów dalej polana kończyła się urwiskiem. Ale super. Kocham morze.

Ciekawe tylko dlaczego pomyślałam o Mike’u.

Cordialita wyprzedziła mnie i zastawiła mi drogę. Omal na nią nie wpadłam. Chwyciła moją dłoń, cały czas patrząc mi w oczy. Czytała moje emocje, a ja drżałam. I jednocześnie paliłam się od środka.

- Jedi popełnili błąd wysyłając cię tutaj. – rzekła, wbijając paznokcie w skórę mojej ręki, znów leciutko się uśmiechając. Dość szyderczo jak na niewielki grymas. – Nigdy nie będziesz taka jak oni, a wiesz dlaczego?

„Bo nie potrafisz zapanować nad targającymi tobą uczuciami.” Wiem.

- Za to nie stanę się również taka jak ty. – powiedziałam, wyrywając się z jej uścisku. Zrobiłam krok do tyłu i wystawiłam przed siebie ostrze miecza. – Nie jestem zła.

Cordia roześmiała się pogardliwie, co podniosło mój poziom gniewu jeszcze bardziej. Miałam ochotę wyrządzić jej krzywdę za to, co uczyniła moim przyjaciołom. I nie tylko im. Chciałam, by za to zapłaciła. Chciałam ją zniszczyć.

- Oni cię odrzucą! Nie rozumiesz tego? Wezmą ci miecz i szatę, nie pozwolą dołączyć do szeregu. Domyśl się, co będzie tego powodem. – rzekła, wbijając we mnie swój przenikliwy wzrok. Znów się cofnęłam i poprawiłam rękojeść w dłoni. Wszystko bulgotało we mnie w środku. – Jesteś inna, Annica. Nie wychowano cię w tych ortodoksyjnych warunkach Świątyni, już nigdy nie pozbędziesz się swoich uczuć.

Miała rację. Nie byłam nauczona odrzucania emocji, Obi-Wan często o tym mówił. A jednak postanowili mnie tu wysłać.

- U nas znajdziesz akceptację. – dodała, tym razem mówiąc spokojnie. Wyłączyła nawet swoją broń i opuściła ją. Spojrzała na mnie tak samo jak Cordia, którą znałam. Która była moją przyjaciółką.

- Co to znaczy „u was?

Było ich więcej. Nawet nie tylko dwoje.

- Będziesz mogła być sobą. Nikt nie zmusi cię do robienia czegoś, co ci nie wychodzi. – dodała, podchodząc do mnie. Odeszła ostrze mojego miecza i stanęła ze mną twarzą w twarz. Wyglądała tak jak zawsze, jak Cordia, która pomogła mi się odnaleźć w obcym miejscu. – Kierowanie się gniewem nie jest złe. On pomaga ci skupić siłę. Jest tak?

- Uhm.

Nie wiem czemu to powiedziałam. Ale dopiero w tej chwili zrozumiałam prawdę; zawsze, ilekroć coś robiłam, gniew mi towarzyszył. Kiedy latałam i ktoś do mnie strzelił, denerwowałam się, a następnie oczyszczałam umysł, by coś na to poradzić. Gdy strzelałam z blastera, a coś szło nie po mojej myśli, rosło mi ciśnienie. A kiedy biłam się z Twi’lekanką w lesie i kiedy nazwała mnie szczerbą…

Ciemność była we mnie.

Mój siniak na głowie zaczął dokuczać mi coraz mocniej. Opuściłam broń i rozmasowałam bolące miejsce. Dziewczyna stała w skupieniu i śledziła moje ruchy. Jej twarz zdawała się powtarzać zdanie z transportera „Ja ci pomogę.”

Coś mi mówiło, że ma rację. Chciałam jej znów zaufać, by nie czuć się odrzuconą przez innych. Pragnęłam być równa jej i jej mocy. A jednak jakaś cząstka w środku ciągnęła mnie w drugą stronę.

- Dlaczego to robisz? – zapytałam, patrząc w ziemię, przypatrując się czubkom moich butów. Cordia położyła mi rękę na ramieniu. – Co jest we mnie tak specjalnego, że chcesz, bym do ciebie dołączyła?

- Masz w sobie siłę, Annie. Potęgę. Tylko jeszcze jej nie odkryłaś. – odparła, zaciskając mocniej palce na moim ramieniu. Spojrzałam na nią zaskoczona, miałam wrażenie, że jej słowa nie do końca docierają do mojego mózgu. Co za potęga? – Mój mistrz pozwoli ci…

- Ale Obi-Wan…

- Obi-Wan jest zwykłym starcem, który już dawno osiągnął porażkę w swojej karierze nauczyciela. – odparła, wbijając we mnie swój ostry wzrok. Wytrzeszczyłam na nią oczy, zastanawiając się nad jej wypowiedzią. Co?

- O czym ty mówisz?

- Wkrótce zrozumiesz.  Ale na razie…

- Nie! – przerwałam jej, wyrywając się z mocnego uścisku jej smukłej dłoni. Dałabym głowę sobie uciąć, że przez jej twarz przemknął cień mówiący „A niech cię szlag, już prawie się udało.” – Ty zabiłaś Mattisa. I Tore’a i … Miałabym robić to samo? Prędzej umrę niż przejdę na Ciemną Stronę.

Cordia stała przez moment nieruchomo, gapiąc się na mnie szyderczym spojrzeniem. Wiatr coraz mocniej szarpał jej i moimi włosami. Lodowaty pot na mojej skórze w tym połączeniu przyprawiał mnie o dreszcze. Dziewczyna uruchomiła broń, a pomarańczowe ostrze rzuciło blask na jej twarz.

- Jak sobie życzysz.

Zaszarżowała. Uniosłam broń i odepchnęłam jej atak. Tysiąckrotnie. Skoczyłam. Cięłam. Odbiłam. Pchnęłam, uchyliłam się, cofnęłam, znów skoczyłam i odbiłam. Po chwili ostrze mojego miecza zetknęło się na dłużej z jej pomarańczową klingą. Starałam się za wszelką cenę nie opaść z sił. Popatrzyłam w oczy Cordii – świeciły blaskiem nienawiści.

- Próbowałam ci pomóc. – powiedziała przez zaciśnięte zęby, napierając na swoją broń jeszcze bardziej. Miecze brzęczały, a ja miałam wrażenie, że palą mi się brwi. – Ale skoro nie chcesz… umrzesz jak twoi koledzy.

Ostrza rozłączyły się, a moja przeciwniczka jednym pchnięciem Mocy posłała mnie dziesięć metrów do tyłu. Potoczyłam się po zielonej powierzchni, a kiedy wstałam, wiatr omal mnie nie przewrócił. Obejrzałam się za siebie; niewielka odległość dzieliła mnie od urwiska. Fale coraz głośniej rozbijały się o skalisty brzeg, a miałam dziwne przeczucie, że to samo stanie się ze mną.

„Cześć, Annica. To ja, Obi-Wan. Nie oglądaj się, dobra? Rób co musisz i się skup.”

Skupić się, jasne.
Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Pozwoliłam Mocy przepłynąć przez żyły. Zobaczyłam ten spokojny ocean, który był teraz we mnie. Nie było emocji. Było opanowanie.
Lecz kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam dzikuskę stojącą ode mnie w odległości wyciągnięcia ręki. Była opanowana, ale ja też potrafiłam taka być.

- Przestań. Cordia, wcale nie musisz zabijać, by coś osiągnąć. Możesz stać się kimś lepszym. – powiedziałam do niej, starając się przemówić jej do rozsądku. Nie podziałało; spojrzała na mnie spode łba i zachichotała chytrze. – Jedi mają przewagę liczebną, nawet jeśli mnie zabijesz…

- Och, tak, z pewnością. – odparła i przerzuciła broń do drugiej dłoni. Moje serce znów zabiło szybciej. – Ale nie martw się o to, mój brat właśnie jest w drodze na Coruscant, by spotkać się z naszym mistrzem. Twoich ziomków czeka miła niespodzianka.

- Jaka znowu niespodzianka?

- Dawno nie walczyliście ze Sithami, co? Zwłaszcza, gdy atakują z zaskoczenia. – odparła, a ja zdążyłam tylko unieść brwi, nic więcej. – Żegnaj.

A potem zginęłam.
No, nie tak od razu.
Najpierw Cordia zaatakowała, jak sama powiedziała, z zaskoczenia; cięła mieczem, a mnie nawet nie udało się tego ciosu odbić, zaledwie musnęłam klingą jej broń. Wrzasnęłam z bólu, kiedy mój bok przeszyło pomarańczowe ostrze, przepalając skórę. Cordialita kopnęła mnie dodatkowo w brzuch i wylądowałam na samym brzegu klifu. Spadłam z krawędzi, nie mogąc się zatrzymać.
Parę metrów niżej z urwiska sterczała gałąź, której w ostatniej chwili się złapałam. Nie ma słów, by opisać jak się wtedy czułam. Wydawało mi się, że rozrywa mnie na dwie części, a w nozdrzach czułam smród palących się tkanek. Zajęczałam jeszcze raz, patrząc jak mój miecz spada w spienioną wodę, tworzącą olbrzymie bałwany tam na dole. Kolejna fala rozbiła się o brzeg, a krople wody dosięgły nawet mnie, zwisającą dosyć wysoko.

- Jeszcze żyjesz?! – ryknęła z góry moja przeciwniczka, która jak widać nie znała słowa litość. Jej twarz dopiero teraz wykrzywiła się w przepełniony Ciemną Stroną Mocy grymas. Miałam wrażenie, że gdyby tylko chciała, z frustracji skoczyłaby w dół i w locie mnie dobiła. Ale wtedy sama spadłaby w otchłań morza na Dantooine. – A niech cię licho!

Mój bok bolał coraz mocniej, miałam mroczki przed oczami, a jednak nie czułam się jak umierająca. Powiedzmy. Przy życiu trzymała mnie myśl, że nie mogę doprowadzić do pozbycia się wszystkich naocznych świadków. Ktoś musiał dowiedzieć się, że Cordia jest zdrajczynią i jest planowany atak na Świątynię. Nie mogłam do tego dopuścić.
Spróbowałam podciągnąć się na gałęzi, lecz kiedy tylko to zrobiłam, ona zaczęła odrywać się od skały. Niedobrze.

- Nie wygrasz, Annie! Nigdy nie byłaś dobra w wygrywaniu! – zawołała dzikuska, a ja popatrzyłam na nią pewnym siebie spojrzeniem. O nie, tym razem nie miała racji.

- Mam na imię Annica.

I puściłam gałąź, szybując w dół, ku rozpienionym falom. Poczułam tysiąc ostrzy wbijających się w skórę.

 

***     

Wygramoliłam się na piaszczysty brzeg gdzieś daleko od obozu. Widziałam w prawdzie wieże Starożytnej Świątyni Jedi, ale gdzie byłam teraz, nie miałam pojęcia. Miałam przed sobą piasek, a dalej dżunglę.

Początkowo myślałam, że nie żyję. Zwłaszcza, gdy wpadałam do tej lodowatej wody. Naprawdę była lodowata, miałam wrażenie, że tysiące malutkich i ostrych igiełek nadziewa się na moje plecy. Gdybym nie wstrzymała powietrza, na sto procent brakłoby mi tchu. A potem koziołkowałam wśród wirującej wody, nie mogąc wypłynąć na powierzchnię. Żywioł robił ze mną co tylko chciał.

Moc pomogła mi przeżyć, w co do tej pory nie mogłam uwierzyć. Chyba stanę się legendą i będę znana pod pseudonimem „żelazna córka Skywalkera”. Ale jestem niezniszczalna.

Przekręciłam się na mokrym piasku i położyłam na plecach. Ciężko mi było brać oddech i cały czas plułam wodą. A jednak, kiedy otworzyłam oczy i ujrzałam słońce wyłaniające się zza chmur, miałam ochotę się roześmiać. Przeżyłam. Znowu. Wstałam na nogi i chwyciłam się za promieniujący bólem bok. Był na szczęście tylko rozcięty, a nie przebity. Choć i tak bolało okropnie w połączeniu ze słoną wodą. Popatrzyłam na otwierającą się przede mną dżunglę i wzięłam głęboki wdech. Czas na…

Nie, pójdę plażą.

Ruszyłam przed siebie, brodząc w mokrym piachu. Fale co chwila podmywały mi stopy, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Szłam najszybciej jak tylko mogłam, trzymając się za rozciętą i śmierdzącą ranę w obawie, że za chwilę rozleci się jeszcze bardziej. Pomacałam miejsce pasa, gdzie powinien wisieć mój miecz świetlny. Szkoda, że go zgubiłam, byłby teraz moim jedynym towarzyszem. Tak jak miało być na początku.
Pomyślałam o Tore’u, jak oddał mi swój kawałek steku podczas którejś z rzędu kolacji, bo umierałam z głodu. Miał zawsze taki smętny wzrok. I wspaniały dowcip. A Mattis? On był świetny, mózg pierwsza klasa. Byłby najlepszym generałem. Poczułam, jak bardzo mi ich brakuje. I pomyślałam o Cordii – była… dobrym przywódcą. Tylko tyle.
Usłyszałam dźwięk lecącego statku i spojrzałam w niebo. W górę wzbijał się śmiegacz, jeden z naszych jednostek. Wytrzeszczyłam oczy i zrozumiałam straszną prawdę; Sith opuszcza planetę, by dołączyć do kompanów. Nie mogłam się spóźnić.

 

- No dalej, ruszaj! – rzekłam zniecierpliwiona, po raz setny próbując wywrzeć jakąś reakcję na przycisku uruchamiającym statek. Opadłam na fotelu pilota westchnęłam ciężko i przeczesałam ręką mokre włosy. Cała byłam przemoczona, ale to był akurat najmniejszy problem. Walnęłam pięścią w panel kontrolny. – Nie po to cię naprawiałam, ty kupo złomu, żebyś dalej nie działał!

Na konsoli zamrugały światełka, a silnik zawarczał. Nie jestem w stanie opisać swojej reakcji szczęścia, coś w rodzaju „Haaaaa!!!!” Udało się, teraz nie pozostawało nic innego, tylko stąd uciekać.

Cordialita jest bystrą dziewczyną; starała się unieszkodliwić każdy obozowy statek, by nie dopuścić, żeby ktoś ich jeszcze użył. Ale wtedy wkroczyłam ja i chwyciłam za narzędzia. Mieć zdolności techniczne w genach – bezcenne. Tak więc po dłuższej chwili trudzenia się, udało mi się obejść system i uruchomić silnik. Nie zdążyłam naprawić droida, który zająłby miejsce w skrzydle statku, ale miałam nadzieję, że w zimnej i niebezpiecznej przestrzeni kosmicznej poradzę sobie bez niego.

Kiedy wznosiłam się w powietrze pod ostrym kątem, rzuciłam powierzchni planety ostatnie spojrzenie. Byłam pewna, że nie będę tęsknić za tym miejscem, a jednak przypomniały mi się te wszystkie dobre chwile spędzone z przyjaciółmi – posiłki, wygłupy, treningi, zabawy…

„Skończyło się, nie patrz w przeszłość.”
Co racja, to racja.

Statkiem chwiało, kiedy przebijałam się przez kolejne warstwy planety, ale gdy opuściłam ją na dobre, chciałabym móc powiedzieć, że odetchnęłam z ulgą. Znów doznałam przeczucia, że dzieje się coś złego. Szybko jednak odgoniłam od siebie tę myśl, chwyciłam mocniej za ster i weszłam w nadprzestrzeń. Żeby tylko śmigacz nie rozleciał się po drodze.

1 komentarz więcej...

Roar

przez , 28.paź.2013, w Dantooine

Doberek ;D  Tak na dobry początek tygodnia kolejny rozdział, wydaje mi się, że teraz akcja się rozkręca. Nie mam o czym pisać za bardzo, więc powiem tylko, że „Olimpijscy herosi” górą i chill :D A póki co skupcie się na przygodach młodej panny Skywalker, miłego czytania ;)

Rozdział 13.

 

Czasem opłaca się być córką najlepszego pilota w Galaktyce.

A czasem nie.

Jeśli ktokolwiek posądzał mnie o brak odwagi, to miał rację, skubany.

 „Ojcze… może przyszedłbyś i mi pomógł?”

 „Ciekawe co robisz.

Pewnie to co ja. Siedzisz za sterami i klniesz.

 Stang!

 No może ewentualnie jesteś na drugim końcu wszechświata i zastanawiasz się, czy jeszcze żyję.

 Spokojnie, nie potrwa to długo zanim mnie usmażą.

 Niech to…”

- Hej, młoda, jak idzie?

- A latałeś kiedyś w deszczu asteroid?

 To był właśnie problem. Siedziałam w fotelu jednego z obozowych stateczków, omijając setki małych bądź też ogromnych kawałków skał. Jedna właśnie trafiła w skrzydło mojego śmigacza, wprawiając go w niebezpieczne zachwianie.

 Nie jest dobrze, Annica.

- Wiem, Arfour, ale spokojnie, robiłam to nie raz. – odparłam, odpowiadając na słowa wyświetlone na ekranie panelu kontrolnego. R4-P15, mały astro droid siedzący w gnieździe na skrzydle, wydawał się być bardziej zdenerwowany niż ja. Pomyśleć, że był tylko maszyną. – Tyle że nie w takich warunkach.

 Statkiem znowu zakołysało. Dałam gazu i skręciłam raptownie, omijając zbliżającą się zbyt szybko asteroidę. Zobaczyłam po swojej lewej kolejny statek jednego z padawanów; nasze wzroki się spotkały, choć w jego oczach nie widziałam strachu. Raczej pewność zwycięstwa. Spojrzałam na radar; nie zajmowałam ostatniej pozycji, choć i tak czułam się jak ostatnia ofiara.

 Koło nosa przemknęła struga laserowego boltu. Co do…

 - Chyba mamy towarzystwo. – powiedziałam, naciskając parę guzików na panelu kontrolnym. Skręciłam w lewo, zbliżając się na bezpieczną odległość do mojego konkurenta. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, lecz nie musiałam niczego wyjaśniać; sam szybko zorientował się, że ktoś strzela zza naszych pleców. – Arfour, wysuń działka.

Uciekajmy, błagam…

- Wysuń!

- Mogłabyś się odezwać od czasu do czasu.

 Głos Tore’a w moim komunikatorze nie dawał mi spokoju. Zazdrościłam im, że są teraz na ziemi i czekają sobie spokojnie, aż do nich dołączę. Choć w sumie… Coś zbyt często dają o sobie znać.

 - A co mam ci powiedzieć? Że jakiś palant siedzi mi na ogonie i strzela?

- Co ty?

- Głupek z ciebie.

 Ominęłam kolejną asteroidę, wykonałam obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni zwiększając trajektorię lotu, i wcisnęłam przycisk uruchomiający działko laserowe. Czerwona strzała pomknęła w stronę najbliższego kamienia, roztrzaskując go na drobny mak, który z wielką siłą pomknął we wszystkie strony. Sama omal nie oberwałam, choć manewr był dobry; kosmiczne śmieci odwróciły uwagę lecących za mną przeciwników.

 - Może misja zniszczenia stacji kosmicznej to nie jest, ale idzie całkiem nieźle. – powiedziałam raczej do siebie, niż małego droida za iluminatorem, uśmiechając się pod nosem. R4 i tak mi odpowiedział słowami, że nie mam cieszyć się zbyt szybko. Co za strachliwy robot. – Wyluzuj, wynosimy się z tego bagna.

 Pociągnęłam mocno za ster, unosząc dziób statku. Trwało to trochę, zanim udało mi się uniknąć czołowego zderzenia z jakąś asteroidą i wylecieć poza ich burzę. A kiedy wreszcie tego dokonałam odetchnęłam z ulgą. Przed sobą zaś dostrzegłam parę nieprzyjacielskich pojazdów, wysyłających do siebie strugi szkarłatnej energii. Miałam szczerą nadzieję, że nie zechcą wypróbować tego na mnie.

 Annica…

- Co znowu?

Ktoś nas namierza.

 Zerknęłam na radar; ten bałwan znów leciał za mną i coś miałam złe przeczucia, że ta przygoda nie skończy się dla nas najlepiej.

 Sięgnęłam po Moc; poczułam, jak przepływa przez moje żyły, zabarwiając krew na swój własny kolor. Nigdy nie zastanawiałam się, jaką barwę może mieć Moc, ale w tym momencie liczyło się tylko to, by ujść cało.

Pchnęłam ster pozwalając, by mój statek obniżył lot, unikając tym samym bliskiego spotkania ze śmiercią – wróg wysłał parę pocisków w moją stronę, a R4 zagwizdał z przerażenia.

 „Oto co się właśnie dzieje, tato.

Szkoda, że tego nie widzisz, podobało by ci się, w jaki sposób igram z losem.

 Ciekawe co robisz. Co mama robi.

Wczoraj siedziałam jeszcze w szkolnej ławce z Rose, a dzisiaj bawię się w pilota.

 A nie, przepraszam. Wczoraj odpadałam ze skały.

 Jak wrócę – o ile zdołam – może wreszcie zawalczymy razem na miecze świetlne? Byłoby zabawnie. Na pewno przegram, jak to ja. Nie mam nawet swojego miecza, ale trudno. Macham całkiem nieźle, mistrz Gahleri mnie chwali, mówi nawet, że mam potencjał.

 Mam również sny… Bardzo złe sny.

 Nie wiem czemu, ale znowu widzę w nich ciebie, jesteś taki… obcy. Mama nigdy mi się nie śni, ale to chyba nawet dobrze. Nie mów jej tylko, że ostatnio zobaczyłam jak Coruscant jest ogarniane przez tysiące droidów, na których czele stoisz ty. To by ją zaniepokoiło.

 Masz też tak? Że budzisz się rano zlany potem i nie możesz oddychać? Chociażby dlatego, że ktoś dusił cię swoją mechaniczną dłonią przez ostatnie kilka minut.

Tęsknię za domem, za mamą. Za tobą nawet trochę też. Nie powinnam tęsknić, to objaw przywiązania. Ale nie potrafię z tym walczyć. Tęsknię za Rose. Za Jackiem. Ostatnio kiedy ich widziałam, kłóciliśmy się. I rozstaliśmy w gniewnie, a ja mogę umrzeć choćby zaraz i już nigdy ich nie przeprosić. Zabawne.

 Ciekawe co robisz, tato.”

- Spowalniacze nie działają. – rzekłam do małego droida, kiedy wreszcie weszliśmy w atmosferę Dantooine. Teraz nie pozostało już nic innego jak wylądować i skończyć ten wypad w kosmos. Otarłam strużkę potu z czoła i dopiero po chwili zorientowałam się, co też właściwie powiedziałam. Brakło mi tchu. – Spowalniacze nie działają, Arfour!

Przecież wiem, robię co mogę.

 Nie chciałam skończyć jako kupka gorącego metalu stygnąca na powierzchni obcej planety. Choć w tej chwili właśnie tak się czułam. Razem z astro droidem, naprawiający usterkę, tworzyliśmy kulę pędzącego żelastwa, które po kilku doznanych urazach, pędziło w stronę ziemi. Nie widziałam nic prócz otaczających nas płomieni i zbliżającej się zbyt szybko powierzchni. Wciskałam hamulce, próbowałam manipulować sterem, klęłam tak wyraziście, że sama sobie dałabym reprymendę, ale to i tak na nic. Statek był uszkodzony, a ja tkwiłam w środku z nadzieją na bezbolesną śmierć. Ziemia tymczasem była coraz bliżej, odległość między mną a nią malała z każdą setną sekundy. Najgorsze było to, że śmigacz kręcił się w kółko. Zanim umrę zdążę jeszcze się wyrzygać. Ale ekstra.

 - Jak tam młoda?

- Ląduję.

- Naprawdę? To świetnie! Słuchaj, mamy szansę na brąz, tylko…

- Awaryjnie, głupcze!

- Co? Nie słyszałem, możesz powtórzyć?

- Bez odbioru.

 Kilka metrów przez zderzeniem jeszcze raz pociągnęłam za ster i docisnęłam hamulce, dźwigając dziób. Potem pozostało mi tylko zamknąć oczy i wypuścić wszystko z rąk. Ziemia nie zamierzała mnie oszczędzać.

 Poczułam uderzenie; dźwięk rozpadającego się metalu przebił mi bębenki w uszach, kręciłam się na wszystkie strony, uderzając sobą o kabinę, wrzeszcząc do tego zarówno z bólu jaki i przerażenia. Pojazd również krzyczał. A raczej jęczał, gdy jego części po kolei odpadały kiedy rył o podłoże. A jak już się zatrzymał, słyszałam jedynie dzwonki, które sobie dzwoniły i dzwoniły w mojej głowie. Wzięłam oddech, nie podnosząc się z panelu kontrolnego, na którym ostatecznie spoczęłam. Odczekałam chwilę upewniając się, czy aby na pewno nie grozi mi coś typu przechylenie się statku do przodu i runięcie ze zbocza jakiejś góry. Nie słyszałam nic prócz dzwoneczków i odgłosu uciekającej skądś pary. Podniosłam się i oparłam do siedzenie. Głowa pękała mi w szwach, dosłownie. Nigdy nie zastanawiałam się jak to jest rozbić ją dwukrotnie, ale jakoś nie zależało mi na odpowiedzi. Jeszcze raz odetchnęłam głęboko, wciągając w nozdrza zakurzone powietrze. Czułam zapach durastali i paliwa, a to chyba nie wróżyło dobrze, kiedy siedzi się wewnątrz wraku statku tuż po katastrofie. Tykająca bomba nic więcej. Nie miałam czasu nawet pogratulować sobie przeżycia tej katastrofy, co w moim przypadku stanowiło przełom w dziedzinie latania, lecz od razu sięgnęłam do pasa po miecz. Wysunęłam zieloną klingę i wbiłam ją w kokpit, torując sobie drogę ucieczki. A kiedy już wyszłam, stanęłam na stabilnym podłożu i zobaczyłam to, co pozostało z biednego R4, nie pozostało mi nic innego jak powiedzieć:

 -Niech mnie stang…

 Nie ma nic lepszego od wraku statku i części droida siedzącego w gnieździe, z którego w dalszym ciągu się kopci. Przeczesałam włosy, oparłam ręce na biodrach i jeszcze raz omiotłam wzrokiem roztrzaskanego Arfour.

 - I tak nie lubię droidów. – powiedziałam i odwróciłam się na pięcie, ruszając przed siebie. Nie trwało to długo, kiedy poczułam zmarszczkę w Mocy i padłam na twarz, niesiona przez wybuch. Mój pojazd stanął w ogniu, a mnie przeszło przez myśl, że R4 pewnie chciał mnie ukarać za tę uwagę. – Dobra, ty byłeś wyjątkiem.

 

***

 Nigdy nie brałam udziału w biegach przełajowych. Na Coruscant nie było to przecież możliwe, chyba że chciało się pokonywać przeszkody w postaci drapaczy chmur. Dzisiaj pobiłam swój rekord w biegu dystansowym, uciekając od płonącego wraku statku w stronę obozu. Bardzo chciałabym tam dobiec, serio.

 Pędziłam aktualnie przez las na zielonej Dantooine, widząc ponad koronami czubki wież starożytnej Świątyni Jedi. Nie powiem, że ten widok nie napawał mnie optymizmem. Jednakże nigdy nie będę już zazdrościć Jedi wybierającym się na misje i muszącym radzić sobie choćby w takich sytuacjach jak ta. Najpierw uszkodzony pojazd, katastrofa, a teraz potykanie się o własne nogi ze zmęczenia.

 Nienawidzę.

 Wszystko byłoby jeszcze w porządku, gdyby nie to, że miałam towarzystwo. W końcu nie tylko ja wylądowałam już na powierzchni planety i zmierzałam do mety naszego wyścigu. Przez cały czas czułam, że ktoś siedzi mi na ogonie.

 - Nie tak prędko, człowieczku. – usłyszałam czyjś głos i od razu się zatrzymałam, rozglądając dookoła. Nie widziałam niczego prócz otaczającej mnie roślinności. Zamknęłam oczy i zagłębiłam się w Mocy, która dała mi odpowiedź. Poczułam bardzo wyraźnie; wici Mocy młodej kobiety, za mną, po prawej, na drzewie.

 Odwróciłam się na wznak w chwili, kiedy ta dziewczyna zeskoczyła w moim kierunku, z wysuniętą już klingą swojego miecza świetlnego. Błękitne ostrze starło się z moim zielonym, zabrzęczało i zaskwierczało, a potem ja odskoczyłam do tyłu na bezpieczną odległość.

 Twi’lekanka o niebieskim odcieniu skóry, z dwoma głowoogonami, ubrana w skąpy strój, skierowała ostrze w moją stronę. Rozpoznałam ją; to ona wczoraj nabiła mi guza kamieniem.

 - Co za zbieg okoliczności. – powiedziałam do niej, obracając rękojeść miecza w dłoni. Nie czułam strachu, miałam za to dziwną ochotę dokopania jej za to, co zrobiła mnie i mojej drużynie. – Czyżby rewanż?

- Ładny siniak. Nabić ci jeszcze jednego?

- Och, tak. – odparłam, przyjmując odpowiednią pozycję do walki, chwytając miecz obiema rękami i unosząc go nad głową. – Poproszę.

 Dziewczyna zaatakowała z impetem, tnąc swoim ostrzem, który skutecznie zablokowałam. Napierała na mnie, a ja cofałam się do tyłu, blokując każdy jej cios. Cięła nawet w moje nogi, lecz zdołałam uskoczyć i wylądować nieco dalej dzięki wydłużonemu Mocą skokowi. Twi’lekanka natarła znowu, a nasze ostrza wymieszały się barwą w dziesiątkach zetknięć, sycząc do tego przeraźliwie. Zanurzyłam się w Mocy, stając się z nią jednością i pozwalając jej pokierować swoim ciałem. Teraz zaczęła się zabawa; chociaż dziewczyna cięła mieczem, chcąc uderzyć w odsłonięte miejsca, ja wykonywałam serię skoków i akrobacji, starając się nie dać jej się pokroić. Czerpałam siłę z Mocy, która pozwalała mi na zwiększenie szybkości skoków, dezorientując coraz bardziej moją przeciwniczkę. W końcu opuściła miecz, a ja wylądowałam – w prawdzie z zachwianiem – na gałęzi najbliższego drzewa.

 - Chcesz opanować formę Ataru? – zapytała, choć w jej głosie słyszałam nutę podziwu. Omal nie zleciałam z drzewa. – Dużo jeszcze ci brakuje.

 Po tych słowach skoczyła ku mnie na gałąź, a ja straciłam kontakt z Mocą. Twi’lekanka pchnęła mnie, a ja poleciałam w dół, ryjąc twarzą w glebie.

 „Spokojnie, Annica, tylko się nie bój.”

 Dziewczyna stanęła nade mną i już miała zamachnąć się mieczem, kiedy usłyszałyśmy wycie syreny, oznaczającej natychmiastowy powrót wszystkich padawanów do obozu. Posłałam mojej niedoszłej oprawczyni wściekłe spojrzenie i stanęłam, na równe nogi, zgarniając jeszcze z ziemi wyłączoną rękojeść mojej broni. A potem jednocześnie ruszyłyśmy biegiem, pędząc na złamanie karku w stronę obozowiska. Szturchałyśmy się nawzajem, a kolorowe klingi znów co jakiś czas zderzały się z impetem. Raz Twi’lekanka uderzyła mnie łokciem tak mocno, że padłam na ziemię, ale wtedy ja złapałam ją za nogę, powodując również jej upadek. Znów się podniosłam i pobiegłam dalej, a ona za mną, szarpiąc mnie za cokolwiek.

 - Nie wygrasz, Annie, nawet się nie łudź! – krzyknęła, chwytając mnie w pasie i próbując przewrócić. Widziałam już obóz, oddzielało nas zaledwie parę metrów, a ja za wszelką cenę nie zamierzałam się poddać. Przyłożyłam jej między żebra, co na ułamek sekundy dało mi przewagę.

- Mam na imię Annica! – odparowałam i puściłam się sprintem. Dziewczyna szybko mnie dogoniła, znów szarpiąc za co tylko mogła, ale ja starałam się nie dać za wygraną. – Puszczaj mnie!

- Nie pozwolę, żeby takie szczerbo jak ty…

- Co?!

 Trzymałyśmy się w mocnym uścisku, ona ciągnęła za mój pas, próbując mnie wywrócić, a ja brnęłam do przodu, trzymając za jej głowoogon, przez co krzyczała coraz głośniej. Tym samym posuwałyśmy się coraz dalej, a kiedy wreszcie weszłyśmy w szeregi innych osób z obozu, byłyśmy tak zajęte walką między sobą, że nawet nie zdałyśmy sobie sprawy, iż powinnyśmy przestać. Twi’lekanka znów posłała mnie na ziemię, a kiedy stanęła triumfalnie, ja kopnęłam ją mocno w brzuch, przez co aż cofnęła się o dwa kroki do tyłu. To dało mi szansę na odzyskanie równowagi. A kiedy wysunęłam klingę miecza i już chciałam zaatakować, ktoś chwycił mnie mocno za rękę.

 - Wystarczy, moja droga. – powiedział mistrz Gahleri, nie puszczając mojej kończyny. Gapiłam się na niego szeroko otwartymi oczami, starając się wyrównać oddech. Czułam jak krople potu spływają mi po czole. – To szkolenie, a nie akcja zabijania.

- Tak, mistrzu. – odpowiedziała moja konkurentka, przechodząc obok nas ku swojemu zespołowi. Posłała mi chytry uśmieszek, a ja ledwo zdołałam się oprzeć, żeby się na nią nie rzucić. Szczerbo, tak?

- Annica, panuj nad sobą, odzyskaj spokój. – rzekł do mnie Kalamariański mistrz, a ja nawet nie odważyłam się na niego spojrzeć. Zacisnęłam tylko mocniej palce dłoni na mieczu, ale on nie rozluźnił uścisku. – Nie ma emocji, jest opanowanie, pamiętasz?

 Takie szczerbo jak ty…

- Annica… pokonaj swój gniew, słyszysz? Bo zrobisz coś naprawdę złego.

 Niby co, zabiję ją? O tak, to byłoby coś.

- Kierowanie się emocjami do niczego cię nie doprowadzi, uspokój się. – dodał i dopiero po chwili puścił moją dłoń. Wyłączyłam miecz i doczepiłam ją do pasa. Mistrz Gahleri założył tylko ręce na piersi i zmierzył mnie wzrokiem. – Nikt tutaj nie jest twoim wrogiem, przyleciałaś tu, żeby się czegoś nauczyć, mam rację?

 Pokiwałam głową, starając się przyjąć do wiadomości jego słowa, choć nie bardzo mi to wychodziło. To nie on bił się z innym Jedi w lesie i to nie on został nazwany szczerbą. Miałam ochotę coś rozwalić.

 - Zrelaksuj się. – polecił jeszcze raz Kalamarianin, po czym klepnął mnie mocno w plecy. Nie trwało to długo, kiedy na jego twarzy zagościł uśmiech. I tak go nie odwzajemniłam, w dalszym ciągu czując w sobie gorycz. – A teraz idź do kolegów. Zaraz zacznie się kolejny etap.

- Cordia, Cordia, Cordia! – wiwatował mały Mattis, z radością wymachując rękoma, starając się zdopingować pomarańczowowłosą dziewczynę. Miał z tego niezły ubaw. – Dalej, jeszcze raz!

 Cordia brała udział w czwartym, ostatnim już etapie naszego dzisiejszego zadania. Po próbie lotu śmiegaczem, strzale z blastera i nurkowaniu, nadeszła pora na szermierkę i to właśnie Cordialita została wyznaczona do tej konkurencji.

 Walczyła na naszej obozowej arenie umieszczonej zaraz koło namiotów, a jej przeciwnikiem był nieco starszy od niej chłopiec; blondyn, ten który pochwalił się swoją wiedzą na temat starożytnej Świątyni Jedi na Dantooine. Jego pojedynek z naszą dzikuską był bardzo wyrównany; pomarańczowa klinga co ułamek sekundy stykała się z niebieskim ostrzem, brzęcząc i sycząc coraz to głośniej. Zdawało się, że sił im nie ubywa, wręcz przeciwnie – nacierali na siebie z jeszcze większym impetem.

 Ale mnie nie ruszało nawet to, że Cordia właśnie posłała go na ogrodzenie, dając sobie przewagę.

 - Nieźle jej idzie, co? – zagadał do mnie Tore, który siedział zaraz obok na ławce. W chwili gdy chłopak pozbierał się na nogi, całe grono padawnów wydało z siebie okrzyk zachwytu. Tore się skrzywił. – To nic i tak jest najlepsza.

- Uhm.

- Coś nie tak? – zapytał, przypatrując mi się bliżej. Czułam, że skupił uwagę na moim brzydkim siniaku na skroni. – Annica?

- Nie, ja tylko… – odparłam, wypuszczając powoli powietrze z płuc i wbijając wzrok w ziemię. – Mam dziwne złe przeczucie.

 Tore wbił we mnie zdumiony wzrok, a mnie brakowało odwagi, żeby spojrzeć mu w oczy. Miałam wrażenie, że chłód ogarnia moje serce, które biło coraz szybciej. Poczułam jednak, że skoro już rozpoczęłam ten temat, to muszę go skończyć.

 - Jestem przekonana, że coś się wydarzy. Coś strasznego.

- Mówisz o Dantooine, czy bardziej ogólnie?

 Zastanowiło mnie jego pytanie. Miał chyba na myśli Coruscant i całą Republikę, a wówczas zimno, które mroziło mnie od środka, jeszcze bardziej zmniejszyło temperaturę. Zadrżałam.

 - Nie wiem. Wszędzie. – odparłam, czując w sobie coraz większą rozpacz. Spojrzałam na Tore’a, który skupił na mnie całą swoją uwagę. Wyglądał na zaniepokojonego. Mattis zaś wykrzyczał jakieś hasło zaadresowane pod adresem Cordii, która szybko odwróciła się w naszą stronę, omiatając wzrokiem całą trójkę. A potem wznowiła walkę. – Tore, ja… ja się boję. Naprawdę.

 Ukryłam twarz w dłoniach, starając się nie wybuchnąć płaczem. Ogarnął mnie prawdziwy strach, nad którym nie byłam w stanie zapanować. Nawet nie wiem, co się stało. Po prostu miałam złe przeczucia. Bardzo złe.

 - A wizja? Miewasz przecież sny. – powiedział Tore, kładąc mi rękę na ramieniu. Pokręciłam głową z rezygnacją, powstrzymując łzy cisnące mi się do oczu.

- Ja nie wiem co jest wizją, a co snem. Już nic nie wiem.

 Chłód zmroził moje serce jeszcze mocnej, a przeczucie zwiększyło się. Znów zadrżałam, a siedzący obok chłopak zacisnął dłoń na moim ramieniu.

 „O co chodzi, co? Czego chcesz, mrozie?”

 Dźwignęłam raptownie głowę i pierwsze co zobaczyłam to Cordię. Mistrz Gahleri właśnie podniósł jej rękę w górę, ogłaszając ją zwyciężczynią tej walki. Jej przeciwnik zaś został zniesiony z areny przez swoich kolegów z grupy. Pomarańczowłosa dzikuska skupiła na mnie swój dziki wzrok i posłała mi uśmiech zwycięstwa. Mattis wiwatował, ale ja czułam się tak, jakby jej oczy wbijały we mnie ostre jak kawałki lodu sztylety. I wtedy w głowie zadźwięczały mi słowa: „Zawiodłam cię kiedykolwiek? Już nieraz dzięki mnie odniosłeś zwycięstwo.”

 Nie wiedziałam, skąd znałam te słowa, ale jednego byłam pewna – nie zwiastowały rychłej przerwy na podwieczorek.

 Zerwałam się jak poparzona z ławki, a Tore i Mattis utkwili we mnie zaskoczone wzroki. Nie popatrzyłam więcej na uśmiechającą się dziwacznie dziewczynę z pomarańczowym warkoczem. Najzwyczajniej w świecie uciekłam w stronę lasu, ściągając na siebie uwagę wszystkich obozowiczów.

 

 W jednaj chwili przypomniało mi się wszystko.

Ten jeden konkretny sen.

 O Cordialicie i jej bracie osłoniętym kapturem.

 Siedzieli w środku lasu tak jak ja teraz i coś knuli. Ona miała to załatwić, a on dawał jej ostatnią szansę. Ciekawe tylko, co to miało być. Może miała przeciągnąć kogoś na swoją stronę? Strony są tylko dwie – Jasna i Ciemna. A postawa tego rodzeństwa dała mi do zrozumienia straszną prawdę, o której nie chciałam nawet myśleć. Czy Cordia mogła być… Nie, to niemożliwe.

 „Nie wierz w to, Annica, słyszysz? Ona jest twoją przyjaciółką.”

 Przyjaciółką. Omal nie zabiła mnie podczas pierwszego spotkania.

 „Pokazała ci jak być Jedi.”

 Jedi. Sama nim najprawdopodobniej nie jest.

 „Hola. Nie osądzaj jej pochopnie.”

 Staram się, staram…

 A jeśli…

 Poczułam straszny ból w klatce piersiowej, jakby coś ścisnęło mnie mocno za gardło i powaliło na ziemię. Przez chwilę zwijałam się, jęcząc coś pod nosem, słysząc niemalże dosłownie krzyk w Mocy. Krzyk kilkudziesięciu istot.

 Naprawdę to usłyszałam. Ludzie wrzeszczeli. Nieopodal. A ja od razu domyśliłam się, skąd dochodziły te straszne dźwięki.

 „O nie, tylko nie to.”

 Zerwałam się na równe nogi pobiegłam w stronę obozowiska.

 

 Nigdy nie widziałam gorszego widoku. Nigdy.

 Cofnęłam się o parę kroków do tyłu, nie mogąc oderwać wzroku od leżącej u moich stóp Twi’lekanki, która nabiła mi guza. To już nie była ta skłonna do bójki dziewczyna; patrzyłam na jej ciało. Nieruchome ciało, przebite klingą miecza świetlnego. Czułam w nozdrzach zapach świeżo spalonej skóry.

 A potem podniosłam wzrok i omiotłam mój niegdyś tętniący życiem obóz. Teraz, gdziekolwiek nie spojrzałam, widziałam pole usiane zwłokami.

 Zwłokami padawanów, którzy mieli stać się rycerzami Jedi.

 Pomyślałam o ich rodzicach; jak oddawali je w ręce obcych ludzi, całkowicie im ufając, że ich dziecko będzie bezpieczne.

 Kolana się pode mną ugięły.

 Czułam coś w Mocy, coś nowego. Wici tych wszystkich ludzi unosiły się nad nimi, dając mi w stu procentach pewność, że nie żyją.

 Nie żyją. O zgrozo…

 Podbiegłam szybko do areny, przy której jeszcze przed chwilą kibicowała cała rzesza padawanów, i odnalazłam chłopaków. Uklękłam przy Tore’u i odwróciłam go na plecy. W jego piersi została wypalona dziura, z której do tej pory się kopciło. Patrzył na mnie swoimi znudzonymi niebieskimi oczyma, które w żaden sposób nie były prawdziwe. Moje za to się zaszkliły.

 - Tore, nie… nie możesz. Ty nie możesz umrzeć, słyszysz? – powiedziałam do niego, trzęsąc nim za ramiona, czując prawdziwą rozpacz. – Tore! Powiedz coś, błagam, nie odchodź! Żyj! Proszę… Proszę, nie zostawiaj mnie tu.

 Spojrzałam na Mattisa; leżał bez ruchu z zamkniętymi oczami. Pomacałam jego policzki – jeszcze ciepłe – ale kiedy przyłożyłam ucho do jego piersi, nie usłyszałam bicia serca.

 Wybuchłam płaczem.

 - Dlaczego?! – zawyłam, ukrywając twarz w dłoniach. Czułam w sobie tak wielki smutek, że myślałam, iż wrzasnę głośno z rozpaczy. Tak też zrobiłam; stanęłam twardo na ziemi i krzyknęłam, dając upust wszelkim emocjom.

 Przebiegłam jeszcze przez cały obóz w nadziei, że Moc się myli. Że może znajdę jakąś żywą osobę. Ale nie, gdziekolwiek nie zajrzałam, widziałam trupy – w namiotach, przy Świątyni, na lotniskach… Nikogo, w kim tliłaby się choćby iskra życia. A kiedy wróciłam na arenę, nie mogłam uwierzyć własnym oczom.

 Zobaczyłam Cordię, stojącą nieopodal ciał moich dwóch przyjaciół. Patrzyła na nich jakby w zastanowieniu.

 - Cordia! – zawołałam i ruszyłam biegiem w jej stronę. Zupełnie zapomniałam o czym myślałam w lesie, przecież tylko ona mi pozostała. Poczułam malutką ulgę, że ją widzę. – Widziałaś co się stało? Kto te zrobił? Przecież potrzeba całej armii, żeby…

- Armii? – odarła, nawet na mnie na patrząc, choć zaśmiała się cicho. Po chwili podniosła na mnie wzrok, a ja w jej oczach zobaczyłam ten dziki blask. – Wystarczy dwóch dobrze wyszkolonych Sithów, żeby pozabijać gromadę głupich dzieciaków. 

 

 

 

A i jeszcze jedno: nigdy więcej pisania w OpenOffiice ;P

 

1 komentarz więcej...

Across the Stars

przez , 13.wrz.2013, w Dantooine

No siemka ;D Witamy we wrześniu. Tak jak zaczął się, wprawdzie dwa tygodnie temu, nowy rok szkolny, tak i dziewczyna, o której zaraz poczytacie, zaczyna kolejny rozdział w swoim życiu, całkowicie różniący się od pozostałych. Notkę dedykuję kumpeli Klaudii, która pomogła wybrnąć z kłopotów. Właściwie, dedyk należy jej się również w rozdziale poprzednim i kolejnym. Także DZIĘKI :** Masz kobieto mózg! Życzę miłej lektury i przepraszam za lichy opis miejsc ;P

 

Rozdział 12.

Powiedzmy, że nie czułam się komfortowo.
Ach, było nawet gorzej – beznadziejnie.

Siedziałam na jednym z wielu siedzeń w wielkim transporterze w strefie dla istot żywych, który do tej pory stał w bezruchu na jeszcze większej platformie lądowniczej na Coruscant, skąd miał wystartować za niecałe kilka minut. Widok w iluminatorze nie zapierał tchu w piersiach; budynki swoją wysokością sięgały chyba granicy atmosfery, a dookoła nich pędziło mnóstwo statków, podążając szlakami powietrznymi planety na niemalże każdej wysokości. Nic nowego. Jedynie promienie słońca raziły mnie w oczy.

Przede mną, za mną, obok, wszędzie dosłownie roiło się od dzieci, nastolatków i nieco dojrzałych wiekiem osób. Padawanów. Tworzyli swoim gadulstwem i śmiechem taki gwar, że środek naszego transportu przemienił się w bazar. Widziałam ludzi, Togrutanów, Twi’leków, Kalamarianów i innych. A ja czułam się jak wyrzutek. Jak osobny element, który w żaden sposób nie pasuje do całości. Dlaczego?

Nie byłam padawanem.
Nie znałam Mocy tak jak oni.
Nie umiałam robić takich rzeczy jak oni.

- Cześć, Annica.

Cześć, Annica, cześć, Annica, cześć, Annica… Te dwa słowa szumiały w mojej głowie jeszcze przez długi czas.  

Odwróciłam się na wznak, jakby coś mnie poparzyło i omal nie spadłam z siedzenia. Ujrzałam przed sobą Cordialitę, dziką dziewczynę o pomarańczowych włosach i bursztynowych oczach, ubraną w swój skąpy strój. Przez ułamek sekundy gapiłam się z przerażeniem na rękojeść jej miecza świetlnego o pomarańczowym ostrzu, która spokojnie wisiała u jej pasa.

- Mogę usiąść koło ciebie? – zapytała, a na jej twarzy nie widziałam nic prócz szerokiego uśmiechu i zadzwonienia. Pokiwałam głową, choć nie odwzajemniłam ani jednego ani drugiego. Właściwie to przyssałam się do szyby, byle tylko nie daj jej się dotknąć.

Zanim się obejrzałam statek wystartował i wzbił się w powietrze. Nie trwało to długo kiedy przebił wszystkie warstwy planety i za iluminatorem widziałam tylko czarną pustą przestrzeń zamiast planety-miasta. Automatycznie zrobiło mi się chłodniej, ale szata Jedi, którą miałam na sobie, zapewniała mi ochronę. Czarne dopasowane spodnie, wysokie buty i brązowa tunika ze zwężanymi w nadgarstkach rękawami. Wyglądałam jak Jedi, choć tak naprawdę nim nie byłam. Teraz już byłam tego pewna, skoro straciłam przyjaciół.

- Nie muszę patrzeć ci na dłonie, żeby czuć twoje emocje. – powiedziała Cordia, przerywając kilku chwilową ciszę. Jakoś milczenie wcale mi nie przeszkadzało, mogłyśmy tak nic nie mówić do końca podróży. Dantooine, już kocham ten świat.

- Wiem. Jedi przecież wyczuwają to, co siedzi w czyimś wnętrzu. – odparłam, nie zaszczycając jej spojrzeniem. W odbiciu iluminatora widziałam jednak jej zaciekawiony wyraz twarzy. – Przeczytałam o tym w archiwum.

To był właśnie problem. Nie pokazując jej dłoni ona i tak wiedziała, że coś jest ze mną nie tak. Mogła wyczuć co chce, wszystko. Niepewność, smutek, żal, gniew, strach… Ale i tak nie będzie do końca pewna, dlaczego tak jest.

- Widzę, że jesteś przygotowana. – powiedziała, a na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. Za nic nie przypominała tej dziewczyny, która zaatakowała mnie raz na korytarzu, a już w szczególności tej z mojego snu.

- Skoro chcę się nauczyć tych waszych sztuczek, to muszę co nieco wiedzieć.

Spędziłam w archiwum, czyli wielkiej bibliotece Świątyni, niemalże całą noc. Znalazłam tam wiele informacji, które powinny pozwolić mi przetrwać na tym całym obozie. W sumie było mi wszystko jedno.

- Boisz się, że sobie nie poradzisz? – zapytała Cordia, patrząc na mnie przenikliwie, próbując chyba spojrzeć mi prosto w oczy. Odwróciłam się w jej stronę i zobaczyłam coś w rodzaju troski na jej elfiej buzi.

Potaknęłam, wypuszczając powietrze z płuc. To nie było kłamstwo. Właściwie, strach przed porażką był jedną w moich głównych obaw. Ale nie jedyną. Miałam w sobie tak wiele emocji, że chyba każda osoba w tym transporterze patrzyła na mnie kątem oka. Albo zaczynałam świrować.

- Pomogę ci. A zresztą tam będziemy mieć tyle zajęć, że nie sposób nie załapać o co w tym wszystkim chodzi. – rzekła i już chciała położyć mi rękę na ramieniu, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. – Zastanów się, w czym jesteś dobra.

Statek skoczył w nadprzestrzeń. Zakołysał się i zatrząsł, a za szybą widziałam teraz kolorowe rozmazane smugi. Pędziliśmy z szybkością ponad świetlną i wiedziałam, że nie potrwa to długo, nim znajdziemy się w układzie Dantooine na Zewnętrznych Rubieżach. Bardzo daleko od domu.

- Myślę, że całkiem dobrze latam. – powiedziałam i spróbowałam się uśmiechnąć, choć nieszczególnie mi to wyszło, więc zrobiłam zapewne jakiś dziwny grymas. Za to Cordialita roześmiała się cicho i odpięła mój miecz świetlny od pasa. No właśnie, dostałam go na czas podróży. Był poodzierany i zaniedbały ale trudno.

- Jaki kolor?

- Zielony. – odparłam i przejęłam go, omiatając wzrokiem z każdej strony. Ćwiczyłam nim już parę razy i muszę przyznać, że to mój najbliższy przyjaciel na najbliższe dni. Nie byłam pewna, czy mogę tym mianem określić siedzącą koło mnie dzikuskę. Zastanawiała mnie jednak pewna rzecz. – Skąd wzięłaś kryształ do swojego miecza? Nigdy nie widziałam pomarańczowego.

Cordia uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na swoją rękojeść. Widziałam na niej równie pomarańczowe wygrawerowane wzorki.

- Jest możliwe stworzenie miecza właściwie w każdej barwie. – odparła i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Ty też zbudujesz kiedyś swój własny. Na pewno będzie wyjątkowy, tak jak ty.

Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia kombinując nad tym, co ona właściwie powiedziała.

- Ja? Wyjątkowa?

Dziewczyna roześmiała się, ściągając na nas uwagę kilkorga innych uczestników, czym nie przejęła się w żadnym razie. Mnie i tak ścisnęło w żołądku, kiedy mój wzrok spotkał się z ich wzrokiem.

- Kiedyś to zrozumiesz. – odparła i tym razem poklepała mnie po ramieniu, poczym zamknęłam oczy i uspokoiła się równie szybko, jak zaczęła śmiać. Albo postanowiła się przespać albo zanurzyć w Mocy. W sumie stawiałabym na to drugie.

Przez resztę drogi Cordia była nieobecna. Siedziała właściwie bez ruchu, nie licząc unoszenia się jej klatki piersiowej podczas oddychania. Jeszcze tego by brakowało, żeby zaniechała i tej czynności. Ja natomiast patrzyłam za iluminator, starając się nie słyszeć rozmów jakie prowadzili siedzący za mną padawanowie. Coś w rodzaju „Ale będzie odjazd, wygryziemy wszystkich, a tę nową to już w szczególności, wyleci pierwszego dnia”. Jakoś nie miałam wątpliwości, że chodzi o mnie. Świetnie. Zaraz, czy rycerz Jedi nie powinien być skromny? Poza tym poczułam mdłości, gdy nasz transportowiec wyszedł z nadprzestrzeni i ujrzałam cel naszej podróży: planetę Dantooine. Wielka kula o zielonej, brązowej i niebieskiej barwie. Dowidziałam się, że dominują tam stepy, łąki, rzeki, oceany, góry i tak dalej. Nie znałam jednak miasta, do którego się udajemy, może do stolicy? I tak mało co mnie to obchodziło.

Kiedy wylądowaliśmy i szybko wyskoczyliśmy z naszego pojazdu, nikt nie zatroszczył się o to, by wziąć swoją małą torbę z rzeczami osobistymi. Każdy padawan stanął jak wryty z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w budowlę stojącą kilka metrów dalej.

- Czy to są… – zaczęła Cordia, cofając się o jeden krok do tyłu z wrażenia. Sama zamrugałam kilka razy.

- Ruiny starożytnej świątyni Jedi. – dokończyłam, wpatrując się w uszkodzony budynek. Jego lewa strona została zburzona całkowicie, prawa jakoś się trzymała, obrastając w rozmaite zielsko. Dwie wierze stały tylko lekko naruszone, a z wnętrza budowli wyrastały nawet drzewa stanowiące część lasu, w którym się znaleźliśmy. Moglibyśmy wejść do środka bez żadnych przeszkód. – Tu powstała enklawa założona przez Vodo-Siosk Baasa.

- Później zniszczona, a następnie odbudowana. – dopowiedział stojący obok mnie młody mężczyzna, starszy nieco ode mnie. Był człowiekiem, blondynem o niebieskich oczach. Dziwnym trafem przypominał mi wszystko wiedzącego Michaela. Gdyby nie jego brązowa szata Jedi. Uśmiechnął się nawet do mnie, co powinno pokrzepić moje bolące serce, ale to tylko jeszcze bardziej mnie speszyło.

Z jednego z wielu drzew zeskoczyła niespodziewanie jakaś osoba. Poprawiła swój płaszcz i podeszła bliżej nas, uśmiechając się szeroko. Kalamarianin – miał skórę w kolorze łososiowym, wysoką czaszkę i wyłupiaste oczy. Jego szata była czarna, a płaszcz brązowy; od razu wiedziałam kim jest. Cóż, sądząc po pierwszym wrażeniu jakie na nas zrobił, wydawał się być przyjaźnie nastawiony.

- Witajcie na Dantooine, uczniowie. Nazywam się Tre Gahleri i będę nadzorować wasz trening przez najbliższe dni. – powiedział łagodnym głosem i zmierzył wzrokiem każdego z nas po kolei. – To moja towarzyszka, mistrzyni Ema Berjast… – dodał, odwracając się za siebie w przekonaniu, że ta kobieta będzie stać za jego plecami. Niestety się pomylił i przypłacił to zdezorientowaniem oraz cichym chichotem z naszej strony. Ja się tam nie śmiałam.

- Jestem tutaj, mistrzu jedi. – odezwał się pewny siebie głos gdzieś nad naszymi głowami. Podążyliśmy za nim wzrokiem i dostrzegliśmy wysoką Twi’lekankę o niebieskiej skórze z dwoma wyrastającymi z czaszki głowoogonami, ubraną w skąpy stój; przepaska na biuście i dopasowane brązowe spodnie. Cóż, przynajmniej miała buty, nie tak jak Cordia. Stała na dachu naszego transportowca, który w bezruchu stał na specjalnie zrobionym lądowisku. – Co za pomyłka, Tre, może to ja powinnam przejąć twoje stanowisko dowodzącego?

Mistrz Gahleri zaśmiał się tylko nerwowo i założył ręce na piersi.

- Bardzo śmieszne, moja droga. – powiedział, poczym wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty mały datapad, na którym wyszukał szybko jakieś informacje i znów zwrócił się do nas. – Posłuchajcie, podzieliliśmy już was na małe czteroosobowe drużyny, w których będziecie wykonywać zlecone przez nas zadania.

Przełknęłam głośno ślinę. No świetnie, kto będzie takim szczęściarzem i trafi ze mną do drużyny? Założę się, że za każdym razem będę z tyłu, nie nadążając za resztą, powodując znaczne opóźnienia.

- Christofer, Danros, Astar i Lionef. To zespół numer jeden. – dodał mistrz Gahleri, odczytując nazwiska kilku padawanów. Czułam, że moje serce zaczyna szybciej bić. – Powiem jeszcze jedną rzecz, zanim przejdę do kolejnych osób. Przydzielaliśmy was na zasadzie…

- Wieku. – wtrąciła się Twi’lekanka, zeskakując z naszego statku i przedzierając się przez tłum nastolatków. – Jedna osoba z kategorii najmłodszej, dwie ze średniej i jedna z najstarszej. Na pewno się dogadacie.

Ja byłam w której kategorii? Średniej? Super, co ja tu robię… Sprowadzę tylko nieszczęście na tych ludzi.

- Grupa numer dwa. – kontynuował mistrz, przesuwając palcem po datapadzie. Wydawał się być oazą spokoju. W przeciwieństwie do mnie, czułam jak drżę. – Sloin, Eigu, Swunta i Skywalker.

Omal oczy nie wypadły mi z orbit i aż cofnęłam się o dwa kroki do tyłu, kiedy usłyszałam swoje nazwisko. Kim byli ci ludzie? Jak ich znajdę? Jak ich poznam? Przecież ja…

- Fajnie będzie, Annica. – rzekła Cordia, dając mi sójkę w bok i uśmiechając się do mnie szeroko. Omal się nie zachłysnęłam. Co? – Hej, to ja jestem Swunta. Nie wiedziałaś?

Pokiwałam przecząco głową, czując niemałą ulgę. Cordialita Swunta. Jasne, zapamiętam. Byłam z nią w zespole i miałam ochotę poskakać z radości. Przynajmniej znałam jedną osobę, do której mogłam się odezwać. Chyba jednak powinnam zmienić podejście do tej dziewczyny. Była przecież miła. Nawet bardzo. To nawet trochę dziwne.

 

***

Czternaście zesołów.

 

Cztery osoby.
Dwie dziewczyny.
Dwóch chłopaków.

Oto zespół numer dwa:

Cordialita Swunta. Najbardziej waleczna z nas wszystkich. Kiedy trzyma w dłoni swój miecz świetlny, ostrze zamienia się w istną maszynkę do zabijania. Oczywiście niedosłownie, nie po to tu przyjechaliśmy. Kiedy trzyma je w dłoni, ostrze wiruje z zawrotną prędkością, tworząc jedną wielką pomarańczową osłonę wokół siebie. Kiedy trzyma je w dłoni, cały świat przestaje dla niej istnieć. Liczy się tylko to, czy rozwali wszystko na części, czy też nie. Najczęściej dzieje się to pierwsze. Liderka, przewodnicząca, zarządzająca. To dzięki niej jesteśmy jeszcze drużyną. Inaczej zniszczylibyśmy się nawzajem.

Mattis Sloin. Najmłodszy. Dwunastoletni. Dziecko. Bardzo mądre i logicznie myślące dziecko. Mistrz kamuflażu, znawca wszelkich niezbędnych sztuczek, geniusz naukowy. Kiedy rozwiązujemy jakąś zagadkę podczas zadania, to on pierwszy rzuca odpowiedź. Nigdy nie chybia, zawsze trafia. Strateg, znawca terenu, planowanie to jego żywioł. Gdyby nie on, nasz zespół rozleciałby się z powodu braku organizacji.

Tore Eigu. Dwudziestolatek. Luzak. Chodzące ziewadło. Nic go nie interesuje, zawsze jest znudzony, senny i nie do życia. Ma też poczucie humoru. Żartuje nawet wtedy, gdy bliska jest porażka. Neguje każdą złotą myśl Mattisa, przeszkadza Cordii w akcji. Jego atutem jest spokój. Nie denerwuje się, zawsze myśli pozytywnie w czasie walki, pozwala Mocy pokierować sobą, czego my możemy się od niego uczyć. Stawia na wolę Mocy, Moc działa przez niego. Dzięki niemu nasz zespół jest opanowany i skupiony na tym, co najważniejsze. Odkrywamy Moc.

Annica Skywalker. Niezdara, fajtłapa, zawsze na końcu, niedorajda, zamknięta w sobie i żałosna. Tylko ja tak uważam. Zdaniem Tore’a potrafię dać innym nadzieję. Nie poddaję się, gdy sytuacja jest fatalna. Ufam innym i oni wiedzą, że mi także można zaufać. Według Mattisa mam smykałkę do maszyn. Dajcie jej ster, a poleci najdalej ze wszystkich. Dajcie jej jakiekolwiek urządzenie, a sprawi, że zacznie działać na naszą korzyść. Cordia twierdzi zaś, że jestem wyjątkowa. I tyle.

Taki jest nasz zespół. Każdy troszczy się o każdego i żaden bez drugiego by nie przetrwał. Jesteśmy zespołem przyszłych rycerzy Jedi. Przyszłością Zakonu. I nadchodzącym świtem dla nocy, jaka ogarnia Republikę. Jesteśmy jednością.

 

- Strzelaj!

- Do kogo?

- Do każdego, ciamajdo!

- Sama jesteś ciamajdą, ciamajdo!

- Spokój mi tam!

- Ale z was ciamajdy…

Też się kłócimy, to jasne. Bez tego nie można.

- Aa! Trafili mnie! – zawołał Mattis, puszczając linę i odpadając ze skały. Leciał prosto na mnie. Wyciągnęłam rękę i chwyciłam jego pas w chwili, gdy się zderzyliśmy. W jedności z Mocą jedną kończyną trzymałam się zielonej liany, drugą zaś ratowałam chłopca przed upadkiem i eliminacją z zadania.

Zadanie polegało zaś na tym, iż każda drużyna musiała wspiąć się na sam szczyt pojedynczej gołej ściany należącej do starożytnej Świątyni Jedi. Używaliśmy do tego wszystkiego co było pod ręką. Lian, linek, dziur w skale, pojedynczych haków, ale przede wszystkim Mocy, dzięki której posuwaliśmy się w górę. Utrudnienie stanowiło to, że na szczycie zostały ustawione działka laserowe, które strzelały do nas niemiłosiernie. Bez miecza świetlnego nie było szans. Co więcej, jedna osoba z każdej grupy rzucała w drużynę przeciwną kamieniami. Wiem, dziwne, ale nie ja to wymyślałam. Czasami były to malutkie kamyczki, które trafiały cię w głowę i dekoncentrowały, ale niekiedy można było dostać prawdziwym blokiem skalnym. Spokojny Tore o dziwo z prawdziwym impetem atakował naszych sąsiadów.  

Upuściłam mój miecz, gdy chwytałam Mattisa. Strzały o szkarłatnej barwie pędziły ku nam, a kilka zdążyło już musnąć moje ramię czy udo. Zacisnęłam zęby i kazałam chłopakowi uczepić się mnie mocniej. Uwolniłam drugą dłoń i chwyciłam lianę oburącz.

- Cordia, zestrzel to działo! – wrzasnęłam do niej jeszcze raz, czując, że jutro nie będę mogła mówić. Na każdą drużynę przypadał jeden blaster. W tej chwili dzierżyła go pomarańczowo włosa, która wyszła już z naszej trójki najwyżej. Cóż, nie powiem, by miała celne oko.

- Próbuję! – krzyknęła i kilkakrotnie nacisnęła spust, wystrzeliwując salwę niebieskiej energii. Mattis zaś swoim mieczem odbijał laserowe strzały mknące ku nam, posyłając je z powrotem do działa. Długo tak nie wytrzymam wisząc bezbronnie, w końcu coś mnie trafi.

- Annica, rozhuśtaj się. – polecił mi Mattis, odbijając kolejną porcję pocisków. Zmarszczyłam brwi i posłałam mu pytające spojrzenie. Nie powiedziałam jednak nic, po prostu go posłuchałam. Wiedziałam co mam zrobić, pytanie tylko, czy dam radę.

Odepchnęłam się nogami parę razy od ściany, po czym zaczęłam huśtać się w prawo i lewo. Chłopak, który cały czas obejmował mnie w pasie, ratując swoją niebieską klingą nas obu, już po chwili wyciągnął ze swojego pasa linkę, wystrzelił ją ku górze i najzwyczajniej w świecie mnie puścił. Poszybował ku skale i wylądował na niej miękko nogami, a następnie zaczął się podciągać. Ja natomiast bujałam się dalej, jakimś cudem omijając czerwone bolty, aż w końcu zderzyłam się z przeszkodą, którą miałam pokonać. Spojrzałam w dół na kilkunastometrową przepaść, w którą spadła moja broń.

„Fajnie, co teraz?”

- Co tak długo, guzdrały? – zawołał w naszą stronę Tore, unosząc bezradnie ręce. Chyba skończyły mu się kamienie do zrzucania. – Szybciej, bo będziemy ostatni.

Łatwo mówić, kiedy nie wisi się na jakiejś lianie wyrastającej dziko niewiadomo skąd, bez miecza, pod ostrzałem. Poczułam w sobie lęk, że nie dam rady. Zadrżałam, mając pewną świadomość, że zaraz spieprzę sprawę. Przegramy, znowu będę tą, która zawsze wszystko psuje i podcina innym skrzydła. Przyszły rycerz Jedi? Akurat.

Annica, nigdy nie pozwól, by strach nad tobą zapanował…

Czyje to słowa?

Wzmocniłam uścisk na pnączu, zamknęłam oczy i spróbowałam zrobić to, czego uczę się już od pewnego czasu na Dantooine. Zanurzyłam się całkowicie w Mocy. Stałyśmy się jednością. Widziałam teraz przed sobą bezkresny ocean, niewzburzoną taflę wody. Nic nie zakłócało obrazu. Pozwoliłam Mocy przejąć moje ciało i zdałam się na jej wolę. Teraz to ona mną kierowała.

- Cordia, rzuć blaster. – powiedziałam spokojnie, ale nie swoim głosem. Ten głos należał do Mocy, a ona pokierowała mnie właśnie w tym kierunku. Wiedziałam, co zrobić. – Rzuć mi go.

Dziewczyna ledwo mogła mnie usłyszeć, ale jednak zaufała mi w stu procentach. Broń poszybowała ku mnie, a gdy tylko ją chwyciłam nacisnęłam spust. Oczami Mocy widziałam cel. Dokładne miejsce, gdzie powinnam trafić, w sam środek działka, które obsypywało nas laserowymi strzałami. Seria niebieskich boltów wyleciała z blastera, a zanim się obejrzałam, urządzenie, które tak nas tropiło, wybuchło i zajęło się ogniem. To by było na tyle.

Podciągnęłam się na pnączu jedną ręką, drugą zaś trzymałam broń, co jakiś czas wystrzeliwując parę strzałów, by unieszkodliwić nadlatujące kamienie, czy też sprawić, że przeciwnicy odpadną od ściany, dając nam przewagę. Posuwałam się w górę całkiem szybko, Moc mi to umożliwiała, teraz już nie traciłam nadziei na pomyślność akcji, czy może nawet na zwycięstwo. Było…

- Hej, Skywalker. – zawołał ktoś obok, na co odwróciłam głowę. Zdołałam dostrzec jedynie twarz uśmiechającej się Togrutanki, która wspinała się nieco dalej ode mnie, dzierżąc w dłoni kamień wielkości ubitej śnieżki. – Po tobie.

Zanim zdążyłam zareagować w jakikolwiek sposób, poczułam tak mocne uderzenie w skroń, że wypuściłam wszystko z rąk. Zastanawiał się ktoś jak to jest dostać czymś naprawdę twardym w głowę? Co więcej, kiedy owy pocisk leci z dodatkowym przyspieszeniem i siłą nadawaną przez siłę, której nie każdy może doświadczyć. Nie było przyjemnie. Nawet nie wiem, jak długi był lot na dół, zamroczyło mnie na samym początku. Słyszałam o pewnej bardzo przydatnej sztuczce; sięga się po Moc, która owija cię jak kokon przed uderzeniem – w moim przypadku przed rąbnięciem o podłoże – co chroni przed urazami, które mogą okazać się dość… Cóż, wtedy już się tego nie wie. Na pół przytomna spróbowałam to zrobić. Do tej pory nie miałam okazji, ale zawsze musiał być ten pierwszy raz. W końcu ziemia zbliżało się z niewiarygodną prędkością.

 

- Ile można spać?

Usłyszałam dziecięcy głos Mattisa, który wydawał się być nieco zniecierpliwiony. Zawsze się taki robił, gdy był na przykład głodny. Tym razem chodziło zapewne o to samo. Aż mnie samej zaburczało w brzuchu.

- Daj spokój, musi dojść do siebie. – odpowiedział głos należący do Cordiality, po czym w moich uszach zabrzmiało długie ziewnięcie.

- Uwierz mi, można bardzo długo.

Tore był znudzony, nie miałam żadnych wątpliwości. Zapewne najchętniej uciąłby sobie drzemkę do końca dnia.

Poczułam, że głowa pęka mi w szwach. Właściwie, to wszystko mnie bolało, odczuwałam każdy mięsień, kość, nerw i tak dalej. Nie zdziwiłabym się, gdyby to wszystko zaraz się rozleciało. Co ja ze sobą zrobiłam?

Spadłam ze ściany. Dostałam kamieniem, który zdołał mnie powalić. A raczej strącić. Znowu zawiodłam moich kumpli.

Otworzyłam oczy i ich zobaczyłam; siedzieli w równym rządku od największego do najmniejszego, co wyglądało dosyć dziwacznie. Z lewej miejsce zajmował wysoki i szczupły właściwie to już mężczyzna o brązowych włosach sięgających mu do ramion. W jego kocich oczach widziałam głęboką potrzebę snu, a także swego rodzaju troskę. Uśmiechał się lekko, a dziurki w policzkach pogłębiały się automatycznie. Dalej siedziała pomarańczowo włosa dziewczyna ze zlęknionym wyrazem twarzy. Miała szeroko otwarte bursztynowe oczy, a jej szpiczaste nieco uszy zdawały się być jeszcze bardziej zaostrzone. Obok niej widziałam niskiego chłopca, o krótko ściętych czarnych włosach i dużej ilości piegów na twarzy. Jego karnacja była bardzo jasna – nie wiem jakim cudem mógł mieć piegi – a w niebieskich oczach dało się zauważyć błyskotliwą iskrę nadziei. Nie mogłam się nie uśmiechnąć na ich widok.

- Przepraszam. – oznajmiłam na wstępie, będąc już w pełnej świadomości swojego marnego występu. Spieprzyłam sprawę i tyle. Powinnam się za to wychłostać.

- Co ty wygadujesz? – powiedziała Cordia, nachylając się bliżej mnie. Dopiero teraz zauważyłam, że leżę. Na jakiejś pryczy w szpitalu polowym, w który zainwestował nasz obóz. Z mojej prawej widziałam jeszcze wiele podobnych łóżek, niektóre zajęte przez innych rannych padawanów. Szafki z lekami, najważniejszy sprzęt medyczny, poduszka – wszystko było, a jednak te białe ściany przyprawiały mnie o dreszcz. W oddali uwijał się robot, zwany medykiem. Tylko jeden?

- Gdybym była lepsza…

- Za bardzo uderzyłaś się w głowę. – dodał Tore, przerywając mój nieszczęsny monolog, który właśnie zamierzałam rozpocząć. Spojrzałam na niego spode łba; co on tam wiedział, to nie on spadał w przepaść.

Postanowiłam usiąść, żeby lepiej mi się z nimi rozmawiało, ale kiedy tylko dźwignęłam się na łokciach, cała trójka krzyknęła jednocześnie głośnie „Nie!”, chwyciła mnie za ramiona i przyszpiliła z powrotem do materaca. Aż brakło mi tchu. Na sto procent zwrócili na nas uwagę pozostałych pacjentów.

Już chciałam na nich wrzasnąć, co im znowu odbiło, ale nie miałam na to siły. Za bardzo kręciło mi się w głowie, która wydawała mi się być w stanie zagrożenia wybuchem nuklearnym. Dotknęłam swojej skroni, wyczuwając pod palcami materiał. Bandaż, błagam, tylko bez blizn na czole…

- Nie wstawaj, młoda, bo coś ci się stanie. – rzekł spokojnych choć stanowczym tonem Tore, zakładając ręce na piersi. Pozostała dwójka przytaknęła ochoczo głową, przyznając mu całkowitą rację. Nawet nie chciało mi się z nimi kłócić.

- Jasne, tato. – odparłam, czując się jak mała dziewczynka, która nie może pójść się pobawić na dwór. Co za absurd, poleżę godzinę i wszystko wróci do normy. Przecież ja tyko spadłam z wysokości czwartego piętra, nic wielkiego.

- Dzięki za porównanie. – rzekł, prostując się dumnie i przeczesując ręką włosy. Wydawał się być czymś nieco podniecony i rozbawiony, choć ja nie załapałam sensu jego wypowiedzi. Zamrugałam kilka razy, przypatrując mu się dokładnie.

- Acha, no tak. Już kapuję.

Zapomniałam, że mam dom. Rodzinę. Prawdziwą matkę i ojca. O tej trójce nie mogłam tego powiedzieć; włączeni do zakonu jako małe dzieci, nie pamiętające swoich bliskich.

A jednak w moim śnie Cordia miała brata.

Przeszedł mnie dziwny lodowaty dreszcz.

Znowu ogarnął mnie strach.

- Długo mnie nie było? – zapytałam, chcąc brzmieć jak najbardziej spokojnie i naturalnie. Choć oni i tak za pewne wyczuli w Mocy sygnał z mojej strony. Mieć kumpli Jedi – bezcenne.

- Jeden dzień. – odparł Mattis, obrzucając mnie nieco zlęknionym wzrokiem. Aż otworzyłam szerzej oczy, spodziewając się jakiejś naprawdę złej nowiny. – Ale nic ważnego cię nie ominęło.

„Jasne. Dzięki, dzieciaku.”

Już się bałam, że nie mam nogi, uszkodziłam jakiś narząd wewnętrzny, albo doznałam wstrząsu mózgu, ale sądząc po minach pozostałych – dość łagodnych, a nie przerażonych – nie musiałam się raczej o to martwić. Oby.

- To o co chodzi? – zapytałam, przypatrując się im dokładniej. Wydawali się być… nieco zawiedzeni. Zaniepokojeni. Smutni i przygnębieni. Ale nie chodziło do końca o mnie, czułam to. – Coś się stało?

- Nic, tylko… – zaczął niepewnie Tore, poruszając się niespokojnie na krześle, jakby nie był pewny, czy powinien o tym mówić. Zmarszczyłam brwi, próbując odgadnąć przyczynę ich dziwnego stanu.

- Nic, się nie stało, Annica. – powiedziała stanowczo Cordia, prostując się i po raz kolejny przejmując inicjatywę dowodzącej. Starała się mówić stanowczo i prawie bym jej uwierzyła, gdyby już się nie zdradzili.

- Przecież widzę.

- Wydaje ci się.

- Jutro są zawody w lataniu! – wykrzyknął desperacko Mattis, na co Cordia i Tore zgromili go spojrzeniem. Omal nie spadł z krzesła. – My… my… myśleliśmy, że polecisz.

- Nie polecisz, jasne? – zwróciła się do mnie ostro nasza starsza oddziałowa, patrząc na moją osobę piorunującym wzrokiem. Zatrzepałam powiekami. Co?

- Takie jest zadanie? – upewniłam się, na co oni przytaknęli. Wypuściłam powoli powietrze z płuc, jeszcze raz dotykając skroni. Bolało w cholerę. – Dam radę.

- Nie, Tore poleci. – odparła ostro Cordia, a ten przyznał jej rację. Wydawał się być bardzo zdeterminowany, aby to zrobić. A ona była dość uparta, by mnie nie puścić. Super. – A z tobą, Mattis, pogadam sobie później.

Acha, no to miał przerąbane. Aż mi się go żal zrobiło. Sam chłopiec zmieszał się nieco i spojrzał na mnie błagalnie, na co nie mogłam się nie uśmiechnąć. Byli tacy zabawni.

- Daj spokój, Cordia. Nie każ mi wstać i stanąć w jego obronie. – odparłam, a ona założyła tylko ręce na piersi, mrucząc pod nosem jakieś przekleństwo. Tore ziewnął jeszcze raz, a Mattis zaczął wiercić się na krześle, jakby było mu niewygodnie. – Idźcie już, zobaczymy się później.

Wszyscy naraz wypowiedzieli coś do siebie niezrozumiałego, robiąc swego rodzaju naradę, aż w końcu na każdej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. No w końcu, te ich zgorzkniałe miny na pewno mi nie pomogą.

- Trzymaj się, młoda. – powiedział Tore, przybijając mi piątkę. Cordia, przytuliła mnie, ograniczając się do użycia najmniejszego pokładu siły, jaki w sobie miała, a mały Mattis posłał mi jeszcze jeden szeroki uśmiech. – Wpadniemy jeszcze do ciebie.

- Na razie. – odparłam, machając im na pożegnanie. Zostałam sama i od razu poczułam się dziwacznie. Chyba to miejsce tak na mnie działało, przyprawiało o mdłości. Odwróciłam się na drugi bok i spróbowałam zasnąć, byłam padnięta, serio. A sen jest ponoć najlepszym lekarstwem.

 

Kiedy znowu się obudziłam, zdałam sobie sprawę, iż wzeszło już słońce na Dantooine i że rozpoczął się kolejny dzień na obozie. A z każdym nowym rankiem nadchodziło nowe zadanie wymyślone przez mistrzów.
Zza okien słyszałam głosy śmiejących się padwanów, co oznaczało, że nadchodzi czas zbiórki. Nie miałam dużo czasu.
Odrzuciłam na bok białe prześcieradło, którym byłam przykryta i stanęłam chwiejnie na nogach. Postanowiłam, że nie będę narzekać na ból, osłabienie i cokolwiek innego, po prostu stawię czoło zadaniu, nie przejmując się niczym. Tore nie weźmie w nim udziału, ja to zrobię i dam radę. Wiedziałam to.
Włożyłam na siebie moją szatę, zapięłam pas, pościeliłam moją pryczę, po czym ściągnęłam bandaż z czoła. Obmacałam ranę, wyczuwając szwy pod palcami. Wolałam tego nie widzieć, życie w nieświadomości wcale nie było najgorsze.

Obóz składał się z czterech głównych namiotów, które zastępowały kwatery uczniów w Świątyni. Dwa należały do dziewcząt, a dwa do chłopców. Były naprawdę duże, wszyscy mieściliśmy się tam bez problemu. Zostały rozłożone na polanie, niedaleko ruin starożytnej Świątyni Jedi, z której wczoraj zleciałam. Dalej znajdował się las, gdzie często odbywaliśmy szkolenie. Oprócz tego mieliśmy do dyspozycji niewielką platformę lądowniczą, arenę, na której ćwiczyliśmy walkę na miecze świetlne oraz strzały z broni. Akcesoria były przeróżne; od tarcz po prawdziwe roboty różnego rodzaju, które mogliśmy rozwalać. Teraz miałam znaleźć się na lądowisku, na którym stały już przygotowane myśliwce.

Padawani stali w grupach naprzeciw mistrza Gahleri, który za pewne tłumaczył zasady. Poznałam moją drużynę po długich pomarańczowych włosach Cordii. Byli w okrojonym składzie i rozprawiali o czymś nerwowo. Podeszłam do nich szybkim krokiem, ale nawet nie zdążyłam dotknąć któregokolwiek z nich; wszyscy naraz odwrócili się w moją stronę.

- Co ty tu robisz? – zbeształa mnie dziewczyna, starając się mówić najciszej jak tylko zdoła. Na szczęście nie ściągnęła na siebie uwagi mistrza Jedi, pogrążonego w rozmowę z uczniami.

- Chyba nie myśleliście, że pozwolę wykluczyć się z gry.

- Annica, wyglądasz fatalnie. – powiedział Tore, omiatając mnie spojrzeniem, krzywiąc się na widok czegoś, co miałam na głowie. Wzniosłam oczy ku niebu, przecież nic mi nie było. – Czy te szwy się nie rozlecą?

- Nieźle cię urządziła ta Togrutanka, jak jej tam… – dopowiedział Mattis, popadając w głębsze rozmyślania na temat jej imienia, którego i tak sobie nie przypomniał. – Ten siniak tak szybko nie zniknie.

Fakt, pękające szwy i fioletowe czoło przez miesiąc, niezła perspektywa. Chyba nie powinnam ściągać tego opatrunku, teraz co pięć minut będę wysłuchiwać komentarzy na ten temat.

- Ty miałaś teraz odpoczywać, a nie przechadzać się po dworze. – dodała Cordia, chwytając mnie mocno za ramię. Nie skrzywiłam się, patrzyłam jej prosto w oczy, którymi chciała wymóc na mnie swoją wolę. Nie tak prędko. – Wracaj do tego szpitala, zanim ja wyślę cię tam osobiście.

Wzmocniła ucisk na moim ramieniu, a ja poczułam się tak, jakbym gadała z przewrażliwioną mamusią. Dobrze wiedziałam, co miała na myśli, choć i tak nie zamierzałam jej ustąpić.

- Nie. Ja wezmę udział w tym zadaniu.

1 komentarz więcej...

This is what it feels like

przez , 12.sie.2013, w Coruscant

Helołł ;) Dawno mnie tu już nie było, ale stworzyłam co nieco. Odcinek wyjaśniający sprawy ważniejsze, które dzieją się w galaktyce, ale mam nadzieję, że będzie okej XD
Mój wypad do Hiszpanii z Karo zaliczam do udanych :D Trochę się działo, typu dzwonienie do Niemców, kiedy się nie wie, że to Niemcy, z zamiarem gadania w ich języku. Letnia Grand Prix w skokach narciarskich zaliczona, nie ma to jak zrobić sobie zdjęcie np. z Kamilem czy Severinem ;D Dzisiaj jeszcze basen z Karo. Ostatnia nocka z kuzyneczką – oglądanie „Oszukać przeznaczenie 5″ i „Dirty Dancing” xd, a później rozmawianie z jej kumplem prawie do piątej i jedzenie płatków z mlekiem.
Okej, tyle, czytajcie. Mam jeszcze wielką prośbę. Jak już przeczytacie, zostawcie w komentarzu choćby to:  :)   Wiem, że nie wypromowałam sobie tego bloga, ale chciałabym wiedzieć, ile jest osób, którym Annica przypadła do gustu i chciałyby więcej. Z góry dziękuję ;*

 

Rozdział 11.

Przez kolejne tygodnie czułam się dziwnie. Cały czas siedział we mnie sen, który ogarnął mnie przerażeniem. Ten o Cordii, dzikusce czytające uczucia. I to był właśnie problem. Unikałam jej za każdym razem, kiedy gdzieś szłam. Wystarczyłoby, żeby mnie dotknęła i od razu wiedziałaby, że coś jest na rzeczy. Przestałam jej ufać, czułam się niepewnie. Wiem, że to mógł być tylko sen, ale coś mi nie pasowało. Zwykłe sny nie napawały mnie niepokojem.

- Nie mogę się skupić. – powiedziałam i wstałam z maty, na której Obi-Wan kazał mi medytować i odczuwać Moc. Mała sala do medytacji mogła pomieścić nie więcej niż trzy osoby. Okna były zasłonięte, a małe źródełko ustawione w lewym kącie zdecydowanie uspokajało. Ale nie mnie, nie chciałam tego robić, bałam się, że Cordia tu za chwilę wpadnie i mnie rozgryzie.

- Masz jakiś problem? – zapytał wujaszek, a ja wiedziałam, że niczego nie uda mi się przed nim ukryć. Wzięłam głęboki wdech.

- Miałam sen.

- Jaki? – czasem czułam się tak, jakby on był jakimś psychologiem. Czekał cierpliwie, aż mu wszystko opowiem. Choć miałam wrażenie, że tym razem nie chcę jego pomocy.

- Topiłam się w jeziorze. – odpowiedziałam, starając się brzmieć naturalnie. Choć on i tak pewnie wiedział, że kłamię. Super. Nic jednak nie powiedział, tylko pogładził swoją siwiejącą brodę.

- Myślę, że nie wszystkie sny muszą okazać się wizjami. Nie panikuj póki co. – powiedział, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Łatwo powiedzieć, kiedy całe życie wywraca się do góry nogami.

- Jasne. Dzięki. – odparłam, ale w dalszym ciągu nie miałam ochoty na medytację. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, jakbym miała ADHD. Poza tym, dalej upierałam się, że to nie dla mnie, ale on swoje. „Masz potencjał, trzeba cię nauczyć polegać na Mocy, bla, bla, bla…” Bezsens jak wszystko inne z tym związane.

Do sali wszedł mój ojciec. Po prostu wlazł tu, usiadł na trzeciej macie nie odzywając się słowem, zamknął oczy i pogrążył się w Mocy. Wymieniłam się spojrzeniami z Obi-Wanem, który wzruszył tylko ramionami. Nigdy ich nie zrozumiem. Zrobiłam krok do przodu, by stąd wyjść, ale wtedy rozpoczęła się rozmowa.

- Pamiętaj, żeby być o ósmej na lądowisku. – powiedział Obi-Wan do swojego przyjaciela, który w żaden sposób nie zareagował. Był skupiony na maksa. – Nie chcę mieć poślizgu, więc nie każ mi tym razem na siebie czekać.

Nic, zero odpowiedzi. Wuj zerknął na mnie kątem oka, poczym westchnął ciężko. Nie ma to jak rzucać grochem o ścianę. Załamałam ręce i już chciałam stamtąd odejść, kiedy coś mnie powstrzymało.

- Miałem sen.

„No do jasnej ciasnej, że też w tej chwili. Co, on też? Ja nie mogę, co za faza…”

- Jaki? – zapytał Obi-Wan po raz kolejny, będąc tak samo skoncentrowany na swoim byłym uczniu jak i na mnie. Cierpliwy człowiek, nie da się ukryć.

- Sith.

Oczy omal nie wyleciały mi z orbit, a kolana się pode mną ugięły. Od razu przypomniał mi się jeden z moich pierwszych koszmarów. Ten, gdzie wysłannik Ciemnej Strony zabija moją nauczycielkę historii. Przeszedł mnie dreszcz.

- A więc jednak. – rzekł posępnie Obi-Wan, drapiąc nerwowo brodę. – Długo się ukrywali. Uważasz, że…

- Widziałem Palpatine’a. – przerwał mu ojciec, otwierając oczy. Zastanowiłam się przez chwilę, skąd znam to nazwisko, lecz w końcu dotarło do mnie, że to on był tym Lordem Sithów, o którym mi kiedyś opowiadali. Był Kanclerzem i chciał zniszczyć Republikę. – On wtedy nie zginął, myślałem… myślałem, że go zabiłem.

Muszę przyznać, że te słowa, wypływające z jego ust, brzmiały dziwnie. Nigdy mi przez myśl nie przeszło, że on może taki być. Że może, no… zabić. Zdałam sobie sprawę z tego, że choć znałam go od zawsze, to tak mało o nim wiedziałam; o tym co robi.

Obi-Wan wyglądał na nieco przerażonego, jakby nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Tata za to sprawiał wrażenie, jak gdyby miał się zaraz rozpłakać. Czułam jego gniew, choć to mnie niepokoiło.

- Spokojnie, to może być dwuznaczne. – powiedział wujaszek, starając się brzmieć przekonująco. – Może…

- Zasada jednego, pamiętasz?

Gapiłam się na nich jak na głupich. Którego?

- O co chodzi z zasadą jednego? – zapytałam, chcąc mieć pełny obraz. Nie rozumiałam o czym oni gadali, ale czułam się zobowiązana być w temacie, skoro mnie również nawiedzają takie przedziwne, oby dwuznaczne, sny o Sithach i tak dalej.

- Mroczny Lord Sihów chciał wprowadzić tę zasadę w zamian za zasadę dwóch. – powiedział Obi-Wan, a ja poczułam się, jakby gadał coś w rodzaju „Masło jest maślane”. – On samodzielnie chciał rządzić światem.

- To znaczy… Nie ma żadnego innego? Nie wyszkolił ucznia? – spytałam, mniej więcej ogarniając te dziwactwa. Tak czy siak, czułam w sobie lęk mając wrażenie, że moje wizje się ziszczą.

Obi-Wan westchnął ciężko, obdarzając zmartwionym spojrzeniem swojego przyjaciela. Dlaczego miałam złe przeczucia? Skoro on nie wie, co począć, to musi być źle. Jak ja ich wszystkich kocham…

- Ja miałem być tym uczniem. – powiedział mój ojciec, starając się uniknąć naszego wzroku, jakby się wstydził. Rozdziawiłam usta. Przypomniała mi się ta historia, którą mi opowiedzieli, gdy nie mogłam spać. To w sumie miało sens. Nie mogło być teraz więcej Sihów niż jeden, no nie?

- Co zamierzacie zrobić? – zapytałam, patrząc raz na jednego, raz na drugiego. Musieli działać w jakiś sposób, nie mogli przecież tak tego zostawić. To było wręcz nierealne.

Wymienili się spojrzeniami, jakby porozumiewali się telepatycznie.

- Chodźmy do Rady. – powiedzieli równocześnie i zerwali się na równe nogi, pozostawiając mnie samą w tym malutkim pomieszczeniu. Fajnie, dzięki, że wzięliście mnie pod uwagę. Wzniosłam oczy ku niebu i wyszłam za nimi, tyle że skręciłam w innym kierunku. Na dziś powinno wystarczyć tych ćwiczeń, zagospodaruję sobie czas w inny sposób.

 

Żałuję, że to zrobiłam. Żałuję z całego serca. Pamięta ktoś ten koszmar z dziewczyną w bikini i te oko, które mi dała? I pamięta ktoś, co było potem? Widziałam mojego ojca. Martwego.

Ja, genialna Annica, zrobiłam sobie drzemkę. Po prostu zasnęłam jak głupia zapominając całkowicie o tym, co dzieje się, gdy zasypiam. Przyśniło mi się to, co stało się przed wydarzeniami z tamtego snu. Co więcej, ten koszmar był jeszcze bardziej realistyczny niż wszystkie pozostałe. Otóż, znalazłam się w jakimś strasznie dużym pomieszczeniu, przypominającym hangar. Stało tam kilka statków kosmicznych. Ale nie to było najważniejsze. Mój ojciec bił się z jakimś zakapturzonym kolesiem. Walczyli na miecze świetlne, niebieskie ostrze przeciwko pomarańczowemu. Nieźle im szło; cięli, robili uniki, skakali, odpychali się nawzajem. Wyrównana walka, ich miecze syczały przeraźliwie, kiedy tylko się stykały. Nie wiem co było dalej, ale zobaczyłam najstraszliwszą rzecz w moim życiu: Anakin Skywalker leżał jak długi na ziemi, a z jego ciała się kopciło. Miecz świetlny o niebieskim ostrzu znajdował się kawałek dalej, bucząc, będąc wciąż włączonym. Nad pokonanym stał jego przeciwnik. Nie widziałam twarzy, ale gdy klinga jego miecza ze świstem została wbita w mojego ojca, wrzasnęłam z przerażenia.

To tak w skrócie. Krzyczałam przez dobre pięć minut. Byłam morka od potu, serce mi dudniło i nie mogłam oddychać. Rozejrzałam się dookoła i dopiero po chwili zorientowałam się, że już nie śpię, że nie jestem w tym hangarze, tylko w domu, w łóżku. Noc była późna, przeholowałam z tą drzemką, która miała trwać zaledwie dziesięć minut.

Byłam zbyt przerażona, by zasnąć z powrotem, musiałam zająć czymś myśli, inaczej zwariowałabym. Wygramoliłam się z łóżka i wyszłam z pokoju. W salonie zobaczyłam ojca, siedzącego w skupieniu na kanapie, a przed nim holograficzne wiadomości HoloNetu, w które był wczytany. Aktualne wydarzenia? Bardzo prawdopodobne, w HoloNecie jest każda informacja.

Usiadłam koło niego i podwinęłam kolana pod brodę. Czułam, że się trzęsę, przypominając sobie ten sen. Ściskało mnie w żołądku na samą myśl, że to mogłoby się ziścić. Odetchnęłam głęboko, by choć na chwilę o tym zapomnieć i wbiłam w niego spojrzenie. Miałam wrażenie, że nawet nie zauważył mojej obecności, co nie mogło być prawdą.

Kiedy tak siedział po ciemku, a światło dawały tylko czerwone hologramy, mięśnie na jego twarzy wydawały się być jeszcze bardziej napięte. Nie miał na sobie nic, prócz brązowych spodni. Widziałam jego budowę ciała, każdy mięsień, który wyrobił, kilka blizn i jego metalowe przedramię. Nie było normalne, to mechaniczna proteza, którą nieczęsto się chwalił. Właściwie, nigdy nie interesowało mnie skąd to ma.

- Co ci się stało? – zapytałam, mając nadzieję, że mój głos brzmi normalnie. Dzisiaj miałam okazję się tego dowiedzieć, więc postanowiłam ją wykorzystać. Zwróciłam na siebie jego uwagę; obrzucił mnie zaskoczonym spojrzeniem i zamrugał kilka razy.

- Co?

Dobra, czy on naprawdę mnie nie widział? Musiał mnie wyczuć, niech nie udaje. Podniosłam oczy ku niebu i usiadłam wygodniej. Ojciec odwrócił wzrok, ponownie zagłębiając się w lekturze. Dziwiłam się, że nie bolą go od tego oczy. Skupiłam na nim całą swoją uwagę, gapiłam mu się prosto w twarz.

- Czego chcesz? – zapytał, nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Cały czas skupiał się na tekście. Zauważyłam, że jego włosy były w totalnym nieładzie, domyśliłam się więc, że już spał, a teraz przerwał tę czynność, by poczytać wiadomości. Bez sensu.

- Chciałam posiedzieć z tobą. – odparłam i potarłam ramiona. Poczułam, że przechodzi mnie dreszcz, to pewnie przez dlatego, że byłam zdenerwowana. Co się dzieje z tym światem? – Przeszkadzam ci?

- Jak zawsze. – odparł, a ja przez chwilę pomyślałam, że mówi poważnie. Już nawet chciałam sobie pójść, dopóki na jego twarzy nie pojawił się lekki uśmiech. Pomimo wszystko nie rozbawiło mnie to, czułam się załamana. – Chcesz pogadać.

Pokiwałam głową, choć zdałam sobie sprawę, że to nie było pytanie. Zawsze wiedział o co mi chodzi. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo się bałam. O niego. Te sny niepokoiły mnie coraz bardziej. Byłam niemalże pewna, że się spełnią.

- Pytałam, co ci się stało w rękę. – zaczęłam, stukając w mechanizm palcem. Jak tak na to patrzyłam nie wiedziałam, czy mam się krzywić na sam wygląd metalu i wystających kabelków, czy raczej współczuć. – To boli w ogóle?

- Byłem lekkomyślny. – odparł, obrzucając obojętnym spojrzeniem swoją kończynę. Wydawało mi się, że mówienie o niej nie sprawia na nim żadnego wrażenia. – Jest w porządku, nawet lepsza niż żywa.

Co? To może od razu daj sobie wszystko wymienić i stań się cyborgiem. Ja nie mogę.

- Co to znaczy, że byłeś lekkomyślny?

Mój ojciec westchnął ciężko i popatrzył na mnie wzrokiem mówiącym „O co ci znowu chodzi i czego ode mnie chcesz?” O nic, po prostu mnie to interesuje.

- Gdybym nie był lekkomyślny i słuchał mistrza, nie musiałbym walczyć sam z przeciwnikiem, który mnie tak załatwił, a później omal nie zabił mnie i Obi-Wana. – powiedział, czytając wiadomości HoloNetu. Dużo z tego rozumiałam, taka niedokładna opowieść jakoś do mnie nie przemawiała. – Potem zaczęła się wojna. To było tak dawno, a mnie się wydaje, jakbym znowu był w tamtych czasach.

Uniosłam brwi, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.

- Co ty tam czytasz? – zapytałam, skupiając wzrok na hologramach. Dopiero wtedy zorientowałam się w czym był problem. Przeczytałam fragment artykułu mówiącego o tym, że jakiś pomniejszy świat został zaatakowany. Tak po prostu. Zamieszki trwają nadal, a paru Jedi zostało wysłanych, by zakończyć ten konflikt. – Kto ich tak urządził?

- Separatyści. Długo się ukrywali, przygotowując się do kolejnego uderzenia. – powiedział, a mięśnie jego twarzy zadrżały. Czułam jego zdenerwowanie, co nieszczególnie mnie zachwycało. – Jak znam tych dupków będą znowu współpracować ze Sithami. Długo byli w ukryciu, łajzy jedne.

Ze Sithami. Nie jednym, ale z kilkoma, tak? A co z zasadą jednego?

- Nie miało być przecież więcej Sithów. – powiedziałam i znowu zwróciłam jego uwagę. Miałam tyle pytań, że nie wiedziałam od którego zacząć. – A kto stoi na czele tych całych separatystów?

- Nie wiemy jeszcze, ale nie potrwa długo zanim się to wyda. – odparł i przetarł zmęczone oczy. – Kiedy powstała Konfederacja Niezależnych Systemów, czyli separańcy, ich przywódcą był Hrabia Dooku.

- Oni chcieli uzyskać niezależność od Republiki.

- Tak naprawdę byli jedynie narzędziem Lorda Sithów, gdy realizował swój plan o jej zniszczeniu.

- Mam nadzieję, że macie jakiś już pomysł. – rzekłam, gapiąc się bezmyślnie w hologram. Nie zniosłabym faktu, że może dojść do jakiejś wojny nie wiadomo o co i na co. – Zróbcie z tym coś.

- Przygotowujemy Jedi i armię Republiki do walki. Kiedyś mieliśmy armię klonów z Kamino, teraz może być problem.

Słyszałam o klonach. Stworzeni na wzór jednego człowieka, całkowicie oddani wojnie. Co się z nimi stało? Nie mam pojęcia.

- Wysyłamy padawanów na obozy szkoleniowe na Dantooine, wyjeżdżasz jutro po południu. – dodał, zanim ja zdążyłam zapytać o los żołnierzy klonów. Omal się nie zachłysnęłam.

- Co?

Gapiłam się na niego jak na idiotę przez dobre dziesięć minut, podczas gdy on wydawał się być niewzruszony i obojętny na tę sprawę. Co za bzdury wygaduje, to jakiś obłęd. Przepraszam, czy ja wyglądam na padawana?

- Co? – spytałam po raz kolejny, nie wierząc własnych uszom. Postradał zmysły. – To ma być taki kawał, żartujesz sobie ze mnie?

- A co, Obi-Wan ci nie powiedział? – rzekł, nie odrywając wzroku od wiadomości HoloNetu, jakby nic go to nie obchodziło. No jasne, przecież to temat niewarty zachodu.

- Nie. – odparłam, czując się pominięta w każdym calu. Czy ja i moje zdanie się tu nie liczymy? Chyba mam prawo stwierdzić, czy chcę gdzieś lecieć czy nie. – Po co mam lecieć na jakiś obóz, nie jestem Jedi.

Ojciec wyłączył hologramy i teraz w pokoju zapanowała całkowita ciemność. Popatrzył na mnie takim wzrokiem jakby zastanawiał się, w jaki sposób ma zacząć kolejny nużący wykład. Fajnie, tylko tego mi jeszcze brakowało.

„Dziecko to, dziecko tamto… Annica, wiesz jak jest… Bla, bla, bla… Niczego nie zmienisz… Posłuchaj, wiem, że to dla ciebie trudne…” Zgroza.

- Wiem, że nie, ale w tej kwestii moje zdanie się nie liczy. – zaczął, przeczesując ręką włosy. –  Zawsze mnie uciszają, kiedy chcę się o to kłócić z Mistrzami Rady. Każą mi przestać patrzeć na ciebie jak na własne dziecko, raczej jak na ucznia, który zbyt późno zaczął szkolenie.

Opadłam ciężko na oparcie kanapy. Teraz to ja już niczego nie rozumiem. Raz jestem dzieckiem, raz nie, uczeń nie uczeń, co za różnica? Ludzie, dali by sobie spokój. Mówiłam, prościej byłoby być córką mechanika.

- No a teraz jestem kim?

- Annica, oni uważają, że to okazja, byś się nauczyła czegoś nowego. – powiedział, nie odpowiadając na moje pytanie. Sra-ta-ta-ta. Nowe rzeczy to są w szkole, a nie na Dantooine. – Jesteś wrażliwa na Moc bardziej niż ci się wydaje, musisz to w końcu zaakceptować.

Prędzej zaakceptuję to, że jestem w ciąży.

Nie jestem, żeby nie było wątpliwości.

Wrażliwa na Moc, też ci coś.

Chyba tylko po to, by rzucać w innych przedmiotami.

- Ja wcale nie chcę być taka jak ty. – zajęczałam i dopiero po chwili zorientowałam się, że on patrzy na mnie spode łba. No wiem, to można było odebrać na różne sposoby. Na przykład, nie chcę być tak lekkomyślna. Albo nie chcę być taka wysoka. Nie, to drugie się nie nadaje. – Wiesz co mam na myśli.

- Zobaczysz, będziesz się świetnie bawić. – dodał i poklepał mnie na zachętę po ramieniu. Uniosłam brwi. Serio? Wierzyć mi się nie chce. – Poza tym każda para rąk jest mile widziana w takich sytuacjach jak ta.

Pewnie, daj mi blaster i wyślij na front, niech od razu mnie zestrzelą!

Ludzie, wszyscy tu mają nierówno pod sufitem.

Przypomniałam sobie, czego chciałam się dowiedzieć, przychodząc tutaj. Przypomniałam sobie ostatni sen i przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Wzięłam głęboki oddech, by się uspokoić i jeszcze raz omiotłam go spojrzeniem.

- Mogę o coś spytać? – rzekłam nieśmiało, starając się nie patrzeć mu prosto w oczy. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale chcę wiedzieć. – Brałeś udział w wielu bitwach, ludzie mają cię za bohatera, jesteś niezwyciężony. Ale nigdy się nie bałeś? To znaczy, nie bałeś się, że, no wiesz, zginiesz?

Myślałam, że zaraz wygoni mnie z powrotem do pokoju i każe spać, że powie, iż plotę bzdury. Ale on się tylko przez chwilę zastanowił, mierzwiąc rozczochrane włosy.

- Jestem zbyt narwany w walce, żeby bać się śmierci. – odparł, a pomimo tego, że w pomieszczeniu był mrok, zdołałam zobaczyć lekki uśmiech na jego twarzy. – Są inne rzeczy, o które się boję, choć nie czas teraz o tym mówić.

Zrobił krótką pauzę i wypuścił powoli powietrze z płuc, po czym spojrzał na mnie tym swoim przestrzegającym wzrokiem. Ciekawa byłam, co teraz mi chce powiedzieć.

- Annica, nie pozwól, żeby kiedykolwiek strach nad tobą zapanował. On wiedzie ku Ciemnej Stronie, a uwierz mi, wtedy nie zostaje nic z człowieka, którym się było.

Zastanowiłam się nad jego słowami. Miał rację, słyszałam o tym, że strach przed utratą czegoś lub kogoś może zwieźć na stronę zła. A co z przywiązaniem? To działało tak samo? A przecież on się przywiązał. Do matki, do mnie… I nic? Chciałam o to zapytać, naprawdę, ale on mnie ubiegł.

- Jesteś teraz jednym z nas, w mniejszym czy większym stopniu. – powiedział, kładąc mi rękę na ramieniu. Nie wiem czemu, ale przeszedł mnie dreszcz. Znowu. – Zapamiętaj te uwagi i nie zapomnij, że machając mieczem świetlnym nie zawsze można poradzić sobie z problemami.

Zapamiętać i nie zapomnieć, jasne.

Szczerze, nie zrozumiałam do końca tego, co mi powiedział, ale jednego byłam pewna – już chyba nigdy nie będę mieć chłopaka, jeśli nie chcę wylądować na Ciemnej Stronie. Jak zwykle wszystko zniszczył.

- A teraz idź spać. – dodał i uśmiechnął się szeroko. Szybko mu się poprawiło. – Jutro czeka cię dzień pełen wrażeń.

Odwzajemniłam uśmiech i podniosłam się z kanapy. Prawda. A poza tym musiałam rano pójść do szkoły, odjazd.

- Ty się nie kładziesz?

Wstał i narzucił na siebie spodnią część jego szaty Jedi. Uniosłam w zastanowieniu brwi. Co on znowu wyprawia?

- Obowiązki czekają. – odparł i zaczął ubierać się dalej w ciuchy, które cały czas leżały obok niego. Przecież jest środek nocy, człowieku. – Lecę na tę planetę, gdzie Separańcy zrobili aferę.

Poczułam ścisk w żołądku i obawę, że mogę widzieć go po raz ostatni. A wtedy to już nie zasnęłabym do końca życia, będąc dręczoną przez wyrzuty sumienia, że nie zrobiłam nic, by nie dać się ziścić koszmarom.

Szybko odsunęłam od siebie tę myśl. To mój ojciec, przecież on nie daje zabijać się byle komu. Mam rację?

- Obiecasz mi, że wrócisz cały i zdrowy? – zapytałam, patrząc jak zapina szeroki pas, przy którym wisiał już miecz świetlny. Obdarzył mnie łagodnym uśmiechem, podszedł bliżej i objął mnie w ramiona.

- Bez najmniejszego zadrapania, Hugo.

- A co z mamą? – rzuciłam, przypominając sobie o kobiecie, która spała smacznie w pokoju obok. Nie zamierzał jej niczego powiedzieć, że wylatuje na misję?

Tata obejrzał się w stronę sypialnianych drzwi i po raz kolejny ciężko westchnął.

- Nie będę jej budził. Poza tym mówiłem o wyjeździe, będzie wiedzieć, gdzie jestem.

W porządku, jak sobie chce. Jak ja bym była na jej miejscu, wychłostałabym go tak, że nie wiedziałby jak się nazywa. Takie wyjeżdżanie bez powiedzenia choćby „Żegnaj..!”, zwłaszcza jeśli jest się Jedi, przecież ja umierałabym ze strachu. Ale nie jestem jego żoną, więc teraz pójdę spać, mając nadzieję na spokojny sen. Szczerze powiedziawszy, jakoś nieszczególnie podobał mi się ten pomysł z wyjazdem. Bałam się, że sobie tam nie poradzę, nie posiadam przecież takich umiejętności jak inni Jedi. Choć z drugiej strony przerażała mnie myśl, że jeśli moje sny okażą się prawdą, powinnam być przygotowana na wszelką możliwość. Nie mogę od tak sobie siedzieć i patrzeć jak zawala się cały mój świat. A skoro chcą za wszelką cenę zrobić ze mnie Jedi, to nim zostanę.

 

- Annica, co ty znowu robisz? – zapytała Rose, kiedy tylko ujrzała mnie na korytarzu. Siedziałam na ławce pod klasą, patrząc ukradkiem na kilkoro uczniów wieszających jakiś obraz na ścianie. Moja przyjaciółka wyglądała na wściekłą, a jej rude włosy zdawały się przyjąć ognisty kolor. Coś czułam, że dzień nie zaczyna się najlepiej.

- Liczę deltę.

Powiem wprost – nie zrobiłam zadań z matmy i teraz włączyłam szybszy bieg, by nie dostać kolejnej jedynki. Tego by jeszcze brakowało. Już nic nie mówię o tym, że wcale nie rozumiałam tego, co liczyłam. Co za cholerstwo.

- Nie, idiotko, chodzi o to, gdzie masz zamiar lecieć dziś po południu? – już dawno nie widziałam jej takiej wkurzonej, nawet wyzwała mnie od idiotki, też coś. To chyba ten ostro różowy podkoszulek tak na nią działał – prowokująco.

- Na Dantooine, głupia. – odparłam i posłałam jej taksujące spojrzenie. Co jak co, ale niech się hamuje. Nie czaiłam co ją tak rozzłościło. – Będę tam przechodzić jakieś dziwaczne szkolenie i nauczę się korzystać z Mocy, rozumiesz?

- Porąbało cię, przecież ty nigdy nie byłaś Jedi i nigdy…

- Właśnie, że spróbuję, Rose. – przerwałam jej i podążyłam za nią wzrokiem, gdy siadała obok mnie na ławce. Kiedy była zdenerwowana marszczył jej się nos, co zawsze mnie bawiło, nawet teraz. – Słuchaj, mnie też się to nie uśmiecha.

- Zapomniałaś już, że miałyśmy iść na urodziny do Jacka? – powiedziała, gapiąc się na mnie spod przymrużonych powiek, a ja omal się nie zachłysnęłam. Niech to Stang!  - Wiedziałam.

Zapomniałam na śmierć. Dzisiaj nasz czarnowłosy przyjaciel kończy siedemnaście lat i gada o tej imprezie od jakiegoś miesiąca. A ja sobie nagle wyjadę na jakiś obóz na drugi koniec galaktyki i jeszcze nie wiadomo, czy przeżyję. Fajnie, znowu zawiodłam. Rozczulałabym się dalej nad moją wrodzoną sklerozą i talentem do nawalania, gdyby mojego wzroku nie przyciągnęła czyjaś osoba. Michael.

- Patrz kto idzie. – rzekłam Rose na ucho, a oczy omal nie wypadły jej z orbit. Aż się zaczerwieniła. No świetnie, kolejny problem, czy zawsze ktoś musiał komplikować to, co już było wystarczająco skomplikowane?

Mike jak zwykle wyglądał na godnego siebie samego. Ubrany w biały podkoszulek i granatowe spodnie; swoje blond włosy ułożył idealnie na żelu, a szerokim uśmiech przyciągał każdą dziewczynę, którą mijał. Ale on zmierzał dokładnie w naszą stronę, przez co poczułam mrowienie na całym ciele, a Rose buraczyła się bardziej z każdym jego krokiem.

- Uciekajmy stąd. – zajęczała cicho i już chciała zwiewać z ławki jak najdalej się da, lecz ja chwyciłam za jej bluzkę i przyciągnęłam z powrotem. Nie mogłam pozwolić jej uciec, musiała bronić honoru. – Annica, proszę, jesteś moją przyjaciółką, czy nie?

- Jeszcze przed chwilą chciałaś mi wydrapać oczy. – odparłam i posłałam jej cwaniacki uśmieszek. – Jestem i dlatego to ja będę z nim gadać, a nie ty. A jeśli powie ci coś niemiłego, zdemontuję mu tę ładną buzię.

- Mówicie o mnie?

Nawet nie zauważyłam, kiedy chłopak stanął nad nami, wkładając dłonie do kieszenie swoich spodni. Miał zadowolony wyraz twarzy, co znaczyło, że był w humorze. To nawet lepiej. Przełknęłam głośno ślinę i wzięłam wdech, zanim wyszczerzyłam się do niego, pokazując chyba każdy ząb z osobna.

- Skąd ci to przyszło do głowy? – odpowiedziałam, a kątem oka dostrzegłam jak moja przyjaciółka wierci się niespokojnie. Niech się już tak nie denerwuje. – Jak leci, Mike? Dawno się nie widzieliśmy.

- Faktycznie. Ostatnio bodajże lataliśmy razem smigaczem, a potem oberwałem poduszką w łeb.

Cóż, nie przypuszczałam, że tak dobrze to pamięta. Ale to w porządku, należało mu się. Szkoda, że była to tylko poduszka, a nie na przykład robot astromechaniczny.

- Słyszałem o twojej podróży na Dantooine. Nieźle. Sam bym się wybrał. – dodał, a mnie szczęka opadła. Skąd on to do licha wiedział? A ten jego chytry uśmieszek…  Zerwałam się z ławki, chwyciłam go za kołnierz i przystawiłam do ściany, posyłając mu piorunujące spojrzenie. Aż przełknął ślinę.

- Skąd masz te informacje? – zapytałam stanowczo, a on tylko zaśmiał się nerwowo. Dobrze mu radzę, niech powie albo dostanie w szczękę. O ile się nie mylę, wiadomość o tym szkoleniu była tajna, jakim prawem on o tym wiedział?

- Hej, spokojnie, nerwusie… Jack się wygadał.

Jack? No jasne, nie ma to jak powiedzieć o czymś w sekrecie kumplom.

- Naprawdę? – zrobiłam wielkie oczy i tak jakby zrobiło mi się głupio, że o mały włos go nie pobiłam. Puściłam jego koszulkę, odsuwając się od niego o krok, on sam natomiast poprawił swoje ciuchy, by wyglądać znów zabójczo. – Wcale nie jestem nerwusem, lalusiu.

Mike roześmiał się na cały głos, co chyba oznaczało, że nie miałam racji. W takim razie nie miał zaszczytu poznać Cordiality. Ta dopiero dałaby mu popalić, już byłby wgnieciony w tę ścianę.

- Jasne, Annica, jasne. – odrzekł, patrząc na coś nad moim ramieniem ze zmarszczonymi brwiami. – O, idzie. Może to jemu powinnaś skopać tyłek.

Odwróciłam się w stronę, którą pokazywał i dostrzegłam na końcu korytarza chłopka w czarnym podkoszulku, który należał do Jacka. Na jego twarzy malował się uśmiech i wcale się nie dziwiłam. Miał w końcu urodziny. Tyle że mnie dopadły wyrzuty sumienia, przecież będzie załamany, gdy mu powiem, że wylatuję dziś popołudniu i ominie mnie jego impreza.

Trudno, musiałam mu to jakoś wynagrodzić.

Kiedy tylko się zbliżył, a banan na jego twarzy się powiększył, ruszyłam biegiem w jego stronę i skoczyłam mu prosto w ramiona. Chwycił mnie, omal nie przewracając nas obu, i założyłam mu ręce na szyję, krzycząc „wszystkiego najlepszego.”

- Jejku, Hugo, ty narwańcu! – powiedział, ledwo dając radę ustać, kiedy mnie trzymał. I nie, nie byłam wcale taka ciężka, to on był zbyt chudy, kościsty i nie miał siły. I nie jestem żadnym narwańcem!

- Wpadniesz do mnie po szkole? – zaproponowałam mu to bez zbędnych wstępów. Chciałam spędzić z nim trochę czasu, zanim wyjadę. Nawet byłam już spakowana – uszyli mi szatę Jedi, w której za nic mi nie pasowało i do tego miałam bieliznę. Zero osobistych rzeczy, właśnie tak wygląda życie rycerza Jedi. Skromność. Przecież mój ojciec nie miał nawet wody toaletowej. Wszystko co było w domu, teoretycznie należało do matki.

- No nie wiem, a co z przyjęciem? – po tych słowach odstawił mnie na ziemię i podążyliśmy razem w stronę Rose i Mike’a, którzy dziwnym trafem ucięli sobie pogawędkę. Trochę zbiło mnie to z tropu.

- Proszę, ja… ja nie mogę na nie przyjść.

Czułam się fatalnie, kiedy spojrzał na mnie tak niezrozumiałym wzrokiem, że omal nie zapadłam się pod ziemię. Nie mogłam tego spojrzenia wytrzymać, miałam wrażenie, że on zaraz mnie chwyci i potrząśnie dla opamiętania.

- Jak to nie możesz? Przecież mówiłem ci od dawna, żebyś znalazła czas. – powiedział, a z każdą sekundą jego głos stawał się bardziej napięty. Patrzył na mnie gromiącym wzrokiem, a ja nie wiedziałam, czy mam upaść na kolana i błagać o przebaczenie, czy może raczej strać się z nim spokojnie porozmawiać. – Tam będą wszyscy, wielka impreza, nawet Mike zrobi pokaz striptiz.

- Co?! – wrzasnął blondyn, podrywając się z ławeczki. W normalnej sytuacji bym się roześmiała, ale teraz to było co innego. Wręcz byłam zdołowana i to nie byle jak. – Żaden striptiz nie wchodzi w grę, wybij to sobie z głowy.

- Przepraszam. – wyjąkałam, chwytając go za ramiona i patrząc prosto w brązowe oczy. Było mi naprawdę głupio. – Pamiętasz, jak mówiłam ci o Dantooine? Wyjazd jest właśnie dzisiaj, a ja nie mogę nic zrobić, próbowałam.

- Dantooine?! Więc to jest teraz dla ciebie najistotniejsze? – krzyknął, odpychając mnie od siebie. Był naprawdę wściekły, jego twarz nie wyglądała tak jak zawsze, a włosy wydawały się być w jeszcze większym nieładzie niż zwykle. Przypominał mi jakiegoś potwora z horroru, który pragnie zemsty. – Rose, ty wiedziałaś, że dla niej bycie jakimś żałosnym Jedi jest ważniejsze niż my?

Moja przyjaciółka się zawahała i nawet nie odpowiedziała, spuściła tylko głowę. Mike przypatrywał się scenie z wyraźną uwagą, jakby zastanawiał się, czyją stronę przyjąć. Za to Jack miał ochotę mnie zabić. Patrzył na mnie jak na zdrajcę.

- W porządku, macie rację. Zawaliłam. Ale to wcale nie oznacza, że przestaliście być moimi przyjaciółmi, zawsze będziecie najważniejsi. – powiedziałam, patrząc raz na rudą, a raz na czarnowłosego. Musiałam ich jakoś uspokoić, nawet Rose, która wydawała się być rozdarta.

- Teraz tak mówisz. – odparła, patrząc na mnie spode łba, a mnie nie chciało się wierzyć, że ona przejęła jego stronę. Oczy wyszły mi na wierzch. – Najpierw Dantooine, a potem co? Korelia? Ansion? Masz być Jedi, a my dobrze wiemy jak wiele czasu Jedi spędzają na rodzinnych planetach.

Co ona plecie? Przecież ja byłam nawet za stara, żeby podjąć się prawdziwego szkolenia w Świątyni. Ten wyjazd ma mi tylko pomóc uporać się z Mocą, nie mam zamiaru być jak inni, już raz to powiedziałam.

- Znasz moje zdanie o tych robalach wymachujących kolorowym mieczem. A jeżeli ty masz się stać jedną z nich… – dodał Jack, a mnie zaczynało brakować powietrza. Mówił to wszystko tak surowym tonem, że nogi same zmieniały mi się w galaretę. Co to w ogóle miało znaczyć, dlaczego oni nastawili się przeciwko mnie? – Wolałbym nawet, żeby to separatyści zwyciężyli niż…

Nie dokończył.

Poczułam w sobie nagły przypływ energii, tak jak zawsze się to dzieje, gdy ktoś przebiera miarkę. Spora siła wstąpiła w moje ciało, krew mi zawrzała, a wszystko inne jakby zajęło się ogniem. Poczułam w sobie Moc. Poczułam, jak razem stajemy się jednością, wiedziałam, że teraz mogę zrobić cokolwiek zechcę i nic nie stanie mi na przeszkodzie. Widziałam ogień trawiący wszystko dookoła, widziałam…

Widziałam Jacka, któremu stróżka krwi pociekła z nosa. Stał trochę dalej ode mnie, chwytając się za bolące miejsce. Spojrzałam na swoje dłonie; były zaciśnięte w pięści, aż palce mi pobielały.

„Co ty znowu zrobiłaś?”

- Przepraszam. – powiedziałam, choć nie rozpoznałam swojego głosu. Nawet pomimo tego, że ogień dość szybko mnie opuścił. – Nie chciałam zrobić ci krzywdy, Jack. A ty nie masz prawa mnie oceniać, już kiedyś ci o tym mówiłam.

- Jesteś Jedi, Hugo. – odparł dosyć spokojnym tonem, jak gdyby wcale nie był na mnie zły. Odniosłam wrażenie, że jest mu raczej przykro. – A Jedi się nie przywiązują, o ile dobrze pamiętam.

CO?!

Po tych słowach rzucił mi ostatnie smutne spojrzenie, odwrócił się na pięcie i ruszył w przeciwnym kierunku. Rose po raz kolejny wydawała się być rozbita w środku, patrzyła i w jego kierunku i w moim, nie wiedząc co zrobić. W końcu wstała, zarzuciła plecak na ramię i uściskała mnie, pociągając nosem. Tak, mnie też się chciało płakać.

- Tylko tam na siebie uważaj. – powiedziała, odstawiła mnie od siebie i podążyła za czarnowłosym, który nawet nie popatrzył przez ramię do tyłu. Gapiłam się jeszcze długo za nimi, nawet kiedy zniknęli mi z pola widzenia. Oczy zalały mi się łzami, ale nie pozwoliłam im ujrzeć światła dziennego. Nie tym razem.

Pozbierałam swoje rzeczy z ławki, wrzucając je do plecaka. Dosyć liczenia delty, dosyć szkoły i patrzenia na twarze tych wszystkich ludzi i innych istot. Jedi się nie przywiązują, tak? Że niby ja miałam o nich zapomnieć? Wykluczyli mnie z paczki? Odrzucili?

Jasne. Rozumiem. Przecież Jedi to tylko robal.

Nie byłam Jedi.

Nie byłam robalem.

Nie mieli prawa tak postąpić.

Nie miałam prawa go uderzyć.

Zbiegłam po schodach na sam dół budynku i wyparzyłam przez główne drzwi. Ściągnęłam na siebie uwagę sporej grupy osób, a to tylko dlatego, że Michael pobiegł za mną, wołając mnie po imieniu. No tak, tylko on został.

- Annica, poczekaj! – krzyknął, mijając dwie Togrutanki, których omal nie przewrócił. Nie zatrzymałam się. Nawet nie próbowałam. – Stój, słyszysz?

Czego on chciał? Pocieszyć mnie? Żałować? Dzięki, nie potrzebowałam tego. Co za pajac, niech się wreszcie odczepi.

- Zatrzymaj się!

- Bo co?! – wrzasnęłam, odwracając się w jego kierunku tak gwałtownie, że ten nie zdążył wyhamować i po prostu się zderzyliśmy. Podtrzymał mnie, żebym nie upadła na ziemię, choć w tym momencie było mi wszystko jedno. – Wyjaśnijmy sobie coś, gościu. DAJ-MI-SPOKÓJ!

- Jack to skończony idiota z własnymi przekonaniami. – powiedział tak szybko, że ledwo zdołałam go zrozumieć. Mimo wszystko zaskoczył mnie, wydawał się być… nieco zdenerwowany. – To mój kumpel, znam go od zawsze i wiesz co mnie wkurza?

- Co?

- Że jest stuknięty do tego stopnia, żeby odtrącać ważne dla niego osoby tylko dlatego, że są związane z czymś, co on uważa za złe. – odparł, a na jego twarzy malował się wyraz prawdziwego zirytowania. Odniosłam wrażenie, że gdyby tyko mógł, wybił by Jackowi wszystkie zęby. Wcale bym się nie pogniewała.

- Dlaczego on tak ich nie znosi? – zapytałam, będąc właściwie pewną, że Mike znał odpowiedź. W końcu byli dla siebie jak bracia. Chyba. – Nie dawno był zachwycony tym, co widział w Świątyni. Opowiadał nawet o kimś, kogo widział na obrazie, rozumiesz to? Bo ja nie i mam ochotę rozkwasić komuś nos!

- Zdążyłaś już to zrobić, więc teraz się uspokój. – powiedział, zakładając ręce na piersi. Czy on chciał mi dawać jakąś lekcję życiową? Fajnie, może mi się przydać. Nie no, co ja tu jeszcze robię. – Leć na Dantooine, a ja przemówię mu skutecznie do tego głupiego łba. Tak łatwo mu nie odpuszczę.

- Czemu to robisz? – zapytałam, patrząc na niego spod zmrużonych powiek. Zastanawiałam się, dlaczego on był dla mnie taki dobry i chciał mi pomóc. – Przecież uderzyłam cię poduszką i omal się sprałam na kwaśne jabłko.

Mike posłał mi cwaniacki uśmieszek i poklepał mnie po ramieniu, poczym odwrócił się w stronę szkoły i ruszył przed siebie, nawet nic nie mówiąc. To chyba miało oznaczać „Nic się nie bój, ja to załatwię”. Niech będzie.

- Dzięki. – zawołałam za nim, ale on już mnie nie usłyszał. Albo po prostu udawał, że mnie nie słyszy. Odetchnęłam głęboko i posłałam mojej szkole ostatnie spojrzenie, poczym poszłam przed siebie. Coś miałam wrażenie, że już tam nie wrócę.

Jedi nie Jedi. Miałam nim być, choć dobrze wiedziałam, że to nigdy się nie stanie.

1 komentarz więcej...

One day

przez , 03.cze.2013, w Coruscant

No hej ;D witam was jak zwykle po przerwie, nie potrafię napisać niczego szybciej, ale liczę, że się to w końcu zmieni. Dobrnęłam do końca z tym odcinkiem, mam nadzieję, że każe wam się nad czymś zastanowić, na przykład „Ooo, będzie się działo”. Ale to już jak chcecie. W ogóle miałam bardzo luuźny tydzień, leń mnie ogarnia jak to przed wakacjami, które już coraz bliżej ^^ Wycieczka na Roztocze zaliczona ;D Teraz jeszcze postarać się trochę w szkole i chillout, Hiszpania czeka. Powiem jeszcze, że mam plany na pojedynczą, dość długą historię, po części związaną ze SW, bo bez tego by nie przeszło. Ale to na przyszłość, na razie pozostawiam was z Annicą i jej światem. Pozderki :) Dziesiątka, mój numer z dziennika, w dodatku dobrnęliśmy do jakiejś okrągłej liczby :D

 

Rozdział 10.

Jeżeli miałabym być szczera, to nawet iść mi się nie chciało, taka byłam padnięta. Szłam do domu. Właściwie, niemalże się czołgałam, bo ledwie ruszałam nogami. Nie dość, że po wycisku, jaki zafundowała mi pani Norei nie miałam na nic siły, do tego musiałam kupić Rose tego loda, którego jej obiecałam, a jak już pomyślałam, że będę musiała niańczyć dwójkę roztargnionych bliźniąt zamiast spać, to miałam ochotę się rozpłakać.

- A to kto?

No właśnie, jeszcze Jack non stop się o coś pytał. On jako ten szczęśliwiec, który nie musiał biegać, czuł się po prostu świetnie. Zmierzaliśmy do mojego mieszkania, prowadziłam moich przyjaciół niemalże pod samą ścianą wielkiego korytarza Świątyni Jedi, by nie zwracać na nas zbytniej uwagi, ale moje starania najwyraźniej na nic się nie zdały, skoro Romeo co chwila wskazywał na któregoś z mistrzów. Żeby nie było, Rose wyglądała tak, jakby właśnie chciała wyrazić swoją ostatnią wolę.

- Barrissa Offee. – odpowiedziałam, z trudem wydając z siebie głos. Marzyłam o łóżku, serio.

- A tamten?

- Obi-Wan.

Który chyba jako jedyny nas nie zauważył, chociaż tyle. Dziwiła mnie jedna rzecz. Dlaczego Jack, który nie tak dawno omal nie wydłubał mi oczu, kiedy powiedziałam mu prawdę o moich genach, teraz wydawał się być podniecony i ciekawy wszystkiego? Zapytałabym go o to, ale po prostu mi się nie chciało.

- No a ten?

Przewróciłam oczami. Ja nie mogę, co on się tak uwziął?

- Nie wiem, nie znam wszystkich. – odparłam i skarciłam go wzrokiem, na co doczekałam się jedynie dziecięcego wyrazu żalu na jego twarzy. Biedactwo, strasznie mi przykro.

Nie trwało to jednak długo. Już po chwili Jack znowu się ożywił, chwycił mnie za ramię i pociągnął za sobą do miejsca, które w rzeczy samej nigdy mnie nie interesowało. Cały czas mijaliśmy rzędy wielgachnych kolumn, ustawionych po jednej jak i drugiej stronie korytarza. Nic wielkiego gdyby nie to, że wisiały na nich portrety przedstawiających rycerzy Jedi, którzy przed swoją śmiercią jakoś specjalnie przysłużyli się zakonowi czy też Republice. Nie miałam nigdy okazji się im przyglądać i tak nikogo z nich nie rozpoznawałam. Ale Romea przyciągnęła do siebie jedna twarz, przez co ogarnęło mnie zaskoczenie.

- Patrz! To Aayla Secura. Przeżyła bitwę na Geonosis, była nawet na Ciemnej Stronie, a potem powróciła i walczyła w wojnach klonów, a w dodatku…

- Skąd to wiesz? – przerwała mu Rose, odzywając po raz pierwszy od ponad dwóch godzin. Była na maksa zdziwiona, podobnie zresztą jak i ja.

- Przeczytałem gdzieś… przypadkiem. – odparł niepewnie, wzruszając ramionami i ruszając w dalszą drogę.

To było tak dziwne, że aż niesamowite. Nie mogłam tego ogarnąć, to wszystko nie miało najmniejszego sensu. Przecież on ich nie cierpiał. Wtedy, gdy się  poznaliśmy, w jego oczach widziałam nienawiść, a dzisiaj… iskrę prawdziwej ciekawości i zachwytu. Te dwie rzeczy nie pasowały do siebie, Rose powiedziałaby, że to oksymoron, czy inne licho. A może on się  tym interesował? I nie chciał tego wyjawić. Może trzymał to w sekrecie. Okej, znowu nie będę mogła przez niego zasnąć, bo czeka mnie filozoficzne rozwiązywanie tej łamigłówki. Z pewnością myślałabym na ten temat dłużej, gdyby nie zmarszczka w Mocy mówiąca, że zaraz może mi się stać jakaś krzywda.

Odwróciłam się przez ramię. Za późno, by chociażby krzyknąć, ale wystarczająco szybko, żeby zobaczyć w czyichś oczach żądzę mordu. Coś w rodzaju wzroku generała z wuefu, tyle że teraz to było na serio.

Poczułam bolesne uderzenie w klatę i poleciałam dobre dziesięć metrów do tyłu. Wrzasnęłam, kiedy tylko wylądowałam i zobaczyłam stojącą nade mną dziewczynę z wycelowanym w moje gardło ostrzem miecza świetlnego o pomarańczowej barwie, nad którym nie miałam czasu się teraz zastanawiać.

- Jak mnie znalazłaś, nędzną oszustko?! – krzyknęła na mnie cienkim głosem, który przyprawiał mnie o… właściwie nie wiem o co, po prostu chciało mi się jeszcze głośniej krzyczeć.

- Co? Nie mam pojęcia kim jesteś! – powiedziałam, starając się brzmieć odważnie, choć w ogóle mi to nie wychodziło. Czułam, że głos mi drży. – I zabierz ten swój miecz!

Dziewczyna się zawahała i pochyliła, przyglądając mi się uważnie. Dopiero teraz zauważyłam jej dziwaczne oczy w bursztynowym kolorze. Naprawdę, oczy z bursztynu.

- No dobra. – rzekła w końcu, wyłączając broń i pozwalając mi wstać. Kiedy tylko się podniosłam zrozumiałam, że to był błąd. Pomarańczowa klinga ponownie rozbłysła, a jej właścicielka zamachnęła się na mnie. Gdyby Moc mi tego nie podpowiedziała i dzięki niej nie zrobiłabym uniku, od razu straciłabym głowę. Choć i tak czułam, że kopcą mi się włosy.

- Stop! – zawołałam i wyciągnęłam przed siebie ręce. – O co ci chodzi, czemu chcesz mnie zabić?

- Wybacz, myślałam, że to moja przyjaciółka. – wysyczała przez zęby i zmierzyła mnie od góry do dołu. – Zdzira jedna.

„Aha, fajnie traktujesz przyjaciół.”

- Dlatego chciałaś ściąć mi głowę?

Dziewczyna uśmiechnęła się chytrze i przerzuciła broń z ręki do ręki. Gapiłam się na nią z przerażeniem, nawet nie chcę wiedzieć, jak musiałam wyglądać trzęsąc się ze strachu.

- Jesteś do niej bardzo podobna.

Przyjrzałam jej się bliżej. Była wysoką i szczupłą dziewczyną, miała bardzo oryginalną urodę, a jej skóra wyglądała tak, jak gdyby dopiero co wróciła z wakacji, na których bez przerwy się opalała. Oczy przypominały bursztyn, ale największą uwagę przyciągały włosy: pomarańczowe niczym ostrze jej miecza, długie, związane w solidny warkocz, który sięgał jej do kostek. Szczęka mi opadła. Była ubrana w skąpy strój składający się czarnych krótkich spodni, beżowej przepaski na piersiach i skórzanego pasa, przy którym powinien wisieć miecz świetlny. Jej stopy były gołe. Serio. Przypominała dzikuskę z jakiegoś równie dzikiego plenienia. Zastanawiałam się, czy ona była Jedi. Bo jeśli tak, to miała chyba najbardziej nieposkromiony charakter w dziejach zakonu.

- A może ty masz z nią coś wspólnego? – zapytała podejrzliwie, a zanim ja zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, ona omal nie podcięła mi nóg swoim ostrzem. Tyle że w ostatnim momencie zdążyłam uskoczyć. – Skończ z tymi unikami, broń się!

Ta-a, jasne, ciekawe czym. Może cyrklem?

- Jesteś świruską, nie znam cię, nie chcę z tobą walczyć. – powiedziałam desperacko i cofnęłam się o kilka kroków do tyłu. Nie miałam z nią najmniejszych szans. Kiedy Obi-Wan zabiera mnie na te bezsensowne treningi, nie potrafię pokonać manekina, co dopiero tę wariatkę. – Odczep się, z łaski swojej.

- Coś ty powiedziała?! – wrzasnęła i uniosła broń, by zaraz mnie nią skosić. Na jej twarzy malował się gniew, a ja byłam całkowicie zdezorientowana. O co znowu chodzi? Rozejrzałam się niepewnie dookoła szukając pomocy, której raczej nikt nie był mi w stanie udzielić. Bądź też nie chciał. Rose i Jack stali gdzieś z boku z przerażonymi minami, a kilkoro Jedi zebrało się, aby podziwiać przedstawienie pod tytułem „Jak nieznajoma rozwala dziecko Skywalkera”. Było super. Nawet chichotali rozbawieni.

- Że masz się odczepić? – zapytałam, otwierając szerzej oczy, kiedy jej ostrze znalazło się stanowczo za blisko mojego gardła.

- Wcześniej.

- Nie chcę walczyć?

- Jeszcze szybciej!

Zastanowiłam się przez chwilę nad tym. Tak jakby pamięć mnie zawiodła, a to nie wróżyło dobrze.

- Słuchaj, nie obraź się, ale mam sklerozę, to dziedziczne. – odpowiedziałam najłagodniejszym tonem na jaki było mnie stać. Tak na serio to się jej bałam w cholerę ale gdzieś baaaardzo ukryta część mnie miała ochotę jej dokopać. – I zdecydowanie masz nierówno pod sufitem.

Od razu pożałowałam tych słów, kiedy oczy dzikuski zapłonęły żywym ogniem. Chyba o to jej chodziło, co? Nazwałam ją świrem, czego najwyraźniej nie lubiła.

- Skończysz niczym pokarm dla…

- W porządku, a ty mnie nazwałaś oszustką, w dodatku nędzną! – przerwałam jej, póki nie było na to za późno. Jeszcze chwila i poszatkuje mnie na kawałki, zawsze chciałam zamienić się w żarcie dla zwierząt. – Jak masz na imię?

Dziewczyna zawahała się, co było dobrym znakiem. Chciałam ją jakoś udobruchać, nie lubię mieć wrogów. A tym bardziej nie miałam zamiaru zostać truposzem.

- Cordialita.

Omal nie wybuchłam śmiechem. Stłumiłam go w ostatniej chwili, ale musiał sobie parsknąć. W normalnej sytuacji tarzałabym się ze śmiechu, ale miałam w świadomości to, jak ona impulsywnie reaguje. Nawet teraz zamachnęła się na mnie mieczem, ale na szczęście nie zdążyła mnie zaatakować.

- Co? Wybacz, ale ty wyglądasz jak huragan, który chce zmieść mnie z powierzchni ziemi, a twoje imię sugeruje coś wręcz odwrotnego. – powiedziałam, starając wyobrazić ją sobie w zwiewnej sukience, rozpuszczonych na wietrze włosach i hasającą po łące w towarzystwie motyli. Roześmiałam się na cały głos.

- Masz z tym problem, marny człowieku?! – warknęła na mnie, a ja miałam wrażenie, że zaraz zginę ale nie przejmowałam się tym. Umrę przynajmniej w dobrym nastroju.

- Skąd. – odparłam, starając się opanować. Wyciągnęłam rękę w jej stronę. – Jestem Annica.

Cordialita zawahała się przez chwilę i przeniosła wzrok z mojej dłoni na mnie, a później z powrotem. W końcu jednak odwzajemniła gest. A przynajmniej w pewnym stopniu. Ujęła moją dłoń i zaczęła jej się dokładnie przyglądać. Okej, ona nie zna tego zwyczaju, spoko.

- Masz bardzo małe palce. – rzekła spokojnym już głosem, na co odetchnęłam z ulgą. Dopiero po jakimś czasie doszło do mnie to, co właściwie mi powiedziała. A moje palce wcale nie były małe, były normalnie.

Zerknęłam na jej ręce i zauważyłam różnicę: to jej palce miały nienaturalne rozmiary, długość XXL. Cała jej dłoń była bardzo smukła. Jej twarz również była inna niż moja. Na policzkach miała kilka ledwie dostrzegalnych czerwonych plamek, a uszy dzikuski były jakby szpiczaste. Połączenie członkini dzikiego plemienia z elfem.

- Cieszysz się, że przekonałaś mnie do siebie. – powiedziała Cordialita, na co chciałam pokiwać głową, lecz uzmysłowiłam sobie, że to wcale nie było pytanie. – Jesteś dobra.

Okej, ona to poznała po wyglądzie moich palców, tak?

- Możesz mi mówić Cordia. – dodała i podniosła na mnie wzrok. – Co się tak gapisz?

No, patrzyłam na nią jak na wariatkę, musze przyznać. Nie wierzyłam w to co słyszę, to wszystko jest jakieś dziwne. Zawołałam jednak moich przyjaciół, by do nas podeszli, skoro potencjalne zagrożenie zniknęło. Moja odmienna znajoma od razu zabrała się za oglądanie ich rąk.

- Ale masz cudne włosy. – rzekła do Rose i dotknęła jej rudego kucyka. – Nie lubisz ich, dlaczego?

Rose się zarumieniła. Zastanawiałam się czy to dlatego, że w istocie nie cierpiała swoich rudych włosów, czy po prostu nie prezentowały się dobrze po wu efie. Stawiam na obie wersje.

Kiedy Cordia chciała ująć dłoń Jacka, ten odruchowo cofnął się do tyłu, gadając coś, że lepiej nie, że on się nie nadaje, bla, bla, bla. Przewróciłam oczami, co on znowu wymyślił?

- Przecież cię nie zjem, chcę tylko popatrzeć! – upierała się bursztynooka, wpatrując się w  mojego kumpla takim wzrokiem, jakby zaraz miała go pożreć żywcem.

Kiedy w istocie „patrzyła” na jego rękę, Jack zdawał się wstrzymywać oddech. Nie rozumiałam tego, co ona robi, to mnie zaskakiwało bardziej z każdą sekundą.

- Ktoś cię kiedyś skrzywdził. – powiedziała w końcu Cordia i obdarzyła Romea współczującym spojrzeniem. Jego wzrok spotkał się z moim, jakbym to ja była temu winna, nawet przez chwilę doznałam wyrzutów sumienia. – I masz ochotę na… placki.

Tym razem oczy omal nie wyleciały mi z orbit, a Rose zaśmiała tak, jak jeszcze nigdy nie słyszałam. Ona ma chyba kilka rodzajów śmiechów, w zależności od sytuacji. Dzisiaj na przykład wręcz piszczała i chwytała się za brzuch. Ja sama musiałam się wyszczerzyć, choć miny Jacka i długowłosej Cordiality wskazywały na ich zdezorientowanie.

- Jak możesz być głodny w takiej chwili? – zapytała Cordia, patrząc na Romea z szeroko otwartymi oczami. – To okropne, ty powinieneś rozpaczać nad swoim losem!

- Nic nie jadłem od rana, więc trochę burczy mi w brzuchu. – odparł z rozbawieniem i puścił jej dłoń. – Poza tym nie mam ochoty na rozpaczanie.

- Jak ty to robisz? – zapytała Rose i zmierzyła dziewczynę od stóp do głów. No, mnie samą to ciekawiło, choć nie miałam pojęcia jak nazwać to zjawisko. Czytanie czego?

- Odgaduję uczucia.

Aaa, no tak, przecież to jasne, każdy to potrafi. Że cooo?

Posłałam jej spojrzenie spode łba. Nie wiem jak oni, ale ja nie czaiłam.

- Wystarczy, że złapię cię za rękę. – dodała Cordia i chwyciła mnie. – Czujesz, że masz niskie IQ.

„Wcale nie…”

- A on – ciągnęła, łapiąc ponownie dłoń Jacka. – Dalej jest głodny.

Dlaczego krzywiła się, kiedy to mówiła? Chyba uważała, że powinien rozpaczać zamiast myśleć o plackach.

- I ty to masz od dziecka? – zapytałam, nie potrafiąc poukładać tych informacji w głowie. To mnie przerażało. Ale spoko, ja też odkąd tylko pamiętam mam talent do płaczu. Zawsze i wszędzie.

Dziewczyna pokiwała głową, jakby to było naturalną częścią jej życia. Zrozumiałam, że mówiła prawdę i stwierdziłam, że spotkałam dziwną i zarazem wyjątkową osobę.

- Zawsze chciałam czytać w myślach. – wtrąciła się Rose, a my rzuciliśmy jej poirytowane spojrzenie. – No co?

- Wiesz już stanowczo za dużo. – powiedział Jack i poklepał ją po ramieniu. Wiem, jesteśmy przekoleżeńscy. – Ale jestem głodny.

Spoko, tata miał zrobić mi obiad kiedy wrócę. O cholera…

- O cholera!

Wszyscy popatrzyli się na mnie tak, jakbym właśnie została użądlona przez jakiegoś groźnego owada. Nie, po prostu przypomniało mi się, że miałam być w domu jakieś pół godziny temu i zabawiać te bachory. No to ładnie.

- Musimy iść. – rzuciłam w stronę zdezorientowanej Cordii, chwyciłam za ręce moich przyjaciół i powlokłam ich za sobą w dalszą drogę. – Do zobaczenia!

 

- Już je…

Nawet nie byłam w stanie dokończyć, widok zatkał mi dech w piersiach. Tak na co dzień, kiedy moja matka łazi ze ścierką, to mieszkanie wygląda tak: łazienka lśni wypolerowanymi kafelkami. Okna są nieskazitelnie czyste, blat kuchenny – błyszczy, – lodówka – lśni pustkami, kanapa – nikt nie ma prawa na niej usiąść po odkurzaniu, nawet mój pokój jest wysprzątany. Dzisiaj nie poznałam tego miejsca. Wszędzie walały się pisaki, kredki, butelki, smoczki, kolorowe książeczki, piłki, lalki, zabawkowe śmigacze, buty, ubrudzone koszulki, para majtek, śliniaki, plastikowe łyżeczki, miski, rozlane mleko i masa jedzenia rozprzestrzeniona dosłownie wszędzie. Jedno dziecko w domu było problemem. A dwa takie jak te, to był dopiero huragan. Dzika Cordialita stanowiła małą chmurę burzową.

Żeby nie było, bliźnięta Kedi i Maxil biegały w najlepsze, grając chyba w ganianego, rozsypując do tego płatki śniadaniowe z miseczkach, które trzymały w malutkich rączkach. Były ubrane identycznie: czerwona koszulka i zielone szorty na szelkach. Gdyby nie to, że Kedi była dziewczynką, a Maxil jej młodszym o pięć minut braciszkiem, nie można by było ich odróżnić. Obydwoje mieli brązowe kręcone włoski i ciemne oczy. Zdecydowanie przypominały siostrę mojej mamy, a tym samym ją i babcię.

Ich słodki wygląd w ogóle nie odzwierciedlał tego, co kryło się w ich wnętrzu. Zdawały się krzyczeć: „Tak! Rozwalimy wszystko!” Miały trochę ponad dwa lata, strach myśleć, co będzie gdy dorosną. Ojciec nie wytrzymywał psychicznie. Ktoś chyba musiał zostawić mu pod opieką te dwa chuligańskie dzieciaki dopóki nie wrócę. Nie chciało mi się wierzyć – facet, który walczy na śmierć i życie z jakimiś Sithami i blaszakami, leży bezradnie na zagraconej kanapie z poduszką na głowie. Dzieciarnia go pokonała, biedny.

- Później nie można było?!

Cóż, mój powrót najwyraźniej go ożywił, skoro wydarł się na mnie, przekrzykując piski maluchów, które na chwile poniechały swoich działań. Na chwilę. Zaraz potem Maxil uderzył siostrę, która oddała mu z podwójną siłą. Wyglądał tak jak zwykle, miał na sobie te swoje brązowe szaty Jedi, ze skórzanym pasem włącznie, choć brakowało doczepionego miecza świetlnego i wysokich butów. Zamiast tego mogłam podziwiać bose stopy. Jego włosy jak zawsze starały się być porządnie ułożone, choć teraz wyglądał jakby właśnie stoczył pojedynek.

- Gdzie mama? – zapytałam, łapiąc się za głowę. Nie pojmowałam jak można dopuścić do takiego syfu.

- Poszła już. Bo ty nie mogłaś ruszyć zada i przyjść szybciej. – odparł tym swoim pogardliwym tonem, wstając z kanapy i przydeptując przy okazji gumową zabawkę, która zapiszczała.

- Za to ty jesteś taki nieudolny i nie mogłeś ich chwili popilnować! – odpyskowałam i podniosłam z podłogi to, co na pewno nie powinno na niej leżeć.

Moim przyjaciołom szczęki poopadały. Gapili się w milczeniu na ten cały cyrk, ja byłam wkurzona, ojciec także. Dziwię się, że jeszcze nie dał mi szlabanu, zawsze kiedy robię coś co nie jest po jego myśli słyszę „Annicaaaa!!!” A wtedy wygląda bardzo niekorzystnie.

- Co to jest? – zapytałam gniewnie, pokazując mu śmierdzący dziecięcy atrybut.

- Pielucha.

- Brudna pielucha! Czemu ona nie jest w koszu? – dodałam i rzuciłam nią w stronę łazienki. – To dżungla, istna dżungla, byłeś kiedyś w dżungli?

- Dzień dobry. – wtrąciła się cicho Rose, jak gdyby dopiero co odzyskała przytomność. Jack się nadal nie odzywał, czułam, że czyjaś obecność wręcz go paraliżuje. Albo zaczadził się smrodem pampersa.

- Nie jest dobry, Rose, ciesz się, że nie masz rodzeństwa. – odparł tata, brnąc przez labirynt rozsypanych śmieci i zabawek, zmierzając do lodówki. Omal nie zderzył się z przebiegającą Kedi, która padła na kolana, nie przestając się śmiać.

Kogo jak kogo, ale Rose to on uwielbiał. Uważał ją za najbardziej odpowiednią dziewczynę, z którą mogłabym się kumplować i siedzieć w jednej ławce. Jeszcze chwila i ogłosi ją swoim drugim dzieckiem.

- I co? Teraz zrobisz kanapkę z pastą i pójdziesz? – ciągnęłam dalej, mając już dosyć tego, że totalnie olał te biedne dwulatki. Głośne, szybkie, wkurzające, rozrabiające i okropne dwulatki. – Jeżeli myślisz, że będę to wszystko sprzątać, to się mylisz! Twój zadek nie jest najważniejszy!

Przegięłam, wiem, dotarło to do mnie dopiero po chwili, ale czasem mam mu ochotę nakopać. Tym razem jednak mogłam być pewna bury jaką zapewne dostanę. Zamknął lodówkowe drzwiczki, które ledwie zdążył otworzyć, by znaleźć swoją pastę, poczym zmroził mi krew w żyłach swoim spojrzeniem.

- Annica, jeszcze chwila i pożegnasz się z życiem.

Przez chwilę się zawahałam. Serio, jeszcze nigdy nie zagroził mi w taki sposób. Zawsze tylko potoczne „Urwę ci łeb”, ale teraz zabrzmiało to naprawdę poważnie. I jeszcze przez zaciśnięte zęby. Spoko, to tylko dla picu.

Maxil podbiegł do Jacka i kopnął go w kostkę. Tak po prostu, z całej siły. Romeo się skrzywił, choć za wszelką cenę próbował to ukryć, a ja wzniosłam oczy ku niebu i wzięłam głęboki oddech. Nie wytrzymam.

- Widzisz? To niewychowane bachory, które mając gdzieś wszystko co ich otacza. – powiedział ojciec całkiem normalnym głosem i oparł się o blat kuchenny. Podeszłam do niego, odepchnęłam go na bok i zaczęłam szukać. – Wszyscy są ich wrogami.

„Wrogami? To małe dzieci!”

- Gdzie jest ich mleko? – zapytałam wściekła i trzasnęłam plastikową butelką. – Nie mogłeś zrobić im czegoś, one są głodne.

Czułam, że mój głos zaczyna powracać do normalności, a nawet się załamywać. Miałam dość, niech stąd idzie i będzie spokój. Powiedzmy, przy tych bliźniętach nigdy nie ma spokoju.

- No jakoś nie wyglądają. – prychnął w rozbawieniu i założył ręce na piersi. Rzeczywiście, oboje zaczęli bazgrać kredkami po podłodze, nie przejmując się dosłownie niczym. Nie trwało to jednak długo, Kedi już po chwili się znudziła i zaczęła biegać jak oszalała po całym pokoju, krzycząc „Jeeeeeeeeeeee”.

- Miałeś się nimi zająć.

- A czy ja wyglądam na niańkę?

- Myślałam, że lubisz dzieci.

- Nie te!

Okej, jakby na potwierdzenie moich słów ujrzałam najstraszliwszą chwilę swojego życia. Serce wskoczyło mi do gardła. Kedi, ta nieznośna dziewucha, biegała tak szybko, że właśnie staranowała najbliższy stoliczek z lampą, która omal nie spadła na ziemię i się nie rozbiła, gdyby nie mój heroiczny ojciec, dla którego ratowanie przedmiotu to pestka. Rzucił się na ratunek ulubionej lampie mojej matki, lecąc przez całą długość pokoju i lądując niczym statek kosmiczny na brzuchu, trzymając w ręku ocaloną zdobycz. Odetchnęłam z ulgą. Mało brakowało, a zostalibyśmy wyrzuceni z domu razem z dziećmi.

- Uwielbiam cię, stary pryku. – powiedziałam i przeczesałam ręką włosy. Musiałam się roześmiać, to było nawet śmieszne. Nigdy nie mogę się nadziwić jego cyrkowym sztuczkom.

- Ja ciebie też, zołzo jedna.

- Przepraszam… – odezwała się moja ruda przyjaciółka, ciągnąc opierającego się Jacka za rękaw w stronę zagraconej kanapy. – Ale bolą mnie już nogi, zwłaszcza że biegałam trzydzieści okrążeń.

- Ile? – zapytał z niedowierzaniem ojciec, dalej leżąc na podłodze z lampą. Wygodnie, nie?

- Trzydzieści, to wszystko przez nią, bo kłóciła się z nauczycielką. – odparła i wskazała na mnie, na co po prostu załamałam ręce. Fajnie, niech jeszcze powie, że raz spadła na mnie sztanga.

Tata się zaśmiał i odłożył lampę na miejsce.

- Ja bym wam dowalił sto, Obi-Wan zawsze kazał mi tyle biec na rozgrzewkę.

- Szpaner. – powiedziałam i usiadłam koło moich przyjaciół, posyłając mu chytry uśmiech. Uwielbiałam go, naprawdę, ale niekiedy wkurzał mnie do parteru. Maxil przerwał swoje rysowanie, którym zajął się na wyjątkowo długi czas i podbiegł z radością do mojego ojca. Ten spojrzał na niego niepewnie, jakby to dziecko miało wobec niego iście złe zamiary.

- No dobra, chodź do wuja. – rzekł w końcu, chwycił go pod pachy i uniósł, tak jakby był zwykłym opakowaniem na chusteczki. Maxil zaśmiał się i zaczął wymachiwać rękami, podczas gdy tata trzymał go na długość ramion i przyglądał mu się z kwaśną miną. – Annica, czy on nie pachnie podejrzanie?

Uniosłam brew. No tak, zrobił co nieco, super. Wybacz staruszku, nie mam ochoty go przewijać, na dzisiaj mam wszystkiego dosyć. Nie czekałam długo, zanim chłopiec zrobił coś, czego nieszczególnie się spodziewałam. Z jego spodenek prosto na podłogę pociekła żółta ciecz. Jak na dwulatka było to bardzo dużo żółtej cieczy, a on sam cieszył się jak na bobasa przystało. Patrzyłam na to szeroko otwartymi oczami. Czy on się zsikał? Tata miał szczęście, że nie trzymał go zbyt blisko siebie, ale ten widok i tak przyprawił go atak szału. Serio. Myślałam, że go zgniecie. Gadał pod nosem jakieś przekleństwa i nie wiedziałam, czy mam mu odebrać to dziecko czy nie.

- Nie ma emocji, jest spokój. Nie ma emocji, jest spokój!

Okej, nic lepszego jak próba uspokojenia się poprzez powtarzanie bezsensownych jak dla mnie regułek, których Obi-Wan nie potrafi mnie nauczyć. Jaki pech. Jedi, przecież to brzmi jak hasło z filmu.

- Daj mi go. – powiedziałam i sama odebrałam mu chłopca, który w ogóle nie przejmował się tym, że ma mokro w majtach. – I weź się wynieś. Zrelaksuj się ucinając głowy manekinom.

Tata spojrzał na mnie spode łba, wycierając się do najbliżej leżącej bluzeczki Kedi, która chyba jako jedyna była czysta. Sama jej właścicielka dorwała właśnie miniaturowego śmigacza i zaczęła uderzać nim o nogę Rose, która za każdym razem wydawała z siebie krótkie „Au!”

- Ja nie ucinam głów, tylko staram się dopracować swoją perfekcyjność, dziecko. – odparł, przywołał Mocą do ręki swój miecz świetlny z osobnego pokoju i posłał mi jeden z tych swoich luzackich uśmiechów. – Mam nadzieję, że ta zaraza cię nie obrzyga.

- Pomyśleć, że Jedi jest skromny.

- Świecę przykładem. – odparł, pomachał moim kumplom na pożegnanie i wyszedł z tej istnej dżungli. Wzniosłam oczy ku niebu. Już otworzyłam usta, żeby powiedzieć jak bardzo go w tej chwili nie znoszę, ale drzwi ponownie się otwarły. – Żeby ci się podlizać, zrobiłem placki. Są przypalone, ale to nic, ten smak spalenizny będzie przypominał o wielkiej miłości do mojej ulubionej córki.

- Och, idź już! – rzekłam, na co on pokazał mi język i powtórnie zniknął mi z oczu. – Jack, mówiłeś, że jesteś głodny.

Ta-a, przynajmniej ten biedny skopany człowiek będzie mógł napełnić swój żołądek. Kiedy tylko rozejrzałam się po pokoju i poczułam na skórze coś wilgotnego, od razu miałam ochotę się stąd wynieść. Sprzątanie, dobry żart.

- Czasem się zastanawiam, czy wy opieracie się na relacjach między ojciec a córka, czy jesteście bardziej kumplami, którzy lubią się nawalać. – powiedziała Rose i podeszła do lodówki, by wyciągnąć z niej przypalone danie. – Talent kulinarny, nie da się zaprzeczyć.

- Wydaje mi się, że to drugie. – odparłam i postawiłam na ziemi mojego ukochanego Maxila. – Zjedzcie te zakichane placki, nie mam na nic ochoty.

Jack poderwał się z kanapy, na której przez ostatni kwadrans siedział jak posąg. Dobrze, że mu się poprawiło, może będę mogła liczyć na jego pomoc w ogarnięciu tego bajzlu.

- Ja zjem!

 

Jak zwykle miałam przedziwny sen. Nie tak od razu, przecież najpierw musiałam doprowadzić mieszkanie do ładu i składu, odprawić dzieciaki, a dopiero potem – późnym wieczorem – położyłam się spać. Czułam się błogo, nie licząc tego, że piekły mnie stopy od roboty i biegania.

- Nie ufasz mi. – powiedziała Cordialita, a jej wyraz twarzy wyglądał nieco na zawiedziony.

Wyglądała tak jak wtedy – pomarańczowy warkocz, gołe stopy, a w ręce trzymała swoją zabójczą broń. Jedynie w oczach płynęła jej nienawiść.

Cała akcja rozgrywała się w lesie, późnej nocy, w świetlne księżyca. Oprócz niego, światło dawało rozpalone nieopodal ognisko. Lekki wietrzyk poruszał włosami Cordii oraz czarnym płaszczem zarzuconym na ramiona mężczyzny, z którym rozmawiała. Był wyższy od niej o głowę, ale dostrzegłam podobieństwo między nimi – ten sam odcień skóry. Jakby wakacyjna opalenizna. Cordia trzymała go za rękę, patrzyła na nią przez chwilę, po czym podniosła wzrok na mężczyznę.

- Dlaczego mi nie ufasz?

- Kazałem ci zachować dyskrecję. Przestań traktować to jak zabawę.

Cordia pokazała zęby w chytrym uśmiechu, jak gdyby już wcześniej odbyli tę rozmowę. Puściła jego dłoń i założyła ręce na piersi.

- Robię to najlepiej jak potrafię, bracie. Staram się.

- Obyś miała rację, bo inaczej…

Z rękawa jego długiego płaszcza rozbłysło światło miecza świetlnego o pomarańczowej barwie. Musiał ukrywać tam klingę przez cały czas. Zagroził jej śmiercią, bardzo popularne jak się domyślam. Cordialita jednak nawet się nie skrzywiła. Obrzuciła tylko ostrze znudzonym spojrzeniem.

- Zawiodłam cię kiedykolwiek? Już nieraz dzięki mnie odniosłeś zwycięstwo. – powiedziała i zdawało się, że samym spojrzeniem wbiła w niego tysiące ostrzy. – Wszystko w swoim czasie.

Jej brat, którego twarzy nie zdołałam dostrzec, poklepał ją po ramieniu, a następnie podszedł do ogniska. Cordia powędrowała za nim spojrzeniem.

- Trzymam cię za słowo, siostro.

Cordialita włączyła swoją broń, zamachnęła się i strąciła na ziemię gałąź najbliższego drzewa. To jednak nie zwróciło uwagi mężczyzny. Cały czas wpatrywał się w ogień.

- Dam radę! – zawołała zdesperowana, jakby za wszelką cenę chciała mu coś udowodnić. – Nie jestem dzieckiem. Potrafię to zrobić.

- Tak samo jak zdołałaś pozbawić życia senatora z…

- Przestań! – warknęła i odwróciła się w stronę ciemnego lasu. Uniosła miecz i cięła nim kolejne drzewo. Była wściekła, nawet ja to czułam.

- Dobrze. To mnie uspokaja… – rzekł jej brat, sięgnął po blisko leżące drwa i wrzucił je w płomienie, które wyskoczyły ku rozgwieżdżonemu niebu. – Masz ostatnią szansę.

- Nie zawiodę cię. Słowo.

 

 

 

Zostaw komentarz więcej...

New days

przez , 27.kwi.2013, w Coruscant

Siemka ;D Wreszcie udało mi się dobrnąć do końca z tym rozdziałem i napisałam po prostu Pana Tadka ;P No i maturzyści wyfrunęli, plan lekcji zmieniony, lipa ;/ Cieszymy się z ładnej pogody? – Cieszymy! Korzystajcie z weekendu, a póki co macie tu coś do czytania ;D

Rozdział 9.

Nie obudziłam się mimo wszystko ani z przyspieszonym oddechem, ani z szaleńczym kołataniem serca, ani ze łzami w oczach. Wstałam wypoczęta, w dodatku w przekonaniu, że jest sobota. Dopiero po chwili doszło do mnie, co robiłam wczoraj wieczorem – kułam jak głupia na chemię o jakiś mydłach, żeby dzisiaj napisać z tego kartkówkę, na którą w rzeczy samej nie poszłam. Super, nie ma to jak spać do południa.

Wyszłam z pokoju i nikogo nie zastałam. I co ja mam teraz robić? Nawet jeść mi się nie chciało, a śniadanie przygotowane przez mamę, czyli tosty z marmoladą, nie dodawały mi tego apetytu. Usiadłam więc na kanapie stojącej po środku salonu i zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Tak po prostu, bo czułam, że coś się ze mną dzieje. Cały czas miałam przed oczami te wszystkie sceny z dzisiejszego snu. To był już któryś z kolei o podobnej tematyce, nie tak dawno na przykład śniło mi się, że jakiś nieogarnięty facet chce mnie zatłuc biczem świetlnym. Innym razem Rose była ścigana przez parę dzikich zwierząt, bo te wzięły ją za obiad. Później był Jack, ale on to już w ogóle, walczył na miecze świetlne razem z jakąś kobietą o nieludzko bladej skórze. Nie powiem, szło mu całkiem nieźle, gdyby nie to, że poucinała mu w końcu wszystkie kończyny. Jakby było tego jeszcze mało, kiedy siedziałam ostatnio w szkole i gapiłam się na obraz zatytułowany „Wielka Wojna Galaktyczna”, chwilę później znów jakby coś we mnie weszło i rama z obrazem zleciała ze ściany z wielkim hukiem. Oczywiście nikt nic nie czaił, ale ja dobrze wiedziałam, że to przeze mnie.

Siedziałam na tej sofie bez życia myśląc, co też powinnam zrobić. Czułam się bezradnie, serio. Chyba zacznę sprzątać, bo stojące dookoła czarne meble były pod warstwą kurzu, a blat kuchenny w dalszym ciągu wyglądał jakby ktoś przygotowywał na nim posiłek. Zanim jednak zdążyłam wstać, metalowe drzwi wejściowe znajdujące się po przeciwnej ścianie rozsunęły się i pojawiła się w przejściu moja matka. Miała na sobie długą niebieską suknię z jedwabiu, sięgającą do ziemi, a jej włosy były uczesane w fikuśny wysoki kok, także mogłam być pewna, że właśnie wróciła z Senatu. Kiedy tam szła, zawsze była tak odstawiona, ale musiałam przyznać, że było jej do twarzy tak śmiesznych fryzurach.

- Nie powinnaś być w szkole? – zapytała ze zdziwieniem i weszła do środka, cały czas mierząc mnie od góry do dołu. Ruszyła prosto do sypialni, więc domyśliłam się, że zapewne czegoś zapomniała, teraz szybko to znajdzie i wyjdzie równie prędko jak się pojawiła.

- Zaspałam. – powiedziałam beznamiętnym głosem i przeczesałam ręką włosy. Nie czułam się najlepiej, wiedziałam, że cos jest ze mną nie tak. – Stwierdziłam, że już nie ma po co tam iść.

- Mówiłaś, że masz jakiś sprawdzian.

- Napiszę go kiedy indziej. – szczerze, nie miałam na nic ochoty, chciałam jedynie z kimś pogadać o moich dziwacznych problemach, których w ogóle nie rozumiem.

- Annica, wypadła mi ważna konferencja, wrócę za kilka dni. – dodała zza ściany, a ja odwróciłam się w jej stronę i dostrzegłam ją wpychającą najpotrzebniejsze rzeczy do walizki. Więc po to wróciła, żeby się spakować, tak? Acha. – Dasz sobie radę sama, tata poleciał z misją, tylko pamiętaj, żeby chodzić do szkoły. I niech cię przypadkiem żaden melanż nie poniesie, bo nie chcę mieć zdemolowanego domu.

Musiałam się roześmiać. Ma mnie ponieść melanż? Nie no, nie poznaję swojej matki.

- Spoko. Nie wiedziałam, że tak się znasz na moim pokoleniu. Chodzisz na imprezy?

Mama wyszła z pokoju ze spakowaną walizką i nieco chytrym uśmieszkiem na twarzy.

- Tylko na te z senatorami, a największą rozrywką są rozmowy o polityce przy lampce wina. – odparła z rozbawieniem i usiadła obok mnie na kanapie. – Może ty też powinnaś się rozerwać, jesteś jakaś spięta ostatnimi czasy.

Westchnęłam tylko ciężko i oparłam łokcie na kolanach odwracając wzrok. Z jednej strony chciałam jej o wszystkim opowiedzieć, wyrzucić to z siebie. Ale jednak wydawało mi się to nieco głupie. Kto przychodzi żalić się z powodu złych snów i zjawisk, których nie potrafię wytłumaczyć?

- Mam koszmary. Już od dawna. – odparłam, decydując się jednak na wyrzucenie z siebie wszystkiego co mnie dręczyło. – Poza tym widziałaś, co zrobiłam z tą poduszką u dziadków. W dodatku wczoraj omal nie stłukłam talerza, a w szkole zrzuciłam „Wielką Wojnę Galaktyczną” ze ściany. Nie wiem o co chodzi.

Mama przez jakiś moment gapiła się na mnie z szeroko otwartymi oczami, także musiałam ją nieco zaskoczyć. Nie dziwię się, ja na jej miejscu uznałabym siebie za nienormalną.

- Postaram się pomóc. – odparła po chwili zastanowienia na co uniosłam brwi. W jaki sposób chciała to niby zrobić? Chyba zabrać mnie do psychiatry, no bo co innego.

Potaknęłam ze zrozumieniem, chociaż w ogóle nie wierzyłam, że zrobi coś co naprawdę mi pomoże. No ale dobra.

- Muszę już lecieć, bądź grzeczna. – rzekła na sam koniec, wstała pośpiesznie z kanapy, poczochrała mi włosy, poczym wyszła, trzymając w ręce swój bagaż. Super. Uwielbiam być sama w domu, zwłaszcza, gdy nie wiem co jest ze mną grane.

Wyszłam akurat z mieszkania, gdyż nie wiadomo po co i na co zachciało mi się gdzieś pójść. Tak po prostu, na spacer albo coś. Zawsze ilekroć szłam przez wielkie korytarze Świątyni, czułam się jak intruz, serio. Wszędzie mijałam Jedi. Prawdziwych, a ja byłam… zwykła. Nie pasowałam tam i prawdę mówiąc, chciałabym mieszkać gdzieś indziej, od zawsze to powtarzam. Ale jeszcze się stąd wyniosę, na pewno. Tak na marginesie to się dziwię, że po moim urodzeniu nie wywalono moich rodziców na zbity pysk. Mamie pozwolono o dziwo działać w Senacie, a ojciec pomimo tego, że złamał obowiązujący go celibat i się chajtnął, a jeszcze potem spłodził dzieciaka, dalej może robić swoje. Ja bym już dawno kazała mu się wynieść, ale co tam.

Poczułam, że ktoś chwycił mnie za ramię i odwraca w swoją stronę. Ujrzałam przed sobą Obi-Wana – wielkiego rycerza Jedi, którego nazywałam wujem. Miał na sobie beżowe szaty, a przy skórzanym pasie wisiał miecz świetlny. Minę miał jak zwykle radosną, a siwiejące już włosy i broda, które jeszcze prezentowały swój naturalny jasny kolor, wskazywały na jego siłę doświadczenia.

- Hugo, idziemy do szpitala. – powiedział z szerokim uśmiechem na ustach, a ja się aż wzdrygnęłam. Co? Dlaczego? I co jest w tym takiego zabawnego?

- Po co? – zapytałam podejrzliwie i spojrzałam prosto w jego błękitne oczy, które również się śmiały. Często zazdroszczę mu tej radości, serio. Tylko nie rozumiałam czemu on chce iść do tego strasznego miejsca. – Coś się stało?

- Tak.

- Co takiego? – posłałam mu spojrzenie spode łba. Nic nie rozumiałam z tej gadaniny.

- Zobaczysz jak tam przyjdziemy. Choć. – ruszył przed siebie szybkim krokiem, a ja wzniosłam oczy ku niebu. Rzeczywiście, szpital to miejsce zdecydowanie pełne niespodzianek. A on się cieszy, no nie czaję.

 

Nie podobało mi się to. Ani trochę. No ja się pytam, po co to wszystko. Serio, nie rozumiałam co ten Obi-Wan znowu wymyślił, to było jakieś dziwne. Siedziałam na taborecie w jakiejś sali w szpitalu. Jak zwykle była w morsko-zielonym kolorze jak na to miejsce przystało. Po mojej lewej stronie stała zasłona, która chyba nosi nazwę abażuru, a przynajmniej tak mi się wydawało, a po prawej na stole umieszczone były w specjalnych pojemniczkach probówki z krwią pacjentów. Zaledwie przed chwilą dowiedziałam się, że moja do nich za chwilę dołączy, a w tej chwili stacjonujący tu robot medyczny zajmował się przygotowaniem mojej ręki i w ogóle do zbliżającego się zabiegu. Serce waliło mi jak młotem, tylko tyle powiem.

- Myślałam, że mam dobrą krew, nie rozumiem dlaczego tu jesteśmy. – powiedziałam z lekkim przerażeniem, kiedy droid zbliżył strzykawkę do mojej ręki. To było straszne, igła jest najgorszą rzeczą na świecie.

- Boisz się pobierać krew? – wujaszek spojrzał na z rozbawieniem, jakbym była jakimś małym dzieckiem, ale mnie tam wcale nie było do śmiechu, myślałam, że zemdleję. – Annica, przecież to nie boli.

„Ta-a, jasne.”

- Powiesz mi w końcu o co tyle zachodu? – spytałam, odwracając wzrok, kiedy medyk wbił mi igłę w skórę, a ja aż się skrzywiłam. – Au, bądźże bardziej delikatny!

- Prze-pra-szam. – odparł beznamiętnym tonem robot, nie odrywając wzroku od swojej pracy. Uwielbiam je, serio, jakby to żywe istoty nie mogły pełnić tych stanowisk. Nie cierpię tych blaszaków, jeszcze chwila i nas przegonią w rozwoju.

- Kiedy dostanę wynik? – zapytał Obi-Wan „lekarza”, a ten tylko wymamrotał, że za parę minut. Oczywiście mojego wuja całkowicie to zadowoliło, ale mnie ogarnęło zdumienie, że tak szybko. Czemu? On ma tu wtyki i to załatwił, na pewno, pytanie tylko po co. Nie mogłam tego rozgryźć. Nie miałam pojęcia jaki był tego wszystkiego sens, ale wiedziałam, że skoro Obi-Wan coś robi, to nie robi tego bezcelowo. W końcu się tego dowiem. Przez moment przeszło mi przez myśl, że może mama z nim rozmawiała na temat moich koszmarów i tak dalej. Tylko co to ma wspólnego z krwią? Chyba żaden, nie wiem czemu ja się na tym zastanawiam.

 

„Do jasnej cholewki, co do licha ciężkiego, na litość i do pioruna to ma znaczyć?! Wyście są wszyscy nienormalni, padło wam coś na mózg, idźcie się leczyć!”

- Oszalałeś! Normalnie oszalałeś!

- Hugo, weź się opanuj, bardzo cię proszę.

- Zgłupieliście do reszty, wszyscy jak jeden!

- Annica, pół tonu niżej jeśli łaska.

- To jest chore, jak mogliście do czegoś takiego dopuścić?!

- Anni…

- Nie przewidziałeś tego? Powinieneś to przewidzieć!

- Dziecko, daj mi dokończyć.

- Idioci z was, nic więcej!

- STUL DZIÓB!!

Okej. Dopiero po tych dość znaczących słowach zdecydowałam się rzeczywiście… stulić dziób. Nie wiedziałam, że Obi-Wan ma takie słowa w swoim języku. Zawsze tylko „spokojnie, spokojnie…”, a teraz przez chwilę go nie poznałam.

Oparłam ręce na biodrach i posłałam mu mordercze spojrzenie. Byłam wściekła. Na wszystkich, dosłownie, nawet na Rose za to, że nie pomogła mi na ostatniej kartkówce. Już dawno nie czułam w sobie czegoś takiego, miałam wrażenie, że jestem w stanie komuś rozkwasić nos i nie tylko. Połamałabym mu każdą kość, powykręcała stawy i wytargała żyły. Złość to naprawdę mało powiedziane, przez ten moment czułam nienawiść.

- Siadaj. – powiedział wujek stanowczym tonem, wskazując na kanapę w naszym salonie, z której kilka chwil temu poderwałam się jak poparzona. Byłam u siebie w domu, ale teraz miałam ochotę całkowicie to miejsce zdemolować i stąd uciec. – Wytłumaczę ci to jeszcze raz, bo chyba nie do końca się rozumiemy.

Wykonałam jego polecenie. Mniej czy bardziej posłusznie, ale jednak, a to był już jakiś postęp. Jakbym chciała, mogłabym rzucić tym jego monitorkiem, który ze sobą przyniósł o ziemię z wielkim trzaskiem i pójść do swojego pokoju. I najchętniej tak bym zrobiła.

- Chciałem zrobić ci te badanie, żeby przekonać się co do moich obaw. – zaczął Obi-Wan spokojnie, kiedy wypuścił już kilka razy powietrze z płuc, by nie dać się ponieść. On to jednak jest człowiekiem ze stali. – Widzisz te liczby?

Niechętnie spojrzałam na ekran monitora, który był ustawiony na stoliku do kawy. Tak jakby koło klawiaturo podobnych przycisków została umieszczona probówka z czerwonym płynem, dzięki której na ekranie pojawiło się masę odczytów. Między innymi te cyferki, o które chodziło mistrzowi Kenobiemu.

- Tak, dziesięć tysięcy, mówiłeś to już. – odrzekłam ze zniecierpliwieniem, mając już tego po dziury w uszach. Jeszcze chwila, a komuś stanie się krzywda.

- Powoli, masz to wszystko zrozumieć. – powiedział łagodnie, zupełnie nie przejmując się moim gniewem. W normalny dzień bym go za to podziwiała, ale nie teraz. W tej chwili bym go trzepnęła. – To liczba midichlorianów, które znajdują się w twoim organizmie. Żyjesz z nimi w symbiozie i to one pozwalają ci…

- Midi-co?

- Midochloriany. Na litość Mocy, Annica! – przepraszam, ale czy to nie on przed chwilą kazał mi się uspokoić? Jak widać nawet taką osobę jak mój wuj ponoszą nerwy. Zaczerpnął głęboko powietrze i znowu kontynuował. – No właśnie, Moc. Dzięki nim ją odczuwasz.

Uniosłam w niedowierzaniu brwi i prychnęłam. Miałam wrażenie, że gadam z jakimś dziwakiem z zakładu psychiatrycznego. Ja i Moc, no błagam, to absurd… A jednak.

- Wszystkie te zjawiska, które ostatnio wywołałaś, to przez nią. Teraz się w tobie obudziła i jak widać nie daje ci spokoju. – dodał i spojrzał mi prosto w oczy, w których dojrzał pewnie swoją zbliżającą się zagładę. Nie wytrzymam…

- Dlaczego tak późno? – wysyczałam przez zęby i zgromiłam go wzrokiem, aż musiał się odwrócić.

- Nie poddaliśmy cię treningowi, to mogłoby źle się skończyć biorąc pod uwagę to, że byłabyś wychowywana przez rodziców. – powiedział powoli, jakby chciał, żebym zarejestrowała w swoim umyśle każde jego słowo. – A uwierz mi, oni nie oddaliby cię nam tak po prostu.

„Kocham świat, miłuję każdą istotę żyjącą, lalala…”

- Niczego nie rozumiem. Skąd to coś się bierze?

Obi-Wan powtórnie obdarzył mnie spojrzeniem, a jego kąciki ust odrobinę się podniosły. Pewnie tak na zachętę. Super.

- Midichloriany są w każdym z nas. Bez względu na to czy jesteśmy Jedi, czy nie. U jednych po prostu jest ich zbyt mało, by mogli być wrażliwi na Moc. Ale jeśli jest ich duża liczba, są wcielani do Zakonu. Ty swoją akurat odziedziczyłaś, jeśli twoim ojcem byłby zwykły farmer wilgoci, przypuszczam, że dzisiaj nie rozmawialibyśmy na ten temat. – rzekł ze swobodą w głosie, jakby przestał się już wszystkim przejmować. -  Oczywiście liczba twoich midichlorianów jest mniejsza niż Anakina, ale wystarczająco wysoka, byś mogła…

- Znowu wszystko przez niego, nienawidzę was. – przerwałam jego wyjaśnienia i założyłam ręce na piersi, a Obi-Wan tylko cicho się zaśmiał. Jego to bawi? To wręcz smutne. – O co chodzi z tym zagrożeniem, o którym wcześniej wspomniałeś?

No właśnie, tej kwestii również nie ogarniałam. Nie szkolili mnie, bo co?

- Hugo, kiedy w dziecku odkrywa się potencjał, w jego wczesnym dzieciństwie zabiera się je od rodziny i przywozi do Świątyni. Przez to, że nie ma osobistej więzi z bliskimi, pozbywa się uczuć osobistych, które w innym wypadku mogłyby doprowadzić je do ścieżki na Ciemną Stronę, rozumiesz?

Uniosłam w zdumieniu brwi. No tego nie wiedziałam.

- Nie pamiętasz swoich rodziców? W ogóle? – zapytałam zdziwiona i poczułam, że ta złość tak jakby trochę ze mnie zeszła. Przecież to okropne o czym on teraz mówi, jak można tak postępować z małymi dziećmi?

- Nie no, pamiętam swojego brata. Tak trochę. – po tych słowach na jego ustach pojawił się uśmiech, zupełnie tak, jak gdyby w ogóle się tym nie przejmował. A może właśnie o to chodzi. Zero uczuć. – Posłuchaj, Rada początkowo wahała się z decyzją co z tobą zrobić, byłabyś niezłym ogniwem w naszych szeregach, ale jak już wcześniej powiedziałem, twoi rodzice namieszali do tego stopnia, że woleli nie ryzykować.

Ja mocnym ogniwem? Chyba ich pogrzało. No ale w porządku, chyba nawet lepiej, że tak się stało. Pozostawała jeszcze tylko jedna rzecz.

- To co teraz będzie? Ta cała Moc jest niebezpieczna, o mało nie zrzuciłam takiej dziewczyny ze schodów. – powiedziałam, a Obi-Wan się roześmiał.

- Nie jest niebezpieczna, moja droga, wręcz przeciwnie, jest bardzo pomocna. – odparł z zadowoleniem i dźwignął się z kanapy, poczym podszedł do okna i zapatrzył się na zabarwiony na pomarańczowo przez zachód słońca horyzont. – Nauczysz się ją wykorzystywać, żeby nie sprawiała ci kłopotów.

Coo? O mamo, nie, ja nie chcę. Mam… ćwiczyć? Ledwo wyrabiam w szkole, mam do zaliczenia dwa sprawdziany, czy nikt nie weźmie tego pod uwagę? Nie, bo kogo to obchodzi.

- Opowiesz mi swoje sny? – zapytał po chwili wujaszek, gładząc swoje siwe wąsy. Uniosłam brwi, jak to, jeszcze nie koniec?

- To ma związek z tymi Mitochondriami?

Obi-Wan pokiwał głową, a przy okazji poprawił moje niewłaściwe określenie tego dziwnego czegoś, które podobno mam w sobie. Świetnie.

- Jeśli Jedi ma ich około dziesięciu tysięcy, tak jak ty, możliwe są sny i wizje przyszłości. Nie zdziwiłbym się, gdyby tak było w twoim przypadku.

 

***

- Weź, zasłaniasz mi słońce. – powiedziałam do tajemniczej osoby, która właśnie stworzyła cień nad moją głową. Nawet nie otworzyłam oczu, żeby sprawdzić kto to, nie bardzo mnie to interesowało.

Leżałyśmy razem z Rose na trawie tuż za budynkiem szkoły. Uwielbiałam to miejsce, a dyrekcja wpadła na genialny pomysł, żeby ową trawę tu zasiać (nie ma to jak żyć na planecie, która jest jednym wielkim miastem). Kiedy jest ciepło, wszyscy się tu wylegujemy i chwytamy promienie słońca. Teraz było podobnie, tyle że był wu ef. A my tak jakby zrobiłyśmy sobie przerwę. Tuż koło nas znajdowała się bieżna do skoku w dal wraz z przygotowaną piaskownicą. Na jej drugim końcu stał szereg dziewcząt, a za nimi chłopaków, którzy przygotowywali się do oddania skoku i zdobycia pozytywnej oceny. Mnie to prawdę mówiąc mało co obchodziło, nigdy nie przepadałam za tą dyscypliną, tak więc wolałam się nie udzielać. Zostałabym jedynie wyśmiana za jakże krótką odległość, ale co tam.

- Czemu nie skaczecie? – zapytał cień, a ja otworzyłam jedno oko i zobaczyłam nad sobą roześmianą twarz mojego przyjaciela, trzymającego w ręku grabie. Co on robi? – Ruszcie się, trochę sportu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Kiedy zakręcił tymi grabiami jak mieczem świetlnym myślałam, że zaraz mi nimi przywali. Rose jak widać nie spieszyło się do wykonania jego polecenia – przeciągnęła się i ułożyła ręce pod głową robiąc z nich coś w rodzaju poduszki. Nawet nie podniosła na niego wzroku.

- Daj spokój, lepiej zajmij się grabieniem piasku, zaraz Neko będzie miała swoją próbę. – odparłam i wskazałam w kierunku Togrutanki, która już przymierzała się do skoku. Chwilę później nauczycielka dała jej znak i Neko ruszyła sprintem po bieżni, a jej biało-niebieskie głowoogony skakały pod wpływem pędu. Niedługo potem odbiła się mocno od deski i pofrunęła do piaskownicy, lądując na całkiem przyzwoitym czwartym metrze. Jack natomiast szybko zabrał się do sprzątania, by następna zawodniczka mogła się sprawdzić.

- Idziemy po szkole na lody? – zagadnęła moja ruda kumpela, a ja odwróciłam na nią zaskoczony wzrok. Ona, wzorowa uczennica, poświęcająca każdą wolną chwilę na naukę, chce iść do kawiarni. Nigdy wcześniej się to nie zdarzało, zawsze miałam spory problem, by gdzieś ją wyciągnąć, a tu proszę.

- Nie mogę, obiecałam mamie, że popilnuję dzieci kiedy ona pójdzie do Senatu. – odparłam, na co doczekałam się jedynie cichego westchnięcia.

- Może ci pomogę? – zaproponowała i oparła się na łokciach. – Lubię twoje… właściwie nie wiem jak to nazwać. Kim one dla ciebie są?

- Kedi i Maxil to dzieci jednej z moich kuzynek. – wytłumaczyłam, a Rose potaknęła ze zrozumieniem. No właśnie, te dwa słodkie bachory pojawiły się w moim domu kilka dni temu na czas „wakacji u cioci”. Są głośniejsze niż się spodziewałam. – Jak chcesz się wykończyć to zapraszam. Od razu po lekcjach.

- Mogę też? – wtrącił się niespodziewanie Jack, któremu właśnie w tym momencie kolejna skacząca laska sypnęła piachem w oczy. – Uwielbiam… małe dzieci…

Roześmiałam się na cały głos, że co? Czy mam rozumieć, że zamierza spędzić całe popołudnie na bazgraniu pisakami i oglądaniu kolorowych książeczek, zamiast grać w nogę? Okej, mniej roboty dla mnie.

- Spoko. Ale wiesz…

- Ej!!! – po mojej prawej rozległ się złowieszczy ryk pani z wu efu. Nie, poprawka. To sierżant, nie nauczyciel. Zawsze wrzeszczy i zachowuje się jakbyśmy byli w wojsku. A kiedy robimy coś, co nie jest po jej myśli, dwieście pompek za karę. Wolałam nie oglądać się w jej stronę mając nadzieję, że nie powie zaraz „Skajsoker, do dyrektora.” – Rose, ty ruda wiewióro, czego się byczysz?!

Oczy mojej wiewióry otworzyły się tak szeroko, że omal nie wypadły jej z orbit, a mnie samej serce wskoczyło do gardła. Świetnie, tylko tego brakowało. Podczas gdy ja kombinowałam jak tylko się dało, by się z tego jakoś wywinąć, Romeo chichotał pod nosem grabiąc piasek. Jego mina mówiła tyle: znów miałem rację.

- Już idę, generale! – zawołała Rose i zerwała się na równe nogi, ciągnąc mnie przy okazji za sobą. Opierałam się ze wszystkich sił, żeby nie zbliżać się do tego wysportowanego potwora jakim była pani Norei, ale argument mojej przyjaciółki, że nie ma zamiaru mieć dwójki na świadectwie odrobinę mnie przekonał.

- Dalej, Skajmoper, chcę zobaczyć twój skok! – rzekła pani Norei z nic dobrego nie mówiącym uśmieszkiem na twarzy. W dodatku klepnęła mnie w plecy tak mocno, że omal się nie wywaliłam, wypychając mnie tym na sam przód kolejki. Obróciłam się jeszcze raz w stronę mojej nauczycielki, na której twarzy malowała się żądza mordu na mnie za wylegiwanie się na jej lekcjach. Była człowiekiem, tak jak ja czy moi przyjaciele, choć w tym momencie w ogóle tak nie wyglądała. Jej kilka zmarszczek na policzkach i czole jakby się pogłębiły, rozbudowane mięśnie ramion napięły się, jak gdyby zaraz zamierzała zrobić komuś krzywdę, a jej czarne niczym smoła włosy falowały na wietrze, przez co sprawiała wrażenie bycia wyszkolonym wojownikiem o wieloletnim stażu. W dodatku oczy jej płonęły gniewem, dlatego też wolałam się odwrócić.

Stanęłam na „starcie” i poczułam w sobie coś dziwnego. Zaraz tam pobiegnę z szybkością światła, odbiję się, wierzgnę nogami i spadnę wystarczająco blisko, by dostać kapę. Łał, ale się wygłupię. Wiedziałam, że wszyscy się na mnie gapią, pani Norei, odkąd tylko przyszłam do tej szkoły, wymyśla mi coraz to nowsze wyzwania, które nie zawsze uda mi się wykonać. Ostatnio na przykład kazała mi dźwigać dziesięciokilogramową sztangę, która o mało mnie nie zabiła. Dosłownie, a wszyscy oczywiście rzucili mi się na pomoc, kiedy ta na mnie spadła, ale nikt jej nie podniósł. Okej, teraz miałam skakać w dal, a Jack pokiwał mi za znak, że piasek został dla mnie przygotowany. Wzięłam głęboki wdech i przyjęłam pozycję, zanim nauczycielka zagwizdała, co oznaczało, że mogłam wystartować. Nie cierpiałam tego robić, nigdy nie byłam w tym dobra, w dodatku już po jednej próbie miałam w butach pełno piachu. Nie wiem o czym myślałam podczas biegu, chyba o tym, że pani Norei zbeszta mnie jak tylko wyląduję. Przebierałam nogami najszybciej jak umiałam, wzrok skupiłam na piaskownicy, nie widziałam nic prócz tego. Doszło do mnie, że zbliżałam się do końca bieżni i przypomniałam sobie słowa naszego generała: NIE – ZWAL – NIAĆ, – BO – LA – NIE!!!! Tak, te parę sylab zmotywowało mnie, żeby dodać gazu. I wtedy znowu poczułam przypływ energii, ten sam co zawsze, choć często bezwarunkowy. Nie panowałam nad tym. Jeszcze. Nie wiedziałam kiedy, ale z całej siły odbiłam się z którejś nogi, leciałam przez jakiś moment i dopiero po kilku sekundach zorientowałam się, że leżę twarzą w piasku, z nogami uniesionymi do góry. Dźwignęłam głowę i otarłam twarz, a obok siebie zauważyłam kilka dziewczyn rasy Twi’lek, których wcześniej nie widziałam. Wszystkie miały zielony odcień skóry i każdej z tyłu głowy wyrosły dwa głowoogony. W dodatku miały te same koszulki do ćwiczeń w żółtej barwie, więc chyba się kolegowały. Teraz mierzyły mi odległość, a Jack stał z grabiami w ręku i rozdziawionymi ustami, jakby nie wierzył w to, co przed chwilą zobaczył. No właśnie, mój skok. Spojrzałam za siebie i oczy omal nie wyleciały mi z orbit – leżałam niemal na samym końcu tej zakichanej piaskownicy, co jeszcze nigdy w życiu mi się nie przytrafiło.

- Yyy, ja… – wyjąkałam, by jakoś się usprawiedliwić, że to pod wpływem Mocy zrobiłam taki wyczyn, ale nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, gdyż w paradę weszła moja ukochana pani z wuefu. Jej mina mówiła tyle: w nagrodę dostaniesz sto przysiadów do zrobienia.

- No, no, no, Annica pokazała, że jej nogi to sprężyny! – rzekła z aż dziwną radością w głowie, poczym przywołała całą resztę uczniów, żeby sobie popatrzyli. Cóż, dopiero teraz zorientowałam się, że ona stała tuż koło przerażonego Romea. I jeszcze jedno: nie nazwała mnie Skajloperem, Skajkopierem, czy nawet Skajduperem. I to było jeszcze bardziej straszne niż sam jej śmiech.

- Jak ty to zrobiłaś? – spytał cicho Jack, także pani Norei, która była absolutnie przejęta swoim sukcesem w wyszkoleniu takiego „lekkoatlety” jak JA, w ogóle go nie usłyszała. – Mówiłaś, że skaczesz równie dobrze jak pijany próbujący chodzić.

No tak, bo rzeczywiście tak zawsze było. Dzisiaj zdarzył się nieprzewidziany wypadek i tyle. Kiedy Twi’lekańskie dziewczyny w końcu zmierzyły mi metry, podniosłam się z ziemi i nawet nie zdążyłam się otrzepać z piachu, ponieważ nauczycielka porwała mnie w swoje ramiona i zaczęła coś wykrzykiwać, czego chyba nikt nie zrozumiał. Świetnie, zawsze marzyłam, żeby stać się jej ulubienicą. Ale nastrój poprawił mi się, kiedy cała rzesza nastolatków zaczęła wiwatować i z radością wołać moje imię. Czułam się dziwnie, bo nigdy nie znalazłam się w takiej sytuacji. A kiedy Romeo dołączył się do aplauzu, było mi jeszcze lepiej, chyba przestał już rozmyślać, jak to się mogło w ogóle stać, że poleciałam tak daleko. Jakiś chłopak rzekł, że było to ponad pięć metrów, więc czułam się z siebie dumna. Pomyślałam, że muszę opowiedzieć o tym Obi-Wanowi, na pewno będzie się śmiał i…

- Emm, przepraszam, ale… – odezwała się jedna z dziewczyn mierzących odległość, która jako jedyna z nich była człowiekiem i pojawiła się chyba znikąd. Wszyscy zwróciliśmy na nią uwagę. – …wydaje mi się, Annica, że byłaś na spalonym.

Rozdziawiłam usta ze zdziwienia, a reszta stojących za mną nastolatków oraz pani Norei zaczęła coś do siebie pomrukiwać i wymieniać się spojrzeniami. ŻE NIBY CO? Nie no, przecież to Silva, największy kujon klasowy, który z pierwszej ławki ma trudności dojrzeć cokolwiek na tablicę, biorąc pod uwagę jej wadę wzroku i okulary o grubych szkłach, przez które nawet nie było jej widać oczu. Wszyscy nazywają ją Bezoką Silvą. W dodatku nosiła aparat ortodontyczny, w wyniku czego sepleniła, a jej włosy były potargane, jakby właśnie stoczyła ciężki pojedynek z liczbą Pi. Więc jak ona mogła dostrzec, czy przekroczyłam tę deskę, czy nie?

- Jak na spalonym, przecież…

- Z matematycznego punktu widzenia, kąt jaki przyjęłaś podczas lotu nie pozwolił ci odpowiednio ustawić nogi na desce, w dodatku prędkość proporcjonalna do siły wybicia, biorąc do tego przyspieszenie początkowe równe zero oraz przyspieszenie końcowe, a także czas w jakim przebiegłaś dystans o długości…

- Silva! – wrzasnęła nauczycielka, przerywając jej tym samym tą dziwaczną gadkę, z której zrozumiałam jedynie „noga”. No tak, wuefista. – Dwieście brzuszków, już!

Ani się obejrzałam, a moja mało co widząca koleżanka zabrała się za wykonywanie zadania, licząc głośno ilość brzuszków, jakie już zrobiła. Ja w dalszym ciągu gapiłam się na nią jak głupia, można w ogóle mieć taki mózg?

- No, wydaje mi się, że Bezoka ma rację. – odezwała się Coru Gella, najbardziej wysportowana dziewczyna w mojej klasie. Była Twi’ lekanką, tyle że bardzo różniła się od swoich koleżanek. Jej skóra była ciemnoniebieska, a w dodatku miała trzy głowoogony, a nie dwa jak tamte. Była umięśnioną dziewczyną i jeżeli tylko by chciała, zmiażdżyła by mnie na miazgę. – Stałam niedaleko i widziałam twoją próbę.

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Wsypała mnie… Wsypała! Teraz pani Norei zrobi ze mnie swój worek treningowy albo każe mi codziennie myć salę gimnastyczną. Jakby czytała mi w myślach, ponieważ od razu, kiedy Coru Gella wypowiedziała te słowa, sierżantowata nauczycielka pociągnęła mnie za ramię i odwróciła w swoją stronę, a nachylając się ku mnie sprawiła, że moja twarz znalazła się zdecydowanie za blisko jej twarzy. Wyglądała złowrogo, tyle powiem, i chyba miała ochotę mnie zabić.

- Powiedz mi, Skajcioper, o co chodzi w tej dyscyplinie? – wysyczała przez zęby, a ja wstrzymałam oddech. Nie żeby miała nieświeży oddech, w ogóle… Po za tym, serce waliło mi jak szalone, wiedziałam, że ona zamierza doprowadzić mnie do porządku. I zaraz pewnie to zrobi.

- Żeby… – zaczęłam niepewnie starając się za wszelką cenę nie patrzeć w jej zmrużone oczy, które w tym momencie obsypywały mnie błyskawicami. – …oddać jak najlepszy skok.

- I nie być gdzie?

Zastanowiłam się przez chwilę nad jej pytaniem, tak jakby nie zaczaiłam, o co tej babie chodzi.

- Na ławce rezerwowych? – odparłam niepewnie i od razu pożałowałam tych słów. Pani Norei tak jakby wpadła w szał.

- Na SPALONYM, Skajłoker! – wrzasnęła na mnie najgłośniej jak tylko umiała, a ja poczułam się tak, jakby otworzyło na mnie swą paszczę jakieś dzikie zwierzę i jakbym teraz wpatrywała się w sam środek jego gardła. Jej gardła… Wszystko jedno.

Czułam się jak ciamajda, wiedziałam, że wszyscy się na mnie gapią i się śmieją z tego całego cyrku. W dodatku pani Norei wykrzykiwała w moim kierunku jakieś oskarżenia i obelgi tak jak to miała w zwyczaju, kiedy komuś coś nie wyszło tak jak powinno. Na przykład zamiast w bramkę trafił w słupek, na tej samej zasadzie. A ona skrzeczała wystarczająco głośno, żeby uczniowie w budynku szkolnym zaczęli wyglądać przez okna, co też się tam dzieje. Oczywiście niektórzy się chichrali, jedni byli przerażeni i szeptali coś między sobą, a jeszcze inni patrzyli na mnie jak na jakąś ofiarę losu. Jedyne co mnie zaskoczyło (zaraz po tym, że ten komandos jeszcze mi niczego nie złamał) było to, że mniej więcej poprawnie wymówiła moje nazwisko, co jeszcze nigdy się nie zdarzyło.

- Mam dość! – krzyknęłam ile tylko miałam sił w płucach, żeby mój głos zdołał się przebić. Wszyscy momentalnie się uciszyli i wlepili we mnie zaskoczony wzrok. Nawet moja ukochana nauczycielka przestała nawijać, jaka to ze mnie niezdara. Teraz wyglądała na zdziwioną. – Mam dosyć tego, że ciągle traktuje mnie pani jak swojego żołnierzyka, któremu można dać lanie! I nic nie obchodzi mnie ten pieprzony wuef, skoki w dal i brzuszki! Mam po dziury w uszach pani rozkazów, wymysłów, dźwigania sztangi i niepedagogicznego wychowania! I tego jak mnie pani nazywa, bo wcale nie jestem żadnym Skajcioperem!

Skończyłam. Powiedziałam wszystko, co leżało mi na sercu i muszę przyznać, że mi ulżyło. Założyłam ręce na piersi i przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w minę nauczycielki, która nie dawała wiary na to, jak ją oskarżyłam. Przez sekundę była ogłupiała, serio, ale już po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech, a później złowieszczy śmiech, co mnie zdezorientowało. I chyba dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że boisko to jej terytorium i że może tu ze mną robić co chce. Powiedzmy. A kiedy popatrzyła mi prosto w oczy z niebezpiecznie bliskiej odległości, z trudem przełknęłam ślinę. „Świetnie, Annica, znowu robisz, a nie myślisz.”

- Jak ja lubię takich zawodników jak ty, moja droga, dzięki nim mój zawód sprawia mi prawdziwą przyjemność. – powiedziała z rozbawieniem, a mnie przez myśl przeszło, że być może uda mi się wyjść z tego cało. Ale to trwało tylko przez ułamek sekundy. Pani Norei poklepała mnie po ramieniu i pokazała żółte zęby w szerokim uśmiechu. – Trzydzieści okrążeń. – a następnie obrzuciła spojrzeniem pozostałych uczniów, którzy chyba zanadto się rozluźnili przez ten jej krótkotrwały dobry humor. – Chce ktoś jej pomóc?! – zagrzmiała, poczym wbiła wzrok w moją przyjaciółkę, która nieudolnie próbowała skryć się za plecami Jacka. – Rose, wiewióro, wystąp!

 

Nie żebym była zmęczona, ale kiedy patrzyłam na twarz mojej kumpeli, która przybierała barwę zbliżoną do koloru jej włosów, robiło mi się jeszcze bardziej słabo.

- Nie ociągaj się, Skajgłuper, to ma być bieg, a nie spacer! – ponaglił mnie generał, gwiżdżąc mi w dodatku nad uchem tym swoim metalowym śmiercionośnym gwizdkiem. Już momentami nie mogłam, po prostu chciałam zemdleć. Ale ona by mnie oblała wodą i kazała biec dalej, więc wolałam zrobić jeszcze te parę kółek i pokazać jej język.

- Nienawidzę cię. Nienawidzę cię… – powtarzała cicho Rose, która sprawiała wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Uśmiechnęłam się do niej szeroko i klepnęłam ją w plecy, przez co omal nie wytrąciłam jej z równowagi.

- Kupię ci lody, obiecuję. Dostaniesz całą miskę lodów czekoladowych z bitą śmietaną, tak jak lubisz.

Zostaw komentarz więcej...

Life is a highway

przez , 24.mar.2013, w Coruscant

Cześć ;)

Tak więc po długiej przerwie, w końcu udało mi się napisać kolejną część. Mam nadzieję, że będzie okej. Z innej beczki: gratulacje dla Justyny, Gregora, Andersa i Kamila :D

Rozdział 8.

Miałam dosyć. Zniszczył wszystko. Wszystko rozwalił, a teraz tylko czeka, żeby mnie dobić. Co? Co ja takiego zrobiłam? No niech mi to ktoś wytłumaczy, bo ja nic nie rozumiem. I jeszcze ten jego wzrok, którym bez problemu by mnie zamroził, gdyby miał takie zdolności. Nienawidzę tego. Czekałam tylko, aż w końcu zabierze głos i ochrzani mnie przy wszystkich. Byłam na to przygotowana, nawet nie miałam zamiaru dyskutować, chciałam przecież jak najszybciej zakończyć ten wykład, który w dalszym ciągu się nie zaczął. Kwadrans już to trwa, a mnie krew zaczyna zalewać.

Siedzieliśmy w wielkiej jadalni przy okrągłym stole, który był w pełni przygotowany do podania posiłku. Porcelanowa zastawa znów olśniewała swoim blaskiem, a wyczyszczone dokładnie drewniane meble odbijały promienie słońca, które wpadały przez okna do wnętrza pomieszczenia. Nic mnie to jednak nie obchodziło, nawet to, że z kuchni dobiegał zapach pysznego jedzenia. Nie byłam głodna. Apetyt odbierała mi twarz, na którą się gapiłam. Próbowałam wygrać tę walkę na spojrzenia, ale wydawało mi się, że jestem w tym równie beznadziejna jak w liczeniu zadań na stężenie procentowe.

Jack, Rose i Mike, którzy niestety również mieli tę przyjemność w drętwieniu tyłka razem z nami, nawet nie odważyli się podnieść wzroku.

„Nie boję się ciebie, tato, znam cię jak własną kieszeń.”

Nic nie zrobi, najwyżej się wydrze. A te jego groźby, że urwie mi głowę, to jego częste słowa. Może i był Jedi, zbyt nerwowym i nieumiejącym powstrzymać swojego temperamentu, ale jeśli chodzi o mnie, to nie kiwnie nawet palcem. Byłam tego pewna, już często zdarzało mu się rozwalić coś w domu, gdy kłócił się z matką, ale na mnie w życiu ręki nie podniósł. I tym razem też tego nie zrobi.

Szkoda tylko, że moi znajomi będą musieli oglądać ten cyrk, jak prawi mi wykład albo, co gorsza, podnosi głos. Okej, ważne tylko, by im się nie dostało. A jeśli tak się wydarzy, to stanę za nimi murem.

- Annie, daj już spokój. – powiedziała mama, gdy tylko weszła do jadalni, niosąc w rękach srebrną wazę z jakimś daniem. Annie, tak? W tym momencie wcale nie wyglądał tak niewinnie jak brzmi to zdrobnienie, raczej jakby chciał nas wszystkich udusić. – Nic się nie stało, odpuść wreszcie.

A co właściwie miałoby się stać, co? Zastanawiało mnie jedynie to, co skłoniło mamę by stanąć po mojej stronie, musiała być w mega dobrym humorze. Albo chciała naprawić atmosferę, którą jak widać zepsułam.

- Odpuścić? – zapytał pełnym gniewu głosem, nie wierząc w to co usłyszał. Ja nie mogę, od kiedy on jest taki zapobiegawczy? Jak widać w pale mu się nie mieściło, że jego żona nie broniła jego zdania i bardzo dobrze, że tak się stało. – Padme, oni się mogli pozabijać.

- Miałam wszystko pod kontrolą! – odezwałam się z wyrzutem, gdy w końcu nie wytrzymałam. Nie będzie tu ze mnie robić ofermy, która nie umie o siebie zadbać, dobrze wiedziałam, co robię.

Spojrzał na mnie swoim lodowatym wzrokiem mówiącym tyle, że mam się zamknąć, ale ja nie miałam zamiaru odpuścić. Już nie, teraz chciałam wyjść na swoje.

- O co ci w ogóle chodzi, nie robiłam tego pierwszy raz! – dodałam, czując że rośnie mi ciśnienie. To wszystko było bez sensu, nie rozumiałam o co tyle zachodu.

- O to, że w silniku była usterka, a gdybyś dała zbyt wielką moc doszłoby do samozapłonu i rozlecielibyście się w drobny pył. – odparł nieco spokojniejszym tonem, choć w dalszym ciągu nie brzmiał tak, jak brzmieć powinien. Poza tym, dalej tak na mnie surowo patrzył. – Ale przecież ty to przewidziałaś, bo jesteś jak zwykle najmądrzejsza.

Prychnęłam. Jaka znowu usterka, do licha? Nie było żadnej usterki, niech mi tu kitu nie wmawia, Jedi jeden.

- Dziadek mi pozwolił.

Okej, to była najżałośniejsza forma obrony, jaką mogłam wymyśleć, przyznaję. Ale nic lepszego nie przychodziło mi w tej chwili do głowy, poza tym to była prawda. I coś mi tu nie pasowało. Ruwee nigdy nie pozwoliłby nikomu wsiąść do zepsutego śmigacza, po prostu nigdy. A mnie powiedział: „Pewnie, dziecko, idź i baw się dobrze.” A może zapomniał? Cóż, póki co nie miałam zamiaru się nad tym zastanawiać, bo tym, jak na twarzy tego rozzłoszczonego człowieka pojawiło się zdziwienie, nie kumałam już zupełnie niczego.

- Jaki dziadek? – zapytał z dezorientacją, a ja załamałam ręce. No człowieku, no! Kątem oka spojrzałam na znajomych, którzy już odważyli się podnieść głowy, choć sądząc po ich minach nie mieli ochoty włączać się do rozmowy. A szkoda, moglibyśmy urządzić wielką dyskusję.

- A znasz jakiegoś innego, który mieszka w tym domu? – odpyskowałam, a na jego twarzy w dalszym ciągu panowało zdziwienie. Co go tak zaskoczyło? Chyba to, że jego teść wpuścił mnie do maszyny zagłady. No świetnie, zaraz pokłóci się z wszystkimi domownikami.

- Przecież on dał ten pojazd do naprawy. – powiedziała z niecierpliwością matka, opierając się na łokciu, kiedy wreszcie udało jej się zasiąść do stołu. Przyniosła już chyba wszystkie potrawy i zapewne chciała rozpocząć konsumpcję, a nasza rozmowa jak widać jej w tym przeszkadzała. – Uwierz mi, nie jesteś jedyną osobą, która się na tym zna.

- Naprawy? – upewnił się ojciec, a ja wzniosłam oczy ku niebu. Ja nie mogę, co za człowiek. Ile razy można powtarzać? – Czyli silnik był cały?

Matka przewróciła tylko oczami, wyczekując końca tej całej gadki. Ona jak widać nie widziała w niej żadnego sensu i ja całkowicie się z nią zgadzałam. Po co to wszystko, skoro pojazd był w pełni sprawny?

- Tak. – odpowiedziała i popatrzyła mu prosto w oczy, będąc już zirytowaną. Jeszcze chwila i każe mu się zamknąć. – Powiedziałam ci o tym wczoraj, ale ty wolałeś naprawiać kibel zamiast mnie słuchać.

Kibel? Chyba zbyt długo przebywa w moim towarzystwie.

Tata utkwił w niej niedowierzające spojrzenie, a ona założyła ręce na piersi, oczekując aż przyzna się do błędu. Uśmiechnęłam się zadowolona, że tym razem to ja miałam rację. Wszystko jasne – gdyby od początku był przekonany, że nie ma żadnej usterki, do tej całej akcji by nie doszło. Pomylił się, a ja miałam z tego dziką satysfakcję.

„Ha! I komu tu teraz łyso?”

- Acha, to ja może… – zaczął nerwowo, bezskutecznie próbując wymyśleć jakieś sensowne wytłumaczenie. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Ale się upokorzył, normalnie beka. – …pójdę… gdzieś tam.

Odszedł szybko od stołu, wychodząc przez balkonowe drzwi prosto na balkon, gdzie wszystko się zaczęło. Odetchnęłam z zadowoleniem, że odniosłam sukces i wymieniłam się spojrzeniami z przyjaciółmi, którzy nieśmiało unieśli kąciki ust. Biedni, musieli najeść się strachu. Matka natomiast pokręciła głową wzdychając ciężko, dźwigając wieczko wazy z zupą. Wyraz jej twarzy mówił tylko tyle: „Za kogo ja wyszłam, do jasnej?”

- Kto głodny?

 

Postanowiłam zjeść posiłek najszybciej jak tylko to możliwe i wyjść na zewnątrz. Chciałam odbyć rozmowę z człowiekiem, który kilkanaście minut temu omal nie zasztyletował mnie swoim wzrokiem, a teraz zawstydził się do tego stopnia, że przepadł. Prawie, wszyscy dobrze wiedzieliśmy gdzie jest, ale nawet mamie nie chciało się go wołać na jedzenie. Miała go dosyć, czy co? Dziadkowie zachowywali się jak zawsze – Ruwee zagadał wszystkich swoimi historiami z przeszłości, rozbawiając moich kolegów do łez, a Jobal główkowała co też się znowu stało. Ach, że jej się to nigdy nie znudzi.

Gdy tylko przekroczyłam próg i rozejrzałam się na boki dostrzegłam zgubę. Stał dziesięć metrów ode mnie opierając się łokciami o kamienną balustradę, zupełnie jak Jack kiedy podziwialiśmy widoki. Tyle że teraz to ja miałam ochotę go opieprzyć i zaraz to zrobię.

- Co ty, palisz? – zapytałam, nie wierząc własnym oczom. Wszystkiego mogłabym się spodziewać, ale nie tego, że zobaczę go w kłębie cuchnącego dymu. Matka już dawno wywaliłaby go na zbity pysk. Nie no, mój ojciec zaczyna głupieć na starość. Podeszłam bliżej, by nikt mnie nie usłyszał, nie chciałam wszczynać awantury. – Weź, zgaś to, chcesz zniszczyć płuca? Wiesz jakie to…

- Annica. – przerwał mi obojętnym tonem, nie odwracając na mnie nawet wzroku. Zamiast tego włożył papierosa do ust i zaciągnął się, podczas gdy ja oddychałam najwolniej jak tylko umiałam, by nie wciągać tego świństwa. Ohyda, co mu w ogóle na mózg padło? – Wydaje mi się, czy to ja powinienem uczyć cię dobrego zachowania?

„Świecisz przykładem, mistrzu, rzeczywiście.”

- Długo to już trwa? – zapytałam, przyglądając mu się uważnie. Miał twarz przepełnioną smutkiem, nie wiedziałam dlaczego. Aż tak przejął się tym śmigaczem? To bez sensu.

Wzruszył tylko ramionami wykonując kolejne pociągnięcie i wypuszczając z siebie tytoniowy dym. Myślałam, że rzygnę.

- Czasem trzeba spuścić z gazu. – odparł beznamiętnie, gapiąc się gdzieś w dal, w stronę pobliskiego lasku. Nie rozumiałam go, coś go dręczyło? Już chciałam o to zapytać, ale wszedł mi w słowo. Super, znowu się niczego nie dowiem. – Bałem się, że coś ci się stanie. Miałem naprawić ten statek jakiś czas temu, nie wybaczyłbym sobie, gdyby przez moje zaniedbanie doszło do czegoś, o czym nawet nie chcę myśleć.

- W porządku, następnym razem sprawdzę silnik. – powiedziałam, żeby już na dobre skończyć ten temat. Nie było sensu dłużej tego ciągnąć. Teraz to ja musiałam doprowadzić go do porządku. – Obiecaj mi, że z tym skończysz.

Obdarzył mnie niezrozumiałym spojrzeniem, jakbym gadała głupoty. „No co? Myślisz, że tylko ty możesz prawić wykłady?”

- Widziałeś kiedykolwiek, jak wyglądają płuca palacza?

- Nie.

- Wykończysz się w końcu, zjarasz od środka. – dodałam, by jakoś na niego wpłynąć. Nie mogłam patrzeć na te pety. – Z własnej woli wpuszczasz do siebie truciznę. To naprawdę nie jest dobre.

- Gadasz jak Obi-Wan.

Co?

- Bo Obi-Wan jest mądry! W przeciwieństwie do ciebie. – odparłam, mając już dosyć tego uparciucha. Ale nawet tym, że powiedziałam, iż jest głupi, nie udało mi się niczego zdziałać. A Obi-Wan przyznałby mi rację. Jest dla mnie jak wuj i ma łeb na karku, bez dwóch zdań by mnie poparł.

- Dziecko, naoglądałaś się za dużo filmów. – odrzekł i po raz któryś z kolei chciał puścić dymka, ale zdążyłam wyrwać mu tę pieprzoną fajkę z ręki. Obdarzył mnie zdziwionym spojrzeniem, po czym wypuścił powoli powietrze z płuc i przysiadł na murku plecami do przezroczystego jeziora. Ja natomiast rozgniotłam to świństwo butem, ja nie mogę, jak można coś takiego brać do ust? – Nie uważasz, że odrobinę przesadzasz? Jeden papieros jeszcze nikogo nie zabił.

Prychnęłam. No jasne, jeden, tak to sobie tłumacz. Od jednego wszystko się zaczyna. Fuj…

- Rób co chcesz, ale jak zdiagnozują ci nowotwór, to nie będę cię odwiedzać w szpitalu.

Myślałam, że te słowa go zabolą, serio. Ale nie, ten zakichany Jedi musiał jedynie postukać się palcem w czoło, dając mi do zrozumienia, że jestem nienormalna. Ach, no nie wytrzymam. Założyłam ręce na piersi i posłałam mu taksujące spojrzenie. Co on sobie myślał?

- Okej, niech ci będzie. Zacznę trenować boks, żeby się wyładować, chcesz też? – powiedział po chwili, a ja pokręciłam tylko przecząco głową. Podczas walenia pięściami od razu straciłabym przytomność, założę się. Ale mimo wszystko byłam zadowolona, miejmy nadzieję, że dotrzyma tej obietnicy. – Lepiej mi powiedz, jak się nazywa ten z czarną czupryną. – rzekł po dłuższej chwili milczenia, a mnie to zdanie całkowicie zbiło z tropu. O co mu chodzi?

- Jack. A co?

To było dziwne, dlaczego o niego pytał? Ech, lepiej nie wiedzieć co on sobie znowu ubzdurał.

- Nic. Po prostu mi kogoś przypomina. – odparł, a mnie ta odpowiedź jakoś nie wystarczała. Było coś jeszcze, widziałam to po jego minie. Spojrzałam na niego pytająco, by wyznał mi całą prawdę. – No jest jakiś taki wystraszony, jakby ujrzał ducha, i w dodatku klei się do ciebie myśląc chyba, że zaraz osłonisz go przed kataklizmem. Facet bez jaj i już.

Roześmiałam się na cały głos. Co proszę? Nie no, miałam rację, przyśniło mu się. I jak on może w ogóle go oceniać? Widział go raz w życiu i już zdążył wyciągnąć wnioski, że mój KOLEGA jest tchórzem. No i właśnie, ja dla niego nic przecież nie znaczę, co za obłęd. No jak tak można! Mężczyźni. Chyba się normalnie obrażę.

- Ważne, że ty jesteś w porządku, panie doskonały. – odparłam z wyrzutem, obróciłam się na pięcie i skierowałam w stronę wejścia do domu. Nie miałam dłużej ochoty przebywać w jego towarzystwie, coś chyba mu się poprzestawiało w głowie i tyle. Postanowiłam wrócić do przyjaciół i spędzić z nimi jeszcze parę chwil zanim wyruszymy w drogę powrotną na Coruscant i do tej szarej nudnej rzeczywistości. No właśnie. Kartkówka z biologii.

Kiedy tylko weszłam do środka zastałam całą trójkę na nogach i gotowych do wyjścia. Nie miałam ochoty wylatywać, wolałabym tu zostać, byłoby przynajmniej co robić, a nie… Skierowaliśmy się do wyjścia, a Jack zbliżył się do mnie, nachylił się do mojego ucha i już chciał coś powiedzieć tak, by nikt inny tego nie słyszał, ale zanim zdążył wydać z siebie choćby najcichszy szept, coś wtargnęło między nas, odstawiając na bezpieczną odległość. I to twardą ręką.

- Przepraszam, ale może raczyłbyś nie naruszać jej przestrzeni osobistej. – powiedział ojciec w stronę mojego kumpla z nadzwyczaj groźną miną, a ja, podobnie jak i on, otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Skąd…

Mrożące krew w żyłach spojrzenie, jakie mój „bohater” posłał czarnowłosemu całe szczęście nie trwało długo. Puścił nas i już po chwili odszedł, a ja zostałam tam stać jak wryta. Szczerze powiedziawszy, jeszcze nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś miał wymalowane na twarzy tak wielkie przerażenie, bo inaczej tego nie można nazwać. Biedny Romeo, wyglądał, jakby właśnie stanęło mu serce. U mnie było wręcz przeciwnie, poczułam nagły przypływ ciepła.

- Dlaczego on to robi?! – krzyknęłam ze złości, czy może raczej rozpaczy i ciężko opadłam na stojące najbliżej mnie krzesło. – Wszystko psuje czegokolwiek się dotknie, co za nieznośny człowiek!

Zamknęłam oczy i wypuściłam powoli powietrze z płuc, by nie zrzucić za chwilę pobliskiego wazonu, w którym umieszczone były świeże kwiaty. Mało brakowało, a matka sprałaby mnie jak nie wiem co. To był prezent dla dziadków na którąś tam rocznicę ślubu, więc miałabym przekichane.

- Annica, wyluzuj się, on miał rację. – odezwał się Jack, z trudem wymawiając słowo „on”, jak gdyby kryło się pod nim przekleństwo, które sam sobie wymyślił. Poza tym głos mu nieco drżał i w dalszym ciągu wyglądał jak przerażony dzieciak.

- Rację? – zapytałam niedowierzając. – Jaką rację? Wtrąca się tam, gdzie nie musi, niech się lepiej zajmie wymachiwaniem mieczem świetlnym.

Byłam zła. Już chyba po raz trzeci w ciągu kilku godzin ktoś zdołał mnie zdenerwować, jak tak dalej pójdzie, to ucieknę z domu.

- Wiesz, rodzice tak mają. – powiedział Mike, a ja przeniosłam na niego spojrzenie. Super, wszyscy przeciwko mnie. – Mama mojej laski zawsze nas podgląda kiedy do niej przychodzę.

„No właśnie, przewrażliwieni i tyle.”

Mama mojej laski.

Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia i wymieniłam się spojrzeniami z Jackiem, który był nie mniej zaskoczony niż ja. Dobrze słyszałam?

- Ty masz dziewczynę? – zapytałam, mając nadzieję, że jednak się przesłyszałam. Rose aż rozdziawiła usta, a na jej twarzy zaskoczenie walczyło o miejsce z żalem. No świetnie. Ponownie przeniosłam wzrok na czarnowłosego, który w dalszym ciągu stał jak otępiały. – Jack, ty mogłeś coś powiedzieć! Myślisz, że zeswatałabym ją z zajętym gościem?!

Tym razem to Mike wybałuszył oczy i wybuchnął śmiechem, a zawiedziona Rose aż się cofnęła o krok. No i super, dzień do bani.

- Rose, jesteś mega dziewczyną, ale… no pomoc twojej koleżanki na nic się nie zda. – powiedział w końcu blondas, patrząc mojej przyjaciółce prosto w oczy. Ona się zaraz rozpłacze to było widać jak na dłoni.

Co za palant.

W pewnym momencie poczułam w sobie nagły przypływ energii. Nie wiem co to było, ale instynktownie zamachnęłam się ręką, a wraz z tym ruchem poduszka, która leżała na sofie w sąsiednim pokoju wzbiła się w powietrze, przeleciała do jadalni i z impetem rąbnęła Mike’a prosto tył głowy. A ten omal nie przewrócił Rudej, lecąc do przodu.

Oczy omal nie wypadły mi z orbit. Co to było do licha? Przypływ energii zniknął równie szybko jak się pojawił, jeszcze parę sekund temu czułam się jakbym mogła góry przenosić, teraz było wręcz odwrotnie – te góry na mnie dosłownie spadły. Chwyciłam się za głowę i odetchnęłam głęboko. Czułam na sobie spojrzenia innych i wcale ich się nie dziwiłam. Ja sama byłam w szoku. Z pokoju obok, a dokładnie to z tego skąd wyleciała poduszka, usłyszałam głos pełen zirytowania.

- Wiedziałem, że tak będzie.

 

Stałam w pustej przestrzeni, która była w czerwonym kolorze. Nie było podłogi, ani ścian czy sufitu. Nie było światła, choć w tym dziwnym miejscu było dosyć jasno. Zrobiłam krok naprzód i poczułam, że moje kończyny mają mały problem, żeby się poruszać. Czułam opór, jakbym stąpała po dnie basenu pełnego przezroczystej wody. Można by raczej rzec, że ta woda była czerwona. Śmierdziało krwią. Koło mojego uda przeleciał wężyk erytrocytów, goniony przez limfocyty. Dlaczego za nimi podążały, skoro nie było bakterii? Biologia. Nie zdziwiłabym się, gdybym zaraz ujrzała łańcuch DNA. Coś chwyciło moje ramię. A raczej ktoś. Odwróciłam głowę i zobaczyłam dziewczynę. Była mojego wzrostu, miała ładną buzię i długie kręcone blond włosy, które sięgały jej do pasa. Miała na sobie różowe bikini w serduszka. Nie, to nie były zwykłe serca, raczej organy pompujące krew w organizmie. Co za bezsens, kto takie coś wymyślił? Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i uniosła dłoń, pokazując mi to, co w niej trzymała.

Oko.

Ludzkie oko o niebieskiej tęczówce. Cofnęłam się odruchowo bojąc się tej dziwaczki. Ona jednak wyciągnęła rękę przed siebie, wręczając mi ten nietypowy podarunek. Oko jednak szybko sturlało się z mojej dłoni i potoczyło się po niewidocznej posadzce. Podążyłam za nim wzrokiem, a kiedy spojrzałam ponownie w stronę dziewczyny, jej już tam nie było. Wokół mnie rozbrzmiała muzyka klasyczna, jakiej czasem słucha mój tata, by się ponabijać z jej wykonawców. Zawsze wtedy poprawia mu się nastrój. Nie znam się na tym ani trochę, ale zauważyłam, że melodia dochodzi z jednego kierunku. Ruszyłam powoli w tamtą stronę, brnąc niczym pod prąd. Po przejściu kilkunastu metrów i wysłuchaniu z pięciu utworów, dostrzegłam przed sobą prostokątny kształt. Szłam dalej, by przekonać się co to takiego, ale gdy tylko do tego dotarłam, od razu pożałowałam. Trumna. Właściwie to dwie trumny, obie solidnie wykonane z czarnego drzewa, ale to ta pierwsza przyprawiła mnie o zawrót głowy. Był w niej mój tata i gdyby nie to drewniane pudło pomyślałabym, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Miał na sobie białe szaty przepasane brązowym pasem, do którego przywieszony był miecz świetlny. Jego dłonie splecione były na brzuchu, a włosy ułożone jak przed superważnym wydarzeniem. Pogrzeb miał być tą chwilą? Po policzku spłynęła mi łza, ale coś mi nie pasowało. W drugiej trumnie leżał kolejny mężczyzna. Równie wystrojony i przyszykowany do ostatniej drogi, ale jego skóra rzeczywiście przypominała nieboszczyka – blada jak tynk, mój ojciec natomiast miał lekkie rumieńce na twarzy, jakby krępował się, że na niego patrzę. Jeszcze raz omiotłam wzrokiem ich obu, lecz w pewnym momencie serce wskoczyło mi do gardła. Po rękach tego drugiego zaczęła sączyć się utleniona krew, a później dostał jakby krwotoku zewnętrznego i właściwie z każdej części jego ciała uciekała nie strużka, lecz strumień czerwonego płynu. Chwilę później ten owy TRUP podniósł na wznak powieki i ujrzałam dwa puste oczodoły, w których powinny znajdować się gałki oczne. Przeraziłam się jeszcze bardziej i od razu przypomniałam sobie o jasnowłosej dziewczynie i o jej dziwacznym prezencie. To było jego oko, tak?

W oddali usłyszałam głos. Coś w rodzaju „Annica, zrobiłam ci śniadanie.”

Zostaw komentarz więcej...

Good Time

przez , 18.lut.2013, w Coruscant

Dobry ;D Po dłuugim spóźnieniu dodaję siódmą część, o której treść miałam pewne obawy. Nie wiedziałam jak to napisać, ale nie było tak źle, mam nadzieję, że wyszło okej. Tydzień ferii zimowych minął, obóz narciarski zaliczony, było git i trzeba wybrać się jeszcze raz, by pojeździć na dwóch deskach :) Oprócz tego kino czeka. I jeszcze jedno: dedyk dla Bujki!

Ciaoo :p

Rozdział 7.

- Jack! – wrzasnęła Rose na całe gardło, zwracając na siebie uwagę wszystkich ludzi przebywających na sali gimnastycznej. Ukryłam tylko twarz w dłoniach, co ona wyprawia? – Annica chce ci powiedzieć, że masz lecieć z nami na Naboo!

Spiorunowałam ją spojrzeniem, ona chyba postradała zmysły. Tak to jest, jak się opowiada o czymś osobistym przyjaciołom – wszystko robią na odwrót. I nie, wcale nie chcę, żeby tam leciał. No, może trochę. Przeniosłam spojrzenie na czarnowłosego, który w tym momencie stał jak kołek na środku boiska i gapił się na nas z wyraźnym rozbawieniem. Zresztą… cała reszta się na nas gapiła i to wszystko przez te rude, niedobre dziewczę!

- Nie słuchaj jej, plecie głupoty. – odparłam, próbując naprawić to, co przed chwilą zepsuła. Rose natomiast bez ustanku prezentowała swój złowieszczy chichot, a ja patrzyłam na nią z pożałowaniem. Ona ma fazę, za chwilę zacznie tu skakać albo tańczyć, założę się.

Duża sala gimnastyczna stanowiła jedno z tych miejsc, w których lubiłam spędzać czas. Mogłam się wyszaleć i mieć nie lada uciechę ze wspólnych gier rozgrywanych ze znajomymi. Dzisiaj jednak byłam skupiona na sylwetce Romea, który biegał za piłką jakby był w żywiole, starając się nie zwracać uwagi na głupawkę mojej przyjaciółki, która w tym momencie chciała zaprezentować swoją zwinność i grację na stojącej za naszymi plecami równoważni. „Ta-a, jak spadniesz, to nie będę cię zbierać z podłogi.”

- Hugo… – zagadała po dłuższej chwili, wyrywając mnie z rozmyśleń. Obejrzałam się przez ramię i dostrzegłam ją, leżącą swobodnie na tej długiej belce, poruszając stopą i co jakiś czas obciągając palce. –  To kiedy zapraszasz go na rodzinny obiad?

Otworzyłam oczy ze zdumienia. Ona żartuje, tak? Nie no, w jej stanie to raczej normalne, że robi sobie kpiny. Bo robi, nie?!

- Znam go dwa dni, poza tym… – odparłam, pomijając już fakt, że w ciągu tych dwóch dni zdążyłam się z nim pokłócić. – …nie chciałabym, żeby spotkał mojego ojca, nie znosi go.

Cóż, po tych słowach moja ruda przyjaciółka omal nie spadła z tej równoważni, a ja już chciałam rzucić jej się na ratunek. „Człowieku, uważaj trochę!”

- Naprawdę? A to dziwne. – dodała, zastanawiając się nad tym głębiej, a ja nawet nie zauważyłam kiedy chłopak, o którym była mowa pojawił się obok mnie. Podniosłam na niego wzrok i zobaczyłam uśmiech na jego spoconej twarzy. Nawet z tymi słonymi kroplami wyglądał…

„Annica, opanuj się.”

- Co z tą wycieczką? – zapytał, patrząc raz na mnie raz na Rose, która dopiero po chwili zauważyła jego obecność. – Jeśli mnie przygarniecie, to pojadę z wami.

Wymieniałam się spojrzeniami z moją przyjaciółką, na której twarzy pojawił triumfalny uśmiech. „Nie tak prędko, moja droga”.

- W porządku. – odparłam, spoglądając powtórnie na Jacka, który już zdawał się być szczęśliwy. – Ale pod warunkiem, że weźmiesz swojego kolegę, z którym dzisiaj szedłeś.

Okej, zadowolenie czarnowłosego zniknęło równie szybko, jak znika posiłek przygotowany przez moją babcię podczas rodzinnego obiadu. Teraz na jego twarzy królowało zdziwienie i po chwili  gapienia się na mnie, obejrzał się przez ramię w stronę boiska, szukając odpowiedniej osoby. Nie widziałam miny Rose ale domyślałam się, jak może wyglądać. Dezorient na całego. No wiem, trochę to dziwne.

- Chcesz zaprosić Mike’a? – zapytał w końcu z niedowierzaniem, a ja nie wiedziałam o co mu chodzi. No chyba nie będzie zazdrosny! Ogarnij się! – Dobra, przekonam go jakoś. Ale niczego nie obiecuję, on straszliwie uparty.

„Nie bardziej niż cała trójka Skywalkerów, uwierz mi.”

 

Można powiedzieć, że byłam mega zadowolona. Zero zmartwień, dobre towarzystwo, ale przede wszystkim udało mi się zrealizować mój „niecny plan”. Siedziałam sobie teraz na kamiennej balustradzie w domu moich dziadków, przyglądając się z dumą mojej rudej przyjaciółce spacerującej poniżej z nowo poznanym chłopakiem, którego Jack ledwo co zdołał namówić na ten wyjazd. Nie ma to jak tłumaczyć się niezliczoną ilością pracy domowej, ale mniejsza o to. Wiedziałam, że oni się dogadają, co dwa mózgi to nie jeden. Zapewne teraz poruszają temat jakichś molekuł czy innych niestworzonych rzeczy, których ja nigdy nie zrozumiem.

- Ładnie tu. – rzekł czarnowłosy, zbliżając się bliżej. Zadowolenie było słyszalne w jegogłosie, więc byłam szczęśliwa, że wycieczka póki co była udana. Oparł się łokciami o kamienny balkon i zapatrzył się na niezwykły widok. Przezroczysta tafla jeziora, piaszczysta plaża, dookoła wysokie drzewa, przyjemny klimat… – ta-a, nie tylko ja mam sentyment do tego miejsca. – Bardzo romantycznie.

Spojrzałam na niego z ukosa i dostrzegłam żartobliwy uśmieszek na jego twarzy. Podobało mu się tu, chciałabym pokazać mu wszystkie miejsca, w których jako dziecko uwielbiałam spędzać czas. Zresztą, dalej uwielbiam. Mogłabym szaleć na tej planecie bez końca, bądź po prostu siedzieć w spokoju, tak jak teraz.

- Chciałbyś. – odparłam i zaśmiałam się sama do siebie. No ale musiałam przyznać, że nastrój rzeczywiście był romantyczny, można byłoby zjeść tu kolację przy świecach, kiedy zapadnie zmrok. – Im to się na pewno podoba. Wyglądają, jakby byli dla siebie stworzeni. – dodałam, wskazując podbródkiem na chodzących brzegiem jeziora nastolatków. Byłam naprawdę szczęśliwa, że Jackowi udało się wyciągnąć Blondasa na ten wyjazd, a Rose powinna być nam wdzięczna. Gdyby nie mój pomysł, ona w życiu by go nie zauważyła. A on jej, znając życie.

- Zrobiłaś to z premedytacją, mam rację? – zapytał Romeo, siadając na balkonie obok mnie. Czułam na sobie jego spojrzenie, jednak nie odwróciłam na niego wzroku. Byłam zapatrzona w niezakłócony spokój panujący na jeziorze. Pokazałam jednak zęby w szerokim uśmiechu i potaknęłam z jeszcze większym zadowoleniem. – Cieszę się, że bawisz się w swatkę, tylko co my będziemy robić, podczas gdy oni będą ze sobą romansować?

Uniosłam w zaskoczeniu brwi i od razu odwróciłam wzrok od cudownego widoku, by obdarzyć chłopaka niezrozumiałym spojrzeniem. Jak to, jemu się nudziło? Cóż, w tym miejscu nie dało się nudzić, na pewno zaraz znajdziemy jakieś ciekawe zajecie. Choć mnie w zupełności wystarczało siedzenie na tej werandzie, ale okej.

- To co chciałbyś robić? – zapytałam, mając nadzieję, że pomoże mi w wymyślaniu rozrywek. Prawdę mówiąc, miałam mnóstwo pomysłów, ale skąd miałam wiedzieć czego on ode mnie oczekuje. Cóż, czarnowłosy jeszcze raz popatrzył na przyszłą zakochaną parę, potem na wodę, a następnie skupił spojrzenie na mojej osobie.

- Pozwolę ci dać się zaskoczyć. – rzekł z szerokim uśmiechem na ustach, machając nogami nad „przepaścią” to do przodu to do tyłu. Jakbym widziała małego chłopca, z którym kiedyś biegałam po całej plaży. Był nawet do niego podobny – mieli takie same włosy w kolorze smoły.

Posłałam Jackowi cwaniackie spojrzenie i zeskoczyłam z marmurowego balkonu. Miałam pewien pomysł, który powinien mu się spodobać. A jak nie, to jest masa innych rzeczy do roboty.

- Lubisz latać?

Romeo zrobił zdezorientowaną minę i odruchowo spojrzał w niebo, na którym – trzeba przyznać – panowały idealne warunki, by wzbić się w powietrze. Oparłam ręce na biodrach i czekałam na odpowiedź, która po prostu musiała być pozytywna, szkoda by tej pogody nie wykorzystać. To był najlepszy plan, na jaki mogłam w tej chwili wpaść. Choć Jack wydawał się być niemało zaskoczony, cały czas gapił się na mnie tępo.

„No co? Chyba nie wolisz pływać!”

Uspokoiło mnie to, że na twarzy chłopaka w końcu pojawił się zadziorny uśmieszek. Ześlizgnął się zgrabnie i podszedł do mnie, a ja byłam już pewna, że mój plan się powiedzie i czeka nas niezły ubaw.

- Dobra, niech będzie, a czym chcesz niby to robić? – zapytał z lekkim niedowierzaniem i wskazał palcem na sklepienie. – Nie widzę tu niczego, co mogłoby nam to umożliwić.

Nie martw się, chłopie, gadasz z właściwą osobą. Poklepałam go tylko po ramieniu i ruszyłam przed siebie, wchodząc z powrotem do budynku. Pojazd nie stanowił tu żadnego problemu, o to nie musi suszyć głowy.

- Choć, zostaw to mnie!

 

Z nadzieją wyczekiwałam jakiegoś rozwinięcia się akcji. Nie wierzyłam własnym oczom, uszom i innym zmysłom, serio. Ja załatwiam rozrywkę, stawiam na dobrą zabawę, a co dostaję w zamian? Myślałam, że będzie ubaw po pachy, że zapamiętam to do końca swojego żywota, a tu proszę – mam do czynienia z jakże przezornym człowiekiem, który ani trochę na takiego nie wygląda. Pocieszałam się jedynie faktem, że te „zakochańce” postanowiły dołączyć do naszej eskapady, nie musiałam znosić tego na osobności.

- Jack, zlituj się. – rzekłam po chwili tępego gapienia się za szybę naszego aktualnie „wynajętego” śmigacza, zastanawiając się, dlaczego nie zaproponowałam mu na przykład robienia babek z piasku. Przecież to dostarczyłoby więcej adrenaliny niż ten żałosny lot, który prowadził czarnowłosy, przezorny młodzieniec.

Odwrócił na mnie zaskoczony wzrok i zmienił bieg. No tak, czego ja też mogę od niego chcieć, przecież leci w zupełności normalnie. Ludzie, nie wytrzymam.

- Przecież chciałaś wzbić się w powietrze, nie rozumiem twojej nagłej zmiany nastroju. – odparł i usadowił się wygodniej w fotelu pilota, co jakiś czas zaglądając do bocznych lusterek, tak jakby podążał za nami cały sznur innych pojazdów. „Tak, na pewno ktoś do nas uderzy!” – Czego ty chcesz, przecież…

- Zatrzymaj się! – krzyknęłam zdesperowana, na co on za wznak pociągnął za ster, powodując, że statek stanął w miejscu. Posłałam mu wrogie spojrzenie i odpięłam pasy bezpieczeństwa, natomiast Jack patrzył na mnie jak na jakąś idiotkę. – Latasz jak baba! Nie wrzuciłeś nawet trzeciego biegu!

Poczułam w sobie rozgoryczenie, nie po to wzięłam ten śmigacz, który miał w dodatku podrasowany silnik, moc koni mechanicznych podwójnie większą niż przeciętnie, żeby wozić się nim jak na jakiejś gali wystawowej! On w ogóle nie umiał się bawić, nigdy chyba tego nie robił. A ci, których niedawno zeswatałam, nie zwracali nawet na mnie uwagi, po prostu zajmowali się sobą, podczas gdy ja walczyłam o rozrywkę, której w tym momencie czułam niedosyt. No tak, przecież wolny do tego stopnia lot w sam raz nadawał się do tego, by prowadzić romantyczne rozmowy. O nie, koniec z tym, inaczej mnie rozniesie!

- Jak baba? – podjął Jack po chwili, świdrując go wzrokiem. Chyba trafiłam w jego czuły punkt, no ale trudno, może zmieni swoje postępowanie. – A ty niby robisz to lepiej? Założę się, że siedziałaś za sterem ze dwa razy w życiu.

Musiałam się roześmiać, tylko bardziej się pogrążał. Chyba zapomniał o fakcie, że mój ojciec jest najlepszym pilotem w galaktyce, a ja jego córunią, którą wszystkiego uczy. A jeśli jeszcze się o tym nie przekonał, to zaraz mu to udowodnię.

- Zamieńmy się. – zaproponowałam i już chwyciłam za ster, by usiąść na jego miejscu, podczas gdy Romeo zajrzał na mnie jak na jakąś dziwaczkę, która postradała zmysły. No co?! Dziewczyna nie może lubić latania? Ja nie mogę, co za człowiek… Już powoli traciłam do niego cierpliwość, ja się chcę dobrze bawić, a on mi to tylko utrudnia, zresztą sobie samemu również. – Puść mnie tam.

- Annica, oszalałaś? Chcesz nas pozabijać? Założę się, że od razu się rozbijesz tak jak wtedy, gdy byłaś dzieckiem.

Że niby co?! Czy ja wyglądam na kogoś, kto nie potrafi dodać gazu? I co to ma być za argument, no błagam. To było dawno temu, niech nie robi tu ze mnie żałosnej pokraki!

- Zaufaj mi, wiem co robię. – odparłam najbardziej spokojnym tonem na jaki było mnie w tej chwili stać. Wiedziałam, że kłócąc się do niczego nie dojdziemy, wiec wolałam załatwić to na luzie. Ale on też musi się w to zaangażować, bo inaczej nic z tego, od razu możemy lądować i wracać do domu. A ja miałam inny plan, chciałam uratować ten dzień i zafundować całej trójce rozrywkę, jakiej jeszcze nie mieli. Tylko żeby ten czarnowłosy uparciuch raczył się zgodzić. Póki co, w dalszym ciągu darzył mnie zaskoczonym spojrzeniem, na co ja załamałam ręce. „Człowieku…”. Ach, zresztą, co ja się będę produkować. – No proszę cię…

Cóż, po dłuższej chwili czekania na jakąś pozytywną odpowiedź, Jack w końcu zgodził się na zamianę miejscami. Pomimo tego, że zrobił to bardzo niechętnie, do mnie od razu wróciła dawna radość. Bez najmniejszego zastanowienia, nie czekając, aż mój pasażer ponownie przypnie się do siedzenia, zmieniłam bieg i pchnęłam ster naprzód, wprawiając śmigacz w ruch. O wiele szybszy niż ten, który kilka minut temu prezentował Romeo. To było jakieś nieporozumienie, należy mu się kilka porządnych lekcji, które chyba mu załatwię. Wepchnęło nas wszystkich w fotele, a z gardeł moich kumpli wydobył się dźwięk zaskoczenia. No jasne, Jack nawet nie przypuszczał takiego początku, a tamta dwójka to już w ogóle. Ta-a, nie ma to jak zagadać się na śmierć.

- Hugo, co ty wyprawiasz?! – wrzasnęła Rose ze zgrozą, a ja tylko uśmiechnęłam się szeroko. „Zaczyna się zabawa”. Z jeszcze większą radością przekręciłam ster powodując, że nasz statek zrobił kołowrotek.

Kręciliśmy się jak w bębnie, a obraz w oczach krążył mi jak szalony. Miałam ubaw po pachy, uwielbiałam to robić. Latanie to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie, mogłabym  pilotować śmigacz non stop. Ojciec zaczął uczyć mnie tych wszystkich sztuczek, gdy tylko skończyłam dziesiąty rok życia, choć matka nie mogła na to patrzeć. Zawsze była temu przeciwna, ciągle gadała tylko: „Czemu nie pokażesz jej tylko jak się skręca, po co jej te dziwactwa?”. No ale tym razem przegrała i bardzo dobrze. Co to za przyjemność latać tylko do przodu i zmieniać kierunek, ewentualnie do tyłu? Bez sensu.

Podczas gdy ja śmiałam się na cały głos, ciesząc się z wykonywanej przeze mnie czynności, moi towarzysze krzyczeli jak głupcy, nie wiedząc co się wyrabia. Nie dziwiłam im się, sama byłabym przerażona, gdyby pojazd niespodziewanie rozpoczął szaloną jazdę. Nie widziałam przed sobą zupełnie nic, wolałam zatem zamknąć oczy i poddać się instynktowi. Lecieliśmy tak przez pewien czas, tnąc powietrze w szalonym kręciołku, aż w końcu przekręciłam ster w drugą stronę i ułożyłam statek w pozycji wyjściowej, poczym zatrzymałam się i poczułam jak rzuca mi żołądkiem. Tak, to dopiero zabawa.

Obejrzałam się przez ramię na tylnie siedzenie, a następnie spojrzałam na Jacka i wybuchłam jeszcze większym śmiechem. Było mi strasznie wesoło i cieszyłam się, że mogłam zabrać ich na tę przygodę, której końca jeszcze nie planowałam. Śmiałam się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłam ich miny, jaka szkoda, że się nie widzieli. Romeo siedział wbity plecami do oparcia, kurczowo trzymając się siedzenia. Jego oczy były szeroko otwarte, podobnie zresztą jak pozostałej dwójki. Ich wystrachane wyrazy twarzy mówiły wszystko. Oni się jeszcze od tego uzależnią, gwarantuję im to, muszą po prostu częściej wybierać się ze mną na wycieczki.

- Annica, jesteś świruską. – powiedział po chwili Jack, nie odrywając przerażonego spojrzenia od przedniej szyby. Rozsiadłam się wygodniej na fotelu i puściłam ster, którym wcześniej operowałam. Kiedy latam, czuję się wolna, lecz teraz trzeba dać sobie odsapnąć. Ale tylko na chwilkę. I jakoś nie przeszkadzało mi to jak mnie nazwał, miał rację i było mi z tym dobrze.

- Jak ty to zrobiłaś? – zapytał Mike, gdy tylko odzyskał władzę nad swoim ciałem. Nachylił się bliżej mnie i z szerokim uśmiechem na twarzy przyjrzał się konsoli śmigacza, której wskaźniki jak na razie stały w bezruchu. No i proszę, już miałam pierwszego zachwyconego lotem, oby tak dalej. Uśmiechnęłam się do niego, nie mogąc doczekać się, aż znowu dodam gazu.

- Poczekaj na dalszy ciąg. – odparłam i mocno ułożyłam dłonie na sterze, by za kilka sekund ruszyć. Uniosłam powoli kadłub statku i przez chwilę nabieraliśmy wysokości w tempie Jacka, który w dalszym ciągu wydawał się być pełen obaw. „Spokojnie, przeżyjesz, obiecuję ci to”.

Spojrzałam przez szybę, by sprawdzić jak wysoko już jesteśmy. Jeżeli ten manewr ma się udać i nie zakończyć się pełną klęską, to muszę być pewna, że jest bezpiecznie. Ziemia jednak kurczyła się coraz bardziej, aż w końcu otoczyły nas puszyste obłoki, a później znalazły się pod nami. Zanim wystartowaliśmy powiedziałam, że niebo jest całkowicie błękitne i niezakłócone, ale w tym momencie to odwołuję. Dopiero nad tymi białymi chmurkami zobaczyłam, co to prawdziwy błękit. Zatrzymałam się i przez chwilę wpatrywałam w ten bezkresny ocean chmur, na których „siedział” nasz pojazd. Teraz byliśmy jak łódka, która przemierzała morską toń.

- Niesamowite. – rzekła Rose z zachwytem, nareszcie się odzywając. Rozumiem, że strach ją opuścił, to bardzo dobrze. W końcu udało mi się znaleźć coś, co jej się spodoba i rzeczywiście – ten widok zapierał dech w piersiach. – I co teraz? – zapytała i nachyliła się do przodu. Przeczesałam ręką włosy i wzięłam głęboki wdech. Teraz nie mogłam niczego zepsuć, jeśli coś pójdzie nie tak, to raczej możemy pożegnać się z życiem.

- Teraz się trzymajcie.

Po tych słowach pchnęłam ster na przód, aż obydwoje zakochanych poleciało do tyłu, a sam statek zanurkował pionowo w dół, przelatując z powrotem „pod powierzchnię wody”. Nabraliśmy wielkiej prędkości, a żołądek wskoczył mi do gardła. Tym razem nie śmiałam się jak poprzednio, choć nie mogłam powstrzymać się od wykrzywienia ust do góry. Musiałam uważać, żeby nie dolecieć do ziemi zbyt blisko, ale dobrze wiedziałam co robić. Pozostała trójka oczywiście darła się jak na największej karuzeli, ale to nawet dobrze, zapamiętają tą przygodę do końca życia. Po kilku sekundowym spadaniu z dodatkowym gazem, uniosłam dziób i przemknęliśmy tuż nad dachem rodzinnego domu mojej matki, lecąc teraz pod pewnym kątem w górę. Zaśmiałam się triumfalnie, że się udało, a moi przyjaciele mi zawtórowali. Nawet Jack, co było niesłychane. Mówiłam? Oni już to lubią, następnym razem pokażę im więcej.

- Annica!

No tak, może nie być następnego razu.

„O mamo, to koniec, już po mnie…”

Zatrzymałam się raptownie, a gdyby nie pasy bezpieczeństwa, już dawno bylibyśmy poza przednią szybą. Chyba nawet wolałabym stracić na parę chwil przytomność, serio.

- O zgrozo. – wyszeptałam i wbiłam spojrzenie w przezroczyste jezioro, które – jak się okazuje – nie było jedynym świadkiem całego widowiska. Wsłuchiwałam się w głos, który właśnie wydobywał się z ukrytego w mojej kieszeni komlinka, kombinując nad najrozsądniejszym wyjściem z tej fatalnej sytuacji. Bez sensu, zginę na miejscu.

- Ląduj w tej chwili albo ci łeb urwę!

Nieźle, takiej groźby z jego ust jeszcze nie słyszałam, aż boję się pomyśleć, co dzieje się tam na dole. Wymieniłam się spojrzeniami z resztą, którzy mieli równie przestraszone miny jak ja. Nie, przepraszam, ja na pewno miałam gorszą. Mam przekichane, dostanę burę, jakiej świat nie widział. Ale skąd on się tu do licha wziął? Już dawno nie słyszałam, żeby tak się wydzierał, to tylko podsycało moje obawy. Świetnie, własny ojciec urwie mi głowę, nie wiem o co mu chodzi, przecież się nie rozbiłam! Leciałam grzecznie jak należy.

- Ile razy mam ci powtarzać?! – wrzasnął po raz któryś, a ja aż się wzdrygnęłam. Usłyszałam w tle jakieś głosy, więc nie był sam na ziemi, mogę zatem liczyć na czyjeś wsparcie. No matka to na sto procent mi nie pomoże. W tym momencie przeszły mi przez głowę jej słowa: „Nie wydziwiaj, bo się zabijesz”. No pięknie, skończę na dożywociu w swoim pokoju.

- Może lepiej posadź nas na ziemi. – powiedział Jack niepewnym głosem i obdarzył mnie pełnym obaw spojrzeniem . Miał rację, teraz lepiej nie protestować, gorzej tylko na tym wyjdziemy.

Potaknęłamtylko głową i omal się nie poryczałam. Teraz to już całkowicie go znienawidzi,nie ma to jak pierwsze dobre wrażenie. I o co ten facet tak się wścieka? Co, bomba jest pod maską, czy jak? Och, do bani…

1 komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...