Comatose

przez , 27.sty.2014, w Coruscant

Hello Jedi Knights. Straszne, straszne spóźnienie… Ale brak czasu i weny robi swoje. Póki co czas ferii zimowych i udana jazda na nartach w zeszłym tygodniu :D Annica „dorasta” w pewnym sensie, a kolejny rozdział szykuje się całkiem niezły ;D trzymajcie kciuki. I jeszcze jedno. Zapraszam na nowego bloga, mojego, Bujki i Dziecka, gdzie czeka już drugi świeżutki rozdział – www.ludzieumyslu.blogspot.com

Rozdział 16.

     Nie mogłam zrozumieć tego, co się wydarzyło. W końcu przez ostatnie szesnaście lat chodziłam do normalnej szkoły i udało mi się znaleźć przyjaciół. Ale ci cholerni Jedi musieli to zniszczyć.
     Stang! Co ja mówię…
     W każdym razie mój umysł nie był w stanie tego ogarnąć. Poleciałam na Dantooine i nagle wróciłam. Cały czas wydawało mi się, że to, co tam przeżyłam, było tylko złudzeniem. Snem, który przeistoczył się w koszmar. Miałam wrażenie, że było to tak dawno. Zaczynałam nawet zapominać twarze Mattisa i Tore’a. Choć Cordii dziwnym trafem nie mogłam wymazać z pamięci, widziałam ją ilekroć zamykałam oczy.
     Nawet teraz, kiedy starałam się zasnąć. Materac był twardy i niewygodny, a poduszka zbyt płaska. Za oknami szumiał głośno wiatr, a o szyby rozbijały się kolejne krople deszczu. Kwatera, jaka została mi przydzielona w Świątyni, nie była wcale przytulna. Oprócz toalety, łóżka i szafy nie było tu niczego innego. Do starego mieszkania, którego nie widziałam już chyba od stu lat, nie odważyłam się wrócić. Nie brakowało mi mojego posłania, właściwie niczego mi nie brakowało. A przynajmniej próbowałam to sobie wmówić. Wcale nie tęskniłam za zapachami w łazience, zaparowanym lustrem, moimi ubraniami i jedzeniem, którego nigdy nie było w lodówce. Mogłam przeżyć bez tego, z łatwością.
     A jednak krzyczałam z rozpaczy, nie mogąc znaleźć sobie miejsca na skrzypiącej pryczy. Nie byłam w stanie powstrzymać szlochu, czułam jak drżę, ale nawet nie próbowałam z tym walczyć. Poddałam się wszystkim emocjom, wypłynęły ze mnie niczym zbyt duże ilości wody z tamy, która nie potrafiła jej utrzymać. Ilekroć zamykałam oczy widziałam straszne rzeczy. I wcale nie śniłam, nie wiedziałam czy to jakieś wizje na jawie, czy po prostu moja wyobraźnia wariuje. Dotarło do mnie, co wydarzyło się na Coruscant kiedy mnie nie było. Moja matka przemawiała w Senacie w jakiejś bardzo istotnej sprawie, nie spodziewając się niczego. Mówiła, aż tu nagle świst! i zostaje trafiona z blastera prosto w serce. Albo platforma, na której stała, nagle wybucha. Jej ciało płonie, a oczy tracą swój dawny blask. Już nie żyła. Nie było jej, zostawiła mnie i już nigdy więcej jej nie zobaczę. Czułam, że jej za to nienawidzę. A jednocześnie tak bardzo za nią tęskniłam, że wrzeszczałam z rozpaczy jeszcze głośniej. Potem zdawałam sobie sprawę, jakim człowiekiem był mój ojciec. Do granic możliwości zakochanym w kobiecie, bez której nie mógł żyć. W sumie mu się nie dziwiłam. A jednak nie potrafiłam uwierzyć, że zrobił coś takiego. Dał się skusić Ciemnej Stronie niczym naiwne dziecko, mimo ostrzeżeń, bo tam czekała nagroda w postaci cukierka. Pewnie naobiecywali mu niewiadomo czego, a on głupi posłuchał. Tyle lat spędzonych na walce ze złem, tyle wojen, bitew, walki na śmierć i życie. Wszystko na nic. Zaprzepaścił swoje życie, zawiódł mamę, Obi-Wana i mnie. Zresztą, całą Republikę. Pomyśleć, że był nazywany bohaterem. Nie wiedziałam co o tym myśleć, w mojej głowie krążyło tysiące uczuć. Byłam na niego wściekła. Strasznie wściekła. I jeszcze się bałam. Że zrobi coś strasznego, że teraz będzie się zachowywał jak Cordia – nie zawaha się użyć swojego miecza do podłych celów. Że wróci tu i mnie zarżnie. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Jak mogłam tak myśleć, to podłe. A jednak przypomniały mi się te wszystkie sny, być może nawet niektóre z nich okazały się być prawdziwe. Na pewno fakt, że to się rzeczywiście wydarzyło – stał się taki jak w moich koszmarach. Bałam się go jak ognia, ale było też w tym coś dziwnego. Obawiałam się o jego życie. Że coś mu się stanie, ktoś zrobi mu krzywdę. Może to głupie, ale go kochałam. I nie chciałam go utracić, tak jak matkę.
     Tej nocy nie mogłam zmrużyć oka. Tak więc wytarłam nos, ubrałam się i z zapuchniętymi oczyma opuściłam moją kwaterę. Mogłam tylko marzyć, że nikt mnie w środku nocy nie zauważy; Świątynia żyła bezustannie, nawet teraz, o tak późnej porze wszystkie światła rzucały blask na korytarze, które roiły się od rycerzy. Przedzierałam się przez nich ze spuszczoną głową, starając się ukryć twarz w kapturze długiego brązowego płaszcza. Paru z nich zatrzymywało się, by na mnie spojrzeć ze zdziwieniem, bądź też zagadnąć w dobrych intencjach, ale ja się nie zatrzymywałam. Zmierzałam tylko do hangaru. A kiedy już się tam znalazłam, wsiadłam do najbliższego śmigacza z zamykanym kokpitem i ruszyłam w stronę wylotu ze Świątyni. Odetchnęłam głęboko i zamknęłam na sekundę oczy, wyciskając kolejne łzy. Skręciłam gwałtownie, unikając czołowego zderzenia z innym pojazdem, po czym włączyłam się do ruchu powietrznego na jednym z tysięcy szlaków na Coruscant. Planeta świeciła się jasnym światłem strzelistych budynków, które rozjaśniały ciemną noc i ociekały rzęsistym deszczem. Dziwił mnie fakt, że nadal pada, coś musiało być nie tak z tym systemem od pogody. Starałam się wyłączyć myślenie, by choć przez chwilę nie skupiać się na udręce, jaka nie dawała mi spokoju. Ale nie mogłam, a gdy przelatywałam obok budynku Senatu; olbrzymiego gmachu o kształcie półkuli, gdzie parę dni temu ktoś zamordował Padme Amidalę, nie mogłam się nie rozryczeć. Odwróciłam wzrok i otarłam oczy wierzchem dłoni. W głębi duszy wiedziałam, że jako Jedi nie powinnam się tak zachowywać. Nie powinnam płakać, ani tęsknić, rozpaczać nad losem osób, które kochałam. Nie powinnam kochać. I czuć. Ale ciężko było stać się jednym z tych „cyborgów” w ciągu zaledwie miesiąca, podczas gdy oni uczą się tych ortodoksyjnych zasad od zawsze. Bo Jedi byli cyborgami, nie zamierzałam się oszukiwać i wmawiać, że tak nie jest. Jak można pozbywać się uczuć? Jak można nie kochać i nie tęsknić? W dalszym ciągu nie potrafiłam tego zrozumieć. Bo kiedy pomyślałam, że moja mama odeszła na zawsze, coś ściskało mnie w środku. I wtedy wcale nie dziwiłam się ojcu, że oszalał. Na pewno oszalał. W przenośni albo i na serio. Jego psychika wybuchła niczym laska dynamitu. Co nie zmienia faktu, że nic nie usprawiedliwia jego czynu i tego, co zamierza zrobić dalej. A miałam co do tego bardzo złe przeczucia.               Skierowałam śmigacz w stronę jednego z wysokich wieżowców, gdzie mieściły się mieszkania jednych z tych zamożniejszych osób na Coruscant. Dotarłam do lądowiska na dachu, wzięłam jeszcze jeden głęboki wdech i narzuciłam kaptur na głowę. Wyskoczyłam z kabiny, otuliłam się płaszczem i uciekłam przed deszczem do środka budynku. Przy wejściu stał strażnik, który postanowił mnie zatrzymać, by upewnić się co do moich zamiarów, lecz gdy dostrzegł mój strój, postanowił mnie puścić ufając mi „na słowo”, chociaż nic nie powiedziałam. Starałam się uśmiechnąć, co nie bardzo mi wyszło, ale on pewnie pomyślał, że przysyła mnie tu Świątynia w jakiejś ważnej sprawie. Nie zamierzałam się z tym sprzeczać, po prostu weszłam do środka.
     Wśród gęstwiny korytarzy oświetlonych słabym światłem lamp panowała cisza i spokój. Bogaci mieszkańcy musieli być dawno pogrążeni we śnie, a ja starałam się iść na palcach, by nikogo nie obudzić. Odnalazłam drzwi z nazwiskiem Cane i wsłuchałam się w dźwięki dobiegające ze środka. Chyba jako jedyne w całym budynku. Słyszałam męskie głosy i głośny dziewczęcy śmiech. Poczułam, jak drżę, lecz nie zawahałam się zapukać. Dość głośno, by ktokolwiek mnie usłyszał. Dźwięki ucichły i czekałam cierpliwie. Czułam coraz szybsze kołatanie serca. A potem usłyszałam czyjeś niepewne kroki i durastalowe drzwi się rozsunęły.
Ujrzałam nastoletniego chłopca o jasnej karnacji, czekoladowych oczach i czarnych rozwichrzonych włosach z grzywką rzuconą na lewą stronę. Były krótsze. Miał na sobie równie czarne spodnie, białe skarpetki i wymiętą koszulkę bez rękawów z napisem „Kocham Coruscant”. W ręce trzymał butelkę czerwonego wina, którą obrzuciłam przelotnym spojrzeniem. Skupiłam się na jego oczach, które otwierały się szerzej z każdą sekundą, wraz z ustami pełnymi chipsowej miazgi.
     Wyrwałam mu butelkę z ręki i wypiłam znaczna część płynu duszkiem. W ustach poczułam kwaśny smak, a przełyk zapiekł mnie wraz z żołądkiem. Wcisnęłam mu wino z powrotem w ręce – omal nie upuścił butelki ze zdziwienia – i jeszcze przez chwilę gapiłam się na niego, napawając się jego widokiem.
     - Miałeś rację, Jack. – rzekłam, starając się, by mój głos drżał mniej niż sam tego chciał. Czułam zimno na skórze, ale nie wiedziałam czy jest ono wywołane stresem czy tym, że przemokły mi ubrania. – Wiedziałeś jaki on jest, zanim go zobaczyłeś. A ja tego nie dostrzegłam przez szesnaście lat. Byłam głupia.
    - Annica?
    - Nie, ciołku, moja babcia.
    - Co ty tu robisz? – zapytał po chwili, kiedy wreszcie dotarły do niego słowa, że wcale nie jestem własną babcią. Zmierzył mnie od stóp do głów i chyba nawet by się roześmiał, gdyby wcześniej nie zwrócił uwagi na mój wyraz twarzy. – Fajne wdzianko.
    Po raz drugi chwyciłam za butelkę, którą trzymał w dłoni, i wsadziłam gwint do ust. Tym razem napiłam się więcej, a gdy Jack wyrwał mi ją, po prostu się zachwiałam. Otworzyłam szerzej oczy, czując jak przez moment kręci mi się w głowie. A potem znów na niego spojrzałam. Wyglądał jeszcze ładniej niż wtedy, gdy widziałam go miesiąc temu na korytarzu w szkole, kiedy się pokłóciliśmy.
„Jedi się nie przywiązują. Nie kochają.”
     Znów wydałam z siebie szloch, ale wcale nie miałam ochoty zbliżać się do Jacka. Po prostu ściągnęłam z siebie płaszcz i cisnęłam nim w niego. On, znowu zszokowany, cofnął się do tyłu, patrząc na mnie ze zdziwieniem. Odpięłam miecz od pasa i wysunęłam ostrze. Tym razem niebieskie. Wcale nie brakowało mi mojej pierwszej broni. Tej, która miała inny kolor klingi niż mój ojciec. Wykonałam nią szybki obrót i przystawiłam ostrze do brody Jacka, który przełknął głośno ślinę, a oczy wyleciały mu z orbit.
     - Aa-aaa-nnica? Co ci jest? – zapytał wystraszony i obrzucił nerwowym spojrzeniem moją broń. Oddychałam głęboko, zaciskając palce wolnej dłoni w pięść. Czułam w sobie złość. Nie wiedziałam do końca czemu, ale tak było. Czułam w sobie właściwie każdy rodzaj emocji. Odwróciłam wzrok i zacisnęłam powieki. A potem znów na niego spojrzałam, w dalszym ciągu czując gorycz, ale jednocześnie ulgę. Nie potrafiłam tego wyjaśnić.
     - Miałeś rację. Jedi są… okrutni. Bezwzględni. Zabrali mi wszystko. Was mi zabrali i zmusili, bym była taka jak oni. Nienawidzę ich za to. – wyjęczałam, starając się za wszelką cenę zachować równowagę i nie ściąć mu głowy. – Zabronili mi wszystkiego, co do tej pory było dla mnie ważne. Ale… Sithów też nienawidzę. Bo oni zniszczyli mój dom. – poczułam, jak ręka trzymająca miecz zadrżała. A Jack zrobił ostrożny krok do tyłu. – To oni są winni, rozumiesz?
     Z głębi mieszkania rozległ się dziewczęcy cienki głosik, pytający z kim Jack rozmawia. Rozpoznałam Rose. Nie odważył się jej odpowiedzieć, po prostu patrzył na mnie zlęknionym głosem, trzymając mocno butelkę wina. A chwilę później zobaczyłam dziewczynę i Michaela, wyłaniających się zza ściany.
     Rose miała na sobie szorty, jakby na dworze była świetna pogoda, i ten ostro różowy podkoszulek. Jej włosy spływały jej spokojnie po ramionach; były dłuższe. Już niemal zapomniałam, że są rude. Mike natomiast paradował tylko w szortach. Na nogach za to miał białe skarpety, podobnie jak jego przyjaciel, a wyrzeźbioną klatkę piersiową pokrywały kolorowe kreski, kropki i inne szlaczki. Malowali się pisakami?
     Rose omal się nie zachłysnęła na mój widok i wpadła na stolik z lampą stojący obok. Mike zrobił wystraszoną i zdezorientowaną minę i zdawał się nie wiedzieć co począć. Podbiec Jackowi z pomocą, czy ochraniać przede mną dziewczynę? Jedno było pewne: cała trójka się mnie bała.
    - Wszyscy mieliście tę cholerna rację! Powinnam was posłuchać, kiedy był na to czas. – kontynuowałam, zadając sobie sprawę, że właściwie już ich nie widzę; łzy i wściekłość zalewały mi oczy. Otarłam twarz rękawem. Znów zerknęłam na butelkę wina, której wypiłam już dosyć sporo, czując dziwną potrzebę dostarczenia mojemu organizmowi jeszcze większej ilości. – Macie wódę?
     Mike pokiwał głową i odwrócił się szybko za siebie, omal nie tratując Rose. Wbiegł do pokoju i nie trwało długo, kiedy pojawił się z powrotem, trzymając butelkę alkoholu. Przełknęłam ślinę.
     - Ale najpierw wyłącz to coś. – odezwał się, spoglądając niepewnie na mój miecz. Rose szturchnęła go w bok, na co posłał jej taksujące spojrzenie. – No co?
     - Co się stało, Hugo, powiedz nam. – rzekła spokojnie moja niegdyś przyjaciółka, podchodząc do mnie bliżej z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Powiedziała do mnie Hugo. Tak dawno nie słyszałam tego durnego przezwiska… Moje oczy znów stały się wilgotne. – Dowiedzieliśmy o Dantooine. Myśleliśmy, że już nie…
    - Nie żyję? Właśnie widzę jak rozpaczacie nad moją śmiercią.
     Michael zauważył, że patrzę z odrazą na jego popisany brzuch. Zakrył się rękoma i odwrócił wzrok. Jack natomiast spróbował odsunąć się od mojego ostrza, ale ja mu na to nie pozwoliłam. Znów przełknął głośno ślinę.
     - Przepraszam, że was nie posłuchałam. Byliście moimi przyjaciółmi, a ja was zostawiłam, by stać się tym. – dodałam, wskazując na moją przemokniętą szatę. Czułam do siebie podobną niechęć jak do kolorowego ciała Mike’a. – Jak zwykle byliście mądrzejsi ode mnie.
     Rose chwyciła za rękojeść miecza i najzwyczajniej w świecie wyrwała mi go z ręki. A ja się nie opierałam, czułam się zbyt paskudnie. Wyłączyła go, po czym spojrzała mi prosto w oczy, nawet nie próbując się uśmiechać.
     - Wolę nie wiedzieć, co tam przeżyłaś. Ale cieszę się, że jesteś cała. – rzekła, a ja widziałam jak w jej niebieskich oczach zbierają się łzy. Zarzuciła mi ręce na szyję i mocno mnie ścisnęła. Poczułam zapach jej słodkich perfum. Tak bardzo różniła się od Cordii. – Dowiedziałaś się o mamie, mam rację?
     Nie odstawiła mnie od siebie, by zobaczyć moją reakcję. Nie musiała – usłyszała mój kolejny wybuch płaczu. Gdybym trzymała mój miecz, nie wiadomo co bym z nim zrobiła. Osunęłam się na kolana, a Rose nie dała rady mnie utrzymać.
     - Lubiłem twoją mamę. – rzekł ostrożnie Jack, kładąc mi rękę na ramieniu. Rose ciągle mnie przytulała, a ja moczyłam jej różowy top. Mike ukląkł przy nas i pogładził moje mokre i skręcone włosy.
     - Naprawdę mi przykro. To musiało być dla ciebie trudne.
     - Mój ojciec jest Sithem.
   Zamilkli, choć wiedziałam, że wymieniają się zdezorientowanymi spojrzeniami. Zaciskałam mocno powieki i wstrzymywałam oddech, by znów nie wybuchnąć.
     - Co ty mówisz? – zapytał Michael po chwili, a ja potrzebowałam paru następnych, by mu odpowiedzieć. W końcu zaczerpnęłam powietrza i spojrzałam na niego. Uspokoiłam swój głos na tyle, na ile mogłam.
     - Przeszedł na Ciemną Stronę. Stał się tym, przed czym sam mnie przestrzegał, rozumiesz? Zdradził nas wszystkich.

Po raz pierwszy od paru godzin zdołałam ochłonąć. Siedziałam teraz na łóżku Jacka w jego pokoju, siorpiąc z kubka gorącą herbatę. Dostałam ubranie na zmianę mojej mokrej szaty; koszulkę z napisem „Kocham Coruscant”. Nie chciało mi się wnikać, po co mój przyjaciel trzyma takie dwie. Rozglądałam się po ścianach, nie mogąc nadziwić się, ile się tu zmieniło. Meble stały w innym rozstawieniu, szafa koło okna, a biurko po drugiej stronie, komoda jeszcze gdzie indziej. A łóżko na samym środku. Było bardzo duże i wygodne w przeciwieństwie do mojej nowej pryczy. Tyle że nie miałam odwagi posunąć się dalej niż na sam brzeg, widząc prześcieradło i kołdrę w nieładzie i porozsypywane między nimi kolorowe pisaki, chipsy i inne resztki jedzenia. Na ścianach wisiały hologramy, niektóre z nich były ruchome, przedstawiając różne sceny z życia Jacka. Na jednym był mały i mama trzymała go na rękach, na drugim stał z pucharem, a na jeszcze innym były tylko nasze twarze. Moja i jego; robiłam głupią minę, a on wystawił język i robił zeza. Pamiętałam te ujęcie – było to zanim dowiedziałam się, że w ogóle mam w sobie takie coś jak midichloriany.
Rose siedziała obok mnie, starając się robić dobrą minę do złej gry. Próbowała się uśmiechać i grać rozluźnioną, co w ogóle jej nie wychodziło. Mike buszował w kuchni, szukając pewnie czegoś sensownego do zjedzenia prócz chrupek, a Jack narzucił mi jeszcze koc na ramiona widząc moją gęsią skórkę, poczym kucnął przede mną, patrząc mi prosto w oczy. Widziałam w nich masę bólu i złości.
     - Nawet nie wiesz, co teraz czuję. – zaczął niepewnie, starając się wytrzymać moje spojrzenie. Dobrze to wiedziałam, mogłam przecież wysłać wici Mocy i stwierdzić, że jest mu z jakiegoś powodu głupio. – To co powiedziałaś… Nie chce mi się wierzyć.
     - Mi też nie. – rzuciła Rose po chwili milczenia, kładąc mi dłoń na ramieniu. Potrząsnęła głową i przeczesała ręką swoje rude włosy. – To niemożliwie, żeby twój ojciec mógł… Przecież to absurd, może ktoś cię wrobił.
     - Obi-Wan? Komu jak komu, ale jemu ufam. – odparłam, zaczerpując kolejny łyk płynu. Smakował obrzydliwie, niczym ścieki. Musiałam się skrzywić. – Fuj, co to za świństwo?
     Jack zerknął nieznacznie w stronę drzwi, za którymi Michael przyrządzał coś na kuchence.
     - Nie mów głośno, bo cię usłyszy. Gotowanie to jego nowa pasja, tyle że jeszcze nie wie, że jest beznadziejny. Jeszcze.
     Rose poderwała się z posłania i stanęła nad nami. Wydawała się być czymś rzeczywiście wstrząśnięta, a miałam marne nadzieje, że chodzi o Blondasa, który nie potrafi nawet zrobić porządnej herbaty.
     - Ja i tak nie wierzę, że twój tata stał się zły. Nigdy nie był. – rzekła, zerkając raz na mnie, raz na Jacka, oczekując naszego potwierdzenia jej idei. Wzruszyłam tylko ramionami i wpatrzyłam się w płyn o smaku ścieku. Moja przyjaciółka przykucnęła obok czarnowłosego i złapała mnie za kolana. – Słuchaj, nie możesz w to uwierzyć, musisz mieć nadzieję, że wszystko wróci do normy.
     Do normy? Przerwałam szkołę, moja mama nie żyje, a ojciec jest właściwie niewiadomo gdzie i robi niewiadomo co, współgrając z wrogiem. Nie jestem już tą samą dziewczyną co kiedyś, zostałam Jedi. Powiedzmy, nie miałam nawet Mistrza.
     Pokręciłam w zrezygnowaniu głową.
     - Już nic nie będzie takie jak dawniej. Pamiętacie Cordię? Tę dziewczynę z długim pomarańczowym warkoczem?
     Wymienili się zaintrygowanymi spojrzeniami, poczym oboje odpowiedzieli:
     - No tak.
     - Ona też jest Sithem. Zdradziła mnie i cały nasz obóz z Dantooine. Mało brakowało, aby mnie zabiła.
     Moi przyjaciele, tym razem nie fałszywi jak Cordialita, wytrzeszczyli na mnie oczy. Uniosłam minimalnie kącik ust, wiedziałam, że tak zareagują. Musiałam mówić dalej, już mnie wzięło, żeby powiedzieć wszystko.
     - Widziałam we śnie jej brata, który teraz jest gdzieś na Coruscant z mistrzem. Ona pewnie do nich dołączyła, a mój ojciec powinien być razem z nimi. Czworo Sithów na jednej planecie, to nie brzmi najlepiej.
     Trudno mi było wypowiedzieć czworo, doliczając oczywiście to tego grona kogoś, na kim mi zależało. Cały czas czułam w sobie gniew za to, co uczynił, wiedząc, że nie powinnam mu więcej ufać. A jednak pragnęłam za wszelką cenę, by wrócił do domu.
     - Annica, ja… to ja się myliłem, a nie ty. – powiedział Jack, a w jego głosie był słyszalny żal. Niemalże czułam, jak ściska go w środku z bólu. – Ty znasz swojego tatę, on cię wychował, a gdyby był kimś złym, to ty również nie byłabyś dobra. Dzielna z ciebie dziewczyna, przeżyłaś na tej przeklętej Dantooine i wróciłaś. Jesteś najbardziej odważną i jednocześnie zwariowaną osobą jaką znam i podziwiam cię za to co robisz.
     Kiedy to mówił, mało brakowało, aby się rozpłakał. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie, a Rose nic tylko kiwała głową, zgadzając się z jego słowami. Poczułam się jakoś dziwnie, jakby… lepiej. Ktoś mnie docenił, a to dało mi kopa. Spojrzałam na nasz wspólny hologram na ścianie i na te głupie miny. On też był zwariowany. Wszyscy byliśmy zwariowani. Skinęłam głową.
     - Macie rację, on nie mógł od tak wyrzucić z siebie całego dobra. – powiedziałam pewnym siebie głosem, odstawiłam kubek na stolik nocny i wstałam szybko z łóżka. Sięgnęłam po moją szatę, która zdążyła nieco wyschnąć i włożyłam ją na siebie.
     - Co chcesz zrobić? – zapytał jeszcze mój przyjaciel, marszcząc w zastanowieniu brwi, kiedy śledził moje ruchy. Złapałam za płaszcz.
     - Muszę go ratować, zanim stanie się coś naprawdę złego.

     Wróciłam do Świątyni i walnęłam sobą do łóżka, starając się za wszelką cenę zasnąć. Kiedy w końcu mi się to udało, miałam sen. Stałam w malutkim pokoiku, gdzie światło dawała tylko zwisająca z sufitu żarówka. Przy ścianie stała staruszka w za dużej szarej sukience i kiwała na mnie smętnie głową, poczym wskazała na małe okienko, abym w nie spojrzała. Gdy to uczyniłam, zobaczyłam Coruscant skąpane w pomarańczowym dymie. Tylko dym otaczający budynki, zero jakichkolwiek pojazdów przemierzających szlaki powietrzne. A potem znalazłam się tam w dole, na bruku, u stóp drapaczy chmur, pośród ławicy ogarniętych szokiem ludzi. Biegli wszyscy w jedną stronę, krzycząc i tratując się nawzajem. Kobiecy głos odezwał się w mojej głowie i nakazał biec, co natychmiast uczyniłam, choć ze świadomością, że ktoś mnie goni. A kiedy się odwróciłam zobaczyłam mężczyznę w długim płaszczu i zasłoniętą kapturem twarzą. Chwilę potem skoczył ku mnie i złapał za kark, zaczynając mnie dusić. Ściągnął kaptur i zobaczyłam oczy Anakina Skywalkera o krwistoczerwonej barwie i jego wykrzywioną bólem twarzą.
     Obudziłam się, w dalszym ciągu czując blokadę w krtani. Kiedy wreszcie złapałam oddech, otarłam mokre od potu czoło i przetarłam oczy. Miałam deja vu. Byłam pewna, że już kiedyś widziałam tę scenę; staruszkę o przerażających zmarszczkach i panikę ludzi na planecie. A potem uświadomiłam sobie, że ten sen przyśnił mi się dawno temu, będąc moim pierwszym rzeczywistym koszmarem. Obi-Wan Kenobi powiedział mi kiedyś, że osoby mające bardzo dużą ilość midichlorianów, mogą widzieć przyszłość w swoich snach. Wstąpił we mnie lęk, że również i ten koszmar może zaliczać się do takich wizji, a to nie wróżyłoby niczego dobrego. Coruscant w popłochu i kopcące się budynki? Słabo to widziałam.
     Ogarnęłam się trochę, zmieniłam ciuchy i wygramoliłam się z mojej kwatery. Kiedy jeszcze zapinałam swój pas, posuwając się zwolna po korytarzu Świątyni Jedi, wpadłam na grupę stojących na środku ludzi. Cofnęłam się od razu, a oni wszyscy zmierzyli mnie zaciekawionymi spojrzeniami. Było ich czworo: dwóch facetów, w tym Obi-Wan, a także czarnoskóry Mistrz z łysą głową, który – jak dobrze pamiętałam – zwał się Mace Windu. Towarzyszyły im dwie kobiety; jedna Twi’lekanka o zielonym odcieniu skóry, z dwoma głowoogonami, oraz jej koleżanka, o rasie człowieka. Miała czarne niczym smoła włosy spływające jej po ramionach, z grubą grzywką i paroma koralikami wplątanymi w jeden z kosmków. Jej skóra była jasna niczym śnieg, a oczy równie czarne jak włosy, przypominające węgiel. Jako jedyna z całej czwórki nie uśmiechnęła się na mój widok, co odrobinę zbiło mnie z tropu. Fakt faktem, że Mace Windu raczej skrzywił się, niż obdarzył mnie uśmiechem, ale on przynajmniej okazał jakąś emocję. A ona nic, gapiła się na mnie tymi swoimi oczami, które zdawały się nie mieć źrenic, przez co dostałam gęsiej skórki.
     - Witaj, moja droga, spałaś dobrze? – zagadnął mnie Obi-Wan i klepnął po ramieniu. Z trudem odwróciłam wzrok od tej kobiety i skupiłam się na nim. Przełknęłam ślinę.
     - Miałam wizję, będzie jakiś atak na Coruscant albo coś. – odparłam bez ogródek, na co wszyscy Mistrzowie zmarszczyli brwi i wymienili się spojrzeniami.
     - Może to tylko sen. – podsunęła ta czarnowłosa, a mną aż zachwiało, kiedy usłyszałam jej głos. Był niski i zimny, w dodatku podsycony tym jej tępym wzrokiem skierowanym na mnie. Ale nie o to chodziło. Ten sam głos usłyszałam w dzisiejszym koszmarze. – Jesteś pewna, młoda Skywalker?
     Nazwała mnie młodą Skywalker. Zaczynałam nienawidzić tego nazwiska, już chyba lepsze byłoby Skajcioper, jak mawiała moja dawna wuefistka. Jak teraz będą mnie tu traktować? Jako tę, która uszła z życiem z rzezi na Dantooine, czy może jako przeklęte dziecię Sitha? Bardziej byłam skłonna do tej drugiej wersji.
     - Ten sen wydawał się bardzo realny. Myślę, że w obecnej sytuacji powinniśmy brać pod uwagę każde potencjalne zagrożenie.
     Znów wymienili się spojrzeniami, tyle że teraz było w nich coś na zasadzie zdumienia. Też coś, ja również potrafię myśleć trzeźwo, nawet jeśli zamordowali mi matkę, a ojciec mnie po prostu zdradził i zabijał w koszmarach. Uznałam, że nie będę na razie o tym wspominać i po prostu traktować go jako kogoś mi nieznajomego. Nie zamierzałam rodzić w sobie żadnych uczuć. Żadnego przywiązania, zero emocji. Opanowanie. Przecież tego właśnie ode mnie chcą, więc właśnie to dostaną.
     - Zwołajmy natychmiastowe zebranie Rady Jedi, należy ustalić parę szczegółów. – oznajmił Mistrz Windu, jeszcze raz mierząc mnie wzrokiem. Zaplotłam ręce za plecami, tak jak oni to robili, spoglądając na niego z uniesioną brodą.
     - Rozumiem, że mam się stawić, Mistrzu? – zapytałam śmiało, na co lekko się zmieszał. Obi-Wan zerknął na mnie ostrzegawczo, co oczywiście zignorowałam, Twi’lekanka uśmiechnęła się nieznacznie, a ta czarnowłosa znów nie okazywała żadnych emocji. Windu odchrząknął, poczym nasze spojrzenia się spotkały. – Podejmowanie jakichkolwiek decyzji bez rozważenia moich zeznań byłoby nie na miejscu. Nie taka byłaby wola Mocy.
     - Bez wątpienia. Oczekujemy cię za godzinę.
     - Będę nawet pięć minut szybciej.
     - Zatem do zobaczenia, Mistrzowie. – zwrócił się do swoich towarzyszy i skinąwszy do każdego głową, odwrócił się na pięcie i odszedł. Obi-Wan stanął na jego miejscu z założonymi na piersi rękoma. Minę miał typu: „Co to miało znaczyć, młoda padawanko?”
      - Udam się na posiłek, pozwolisz. – odparowałam na jego niewypowiedzianą jeszcze uwagę, skłoniłam się nisko do ich trójki i minęłam ich, kierując się w ślad za Mistrzem Windu. Za plecami usłyszałam jedynie westchnięcie i ciche chichotanie. Gdy wpadnie się między wrony, trzeba krakać jak one, niestety.

     Godzina minęła mi bardzo szybko, ponieważ samo odnalezienie jadalni zajęło mi całe pół. A potem jadłam, obserwując uważnie wszystkich Jedi, którzy się przez nią przewijali. Niektórzy mieli płaszcz, inni nie. Jedli bardzo wolno, delektując się posiłkiem, który w gruncie rzeczy nie smakował jakoś wyśmienicie. Rozmawiali ze swoimi towarzyszami, choć w ich mimice nie występowało takie coś jak parskanie śmiechem, walenie pięściami w stół, czy nawet gadanie z pełnymi ustami. Zachowywali dystans do wszystkiego, a kiedy coś ich rozbawiło, śmiali się bardzo cicho. Chodzili wyprostowani, nie szurali butami, nie robili niczego, co ja zrobiłabym w szkolnej stołówce podczas lunchu. Nawet nie bekali, zgroza.
     Gdy już skończyłam i uświadomiłam sobie, że powinnam nawet nie lecieć, tylko mknąć niczym odrzutowiec na spotkanie z Radą, bo będę spóźniona, puściłam się biegiem najpierw przez jadalnię, potrącając paru Jedi, a potem przez korytarz. Ściągnęłam na siebie wzrok każdego, dosłownie. Nie mogłam pozbyć się uczucia, że patrzą na mnie krzywo z powodu tego, że nazywam się Skywalker, to było dość bolesne.

     Salę zgromadzeń Najwyższej Rady Jedi wyobrażałam sobie nieco inaczej. Było to okrągłe pomieszczenie otoczone wielkimi oknami, za którymi rozciągała się panorama Coruscant ze szlakami powietrznymi przecinanymi przez tysiące pojazdów. O dziwno nie padało, a w budynkach odbijało się światło słońca.
     W okręgu stało dwanaście niskich i szerokich foteli z na pewno wygodnymi siedziskami. Sześć z nich było zajęte, a na pięciu widniały niebieskie hologramy Mistrzów, którzy byli poza Świątynią i tylko w taki sposób mogli być obecni na spotkaniu. Jedno miejsce było wolne.
Tylko paru Mistrzów znałam. Należał do nich Obi-Wan, który siedział z nico zasępioną miną, jakby coś go dręczyło. Był też Mace Windu, znów mierzący mnie swoim wzrokiem. Blask słońca odbijał się o jego łysą brązową głowę. Koło niego siedziało małe zielone stworzenie o starej i pomarszczonej skórze, małą ilością siwych włosów, trzema palcami w każdej dłoni zakończonymi ostrymi pazurami, a także długimi uszami na głowie. Mistrz Yoda, legenda Zakonu, a ja przed nim stałam, starając się zachować powagę. Z jednej strony czułam do niego respekt, a z drugiej starałam się nie roześmiać. Był takim śmiesznym malutkim trolem. Widziałam również Mistrzów różnych innych ras, ale ich imion niestety nie znałam. A pośrodku sterczałam jak kołek ja, oczekując, co też mi powiedzą. Zdałam sobie sprawę, że waży się mój los.
     - Co chcesz powiedzieć nam, młoda Skywalker? Zapewne dużo do mówienia masz, nie krępuj się zatem. – rzekł powoli Yoda swoim ochrypniętym głosem. Słyszałam, że zwykł budować zdania w dość nietypowy sposób, ale nigdy bym nie przypuszczała, że to usłyszę.
     - Co wydarzyło się na Dantooine? – zapytał bez skrupułów Mace Windu, drapiąc się w zastanowieniu po brodzie. Zauważyłam, że Obi-Wan posyła mu zaskoczone spojrzenie, co pewnie oznaczało, że nie spodziewał się takiej bezpośredniości. Ja sama byłam zdumiona, że od razu chce wszystko wiedzieć. Zresztą, oni i tak nie mają uczuć, co z tego, że mogłam załamać się psychicznie.
     Postanowiłam grać w otwarte karty i zachowywać się tak jak oni. Nie dam po sobie niczego poznać, niech wiedzą, że nie zmiękłam przez to wszystko.
     - Nasza grupa została zdradzona przez jednego z nas. – zaczęłam, patrząc na Yodę, który mniej mnie onieśmielał niż Mistrz Windu. Cała jedenastka słuchała mnie z uwagą, jedni nawet pochylali się do przodu, chcąc maksymalnie się skupić. – Cordialita Swunda, która przybyła do Świątyni pod pozorem bycia padawanem Jedi, poleciała razem z nami, gdzie razem ze swoim bratem dokonali mordu na…
     Nie mogłam nie zadrżeć na samą myśl. Odwróciłam na chwilę wzrok, hamując łzy jakie napłynęły mi do oczu. Mace Windu gestem nakazał mi kontynuować.
     - Zabili wszystkich. Ja sama walczyłam z Cordią, a potem, kiedy ona myślała, że nie żyję, udało mi się opuścić planetę. Mówiła, że jej brat jest już w drodze na Coruscant.
     Wśród Mistrzów Rady przeszedł pomruk. Wymienili się spojrzeniami, a następnie głos zabrał ktoś siedzący obok Yody. Miał skórę w kolorze kości słoniowej, wydłużoną ku górze czaszkę i siwą brodę.
     - Czyli to zdrajcy. Uważasz, że są Sithami?
     - Tak. Zdecydowanie.
     - Pewnie Mistrz i uczennica. – dopowiedział, gładząc się po brodzie. Pokręciłam przecząco głową, przez co spojrzał na mnie uważniej.
     - Nie, Cordia wspominała o kimś, kto szkoli ich dwójkę. Również przebywa na Coruscant.
     - No i jest jeszcze Skywalker. – dorzucił Mace Widnu, nieznacznie na mnie zerkając. Poczułam ukłucie bólu, kiedy wymówił ostatnie słowo. Starałam się jednak nie złamać i udawać, że wcale mnie to nie rusza. – Obi-Wanie? Wiesz, gdzie on może teraz przebywać?
     Mistrz Kenobi siedział w swoim fotelu, gapiąc się w podłogę. Kiedy usłyszał swoje imię, drgnął, lecz nie zmienił pozycji. Pokiwał przecząco głową.
     - Nie rozmawiałem z nim, odkąd zmarła Pad… Senator Amidala. – rzekł tylko, nie patrząc nawet na mnie. Jego oczy zdawały się być za mgłą, jakby wspominał minione wydarzenia, kiwając głową z niedowierzaniem. Potarł dłonią twarz. – Powinienem mu pomóc, ale nie mogłem…
     - Nie twoja wina to jest, Obi-Wan. Odnaleźć wroga teraz musimy. – powiedział Mistrz Yoda, a cała dziewiątka pokiwała głową dając znak, że się z nim zgadza.
     - Jeśli to prawda, że są na Coruscant, nie mamy wiele czasu. To raczej nie przypadek, mogą knuć coś przeciw nam. – dopowiedział Mace Windu, zaplatając palce w koszyczek. Dostrzegłam kątem oka, że Obi-Wan westchnął cicho. Czułam jego ból. – Wyślemy Jedi na poszukiwania.
     - A co potem? – zapytałam, a sądząc po ich spojrzeniach jakimi mnie obrzucili, nie spodziewali się, że w ogóle się odezwę. Padawanom chyba nie wolno. Ale ja nie byłam przecież niczyim padawanem. – Co jeśli znajdziecie ich kryjówkę?
     - Będziemy walczyć. Choćby na śmierć i życie. – odparł czarnoskóry Mistrz, patrząc mi prosto w oczy. Jego wzrok nie był przyjazny, zupełnie tak jakbym to ja była winna, że Sithowie w ogóle istnieją.
     - Zabijecie ich? Myślałam, że Jedi…
     - Są niebezpieczni, młoda Skywalker. Powinnaś już to wiedzieć po walce na Dantooine.
   Nie odważyłam się powiedzieć niczego więcej, a nawet nie chciałam tego robić. Miałam jedynie nadzieję, że z moim szczęściem uda mi się dowiedzieć, gdzie jest ta kryjówka i zrobić coś na tyle głupiego, by nie dać ojcu zginąć. O zgrozo, dlaczego nie mieszkam na farmie i nie hoduję bydła?
     - Co się teraz ze mną stanie? – spytałam, patrząc na moje dłonie, które niewiadomo czemu zrobiły się całe lodowate. Odwróciłam się jednak szybko, kiedy dostrzegłam, jak Obi-Wan nagle zaczerpnął powietrza, wciąż nie odrywając wzroku od podłogi. Zmarszczyłam brwi.
     - Nie powinniśmy dalej jej szkolić. – powiedział cicho i niewyraźnie, jakby mówił tylko do siebie. Zamrugałam kilka razy gdy zdałam sobie sprawę, że chodziło mu o mnie. – Ja drugi raz nie popełnię tego błędu.
     Drugi raz?
     Mace Windu podrapał się w zastanowieniu po brodzie, zmierzył mnie wzrokiem i pokiwał głową. Nie bardzo rozumiałam. Yoda zaś posępniał i zwiesił głowę, a kilku innych Mistrzów wykonało parę nerwowych ruchów. Wiedzieli o czymś o czym ja nie wiedziałam.
     - Gui-Gon Jinna słuchać nie powinniśmy, gdy Skywalker jako dziecko do nas przybył. – powiedział, a ja z uwagą słuchałam jego słów. Dziecko? Mały Anakin? – Obi-Wan zgody na jego nauczanie dostać nie powinien.
     - Taka była wola mojego Mistrza. – odezwał się Kenobi, zerkając na zielonego stworka. Ich zaniepokojone wzroki się spotkały. – Mimo wszystko… to było tak dawno. Anakin był dobrym Jedi. Nawet najlepszym z nas wszystkich.
     - Od początku wiedziałem, że jest w nim strach. Trzeba było usunąć go stąd jeszcze zanim urodziło mu się dziecko. – dodał Mace Windu, a ja wbiłam w niego ostre spojrzenie. Chyba zapomniał, że cały czas tu jestem i słucham co mówi. Ale już po chwili wskazał na mnie palcem, co było dość niegrzeczne. – To samo czuję w tobie, Annie. Jesteś przepełniona strachem.
     - Mam na imię Annica.
     Mistrz Windu opadł na oparcie fotela i spojrzał na Yodę.
     - Jeszcze tak samo bezczelna.
     To on jest bezczelny. Ja nie powiedziałam niczego złego, nie moja wina, że nie pamięta mojego imienia. Co za pajac. Mistrz Yoda zaś obrzucił mnie smutnym wzrokiem, przeczesał rękę siwe włosy i rzekł:
     - Oni rację mają, Annica. Ciemności w tobie obawiać się powinniśmy. Dołączyć do ojca mogłabyś i siłę jego zwiększyć, jeśli twoje uczucia zachwiane zostaną.
     Zakołysałam się na piętach i wbiłam wzrok w podłogę. W normalnej sytuacji zaczęłabym się z nimi kłócić, że są w błędzie i zbyt pochopnie mnie oceniają, ale od razu przypomniałam sobie moją rozmowę z Cordią tam na Dantooine, jeszcze zanim wpadłam do lodowatego morza. Chciała przeciągnąć mnie na swoją stronę, mówiąc, że nigdy nie zostanę zaakceptowana. Właśnie spełniały się te słowa. Oni mnie nie chcieli, bo obawiali się, że wesprę wroga. Nie wiedziałam co o tym myśleć i co czuć. Byłam rozbita między dwoma światami, a każdy mógł mnie wykończyć.
     - Nie jestem dość silna, by Sithowie mogliby mieć ze mnie jakikolwiek pożytek. – stwierdziłam, choć nie zaryzykowałam spojrzenia na któregokolwiek z Mistrzów.
     - Ale kiedy się wyszkolisz, będą mieli. – odparł Windu tym swoim oschłym tonem, zupełnie tak jakbym już przeszła na Ciemną Stronę Mocy. To brzmiało tak strasznie, że aż przeszedł mnie dreszcz. – Poza tym, jesteś już prawie dorosła. To nie ma najmniejszego sensu.
     Spojrzałam na Obi-Wana, który podniósł na mnie wzrok i popatrzył tak żałośnie, że miałam ochotę mu przyłożyć. Kto jak kto ale on powinien mnie wspierać, a nie robić czegoś całkiem odwrotnego.
    - Są jednak sekty Jedi, gdzie uczniowie zaczynają szkolenie nawet w wieku dwudziestu lat. I wcale nie zdradzają swych braci. – odezwał się ten Mistrz z wysoką czaszką w kolorze kości słoniowej. Trochę zdziwiła mnie jego wypowiedź. Sekty Jedi? O tym nie wiedziałam.
     - Mistrzu Mundi, nie zauważyłeś, że my jednak różnimy się od tamtych Jedi? – odparował Mace Windu, na co ja od razu bym się zmieszała, lecz tamten facet ani drgnął pod wpływem jego spojrzenia.
     - Tym, że mamy tak ostre zasady, iż niektórzy tego nie wytrzymują? Ilu Jedi opuściło zakon z tego powodu? Zabranianie uczuć nie jest wcale takie nieuczciwe.
     Uniosłam w zdumieniu brwi, a nawet Obi-Wan nieco się ożywił. Polemika w sali posiedzeń Rady i to z mojego powodu. Tata byłby ze mnie dumny. Jeszcze zmienią kodeks i już w ogóle będzie rewolucja.
     - Czyżby? – oburzył się Mace Windu i aż wygodniej usiadł na fotelu. Zauważyłam, że Yoda chciał coś powiedzieć, ale jego czarnoskóry kolega wszedł mu w słowo. Zielony Mistrz skulił się niczym mały chłopczyk uciszony podczas rozmowy. – W takim razie czemu Skywalker stał się Sithem? Bo nie wytrzymywał tego, że stracił żonę, tylko dlatego.
     - Ale będąc w małżeństwie jakieś dwadzieścia lat bez zarzutu służył Zakonowi.
     Nieźle, ktoś go broni. Może nie został jeszcze tak całkowicie skazany na śmierć z ręki czarnoskórego Mistrza bez włosów na głowie.
     - Annica jest podobna do Anakina. – rzekł szybko Obi-Wan, zanim ktokolwiek inny zdążył zabrać mu głos. Skupiłam na nim całą swoją uwagę, będąc ciekawą, co też takiego powie. – Nawet bardzo. I odziedziczyła po nim wszystkie najgorsze cechy. Jest nieposłuszna, arogancka, porywcza i nie usiedzi na miejscu choćby przez chwilę. – spojrzałam na niego spode łba, czy to nie lekka przesada tak o mnie mówić? – Ale ma talent. Uczyłem jej podstaw i wiem, że potrafi radzić sobie z Mocą. Nieźle walczy i lata. I nie zapominajmy, kim była jej matka. Ona nie dałaby jej nigdy zdradzić Republiki.
     W sali zapanowała chwilowa cisza, a ja czułam na sobie jedenaście par oczu, które wbijają się we mnie dosłownie wszędzie. Może dadzą mi jednak szansę. Choć sama nie wiedziałam, czy tego chcę. Może lepiej byłoby wyjechać na Naboo i tam się schować na resztę życia, nie sprawiając już nikomu żadnych problemów. Nie byłoby ryzyka, że popełnię błąd i przeze mnie stanie się coś strasznego. Ale jeśli zniknę, nie uratuję ojca. A wtedy nigdy już nie pozbędę się wyrzutów sumienia, że mogłam mu pomóc, a tego nie zrobiłam.
     Mistrzowie zamyślili się, a już po chwili odezwał się ten najważniejszy z nich. W oczach tlił mu się dziwny płomień, który mógł w każdej chwili zgasnąć, więc nie czekał już dłużej.
     - Młoda Skywalker uczniem któregoś Jedi zostanie. – rzekł i podniósł prawą rękę. Nie czekałam długo, kiedy zaczęły w górze pojawiać się następne. Nie bardzo to wszystko rozumiałam, ale wyglądało to jak głosowanie. Na jedenaście osób ręki nie podniosło trzech, w tym Mistrz Windu, który tylko westchnął ciężko i gapił się na mnie wzrokiem mówiącym „I tak długo nie wytrzymasz, dziewczynko.” – Postanowione zatem. Mistrza, Annica, niebawem otrzymasz. Już wiem nawet kogo.
     Trochę zdziwił mnie fakt, że Yoda zachichotał, co pewnie oznaczało, iż czeka mnie niespodzianka. Uśmiechnęłam się jednak nieznacznie, że osiągnęłam w jakimś stopniu zwycięstwo i mam szansę zrobić coś dobrego. Mistrz Kenobi również uniósł kąciki ust, a ja miałam dziwne przeczucie, że to on będzie moim nowym mentorem. W sumie bym się nie zdziwiła. Skłoniłam się nisko najwyższemu członkowi Rady Jedi i opuściłam ich Salę Zgromadzeń.

:, ,

1 Komentarz dla wpisu

  • ~K

    No w końcu kolejny rozdział :* Kurczę, ale się uśmiałam. Chociaż w sumie nie powinnam z powodu dylematów Anniki ;/ Biedne dziecko. Rodzina jej się rozpadła :( Ja bym dała sobie spokój z ratowaniem ojca, ale to jest Annika. Ona musi. Uczucia nieźle w niej się mieszają. Napada na przyjaciół, wypiła borokom cały alkohol, koszulka ukradła… Niedobrze. W tym tempie to przejdzie na ciemną stronę xD Podoba mi się ta kobieta nazywająca ją „młodą Skywalker”. :D Uwielbiam mieć dodatkowe informacje… heheheh! Ostatnia scena: boska. I Yoda! „Uczniem któregoś Jedi zostanie” dum dudum dum dududududum!Zawsze go lubiłam. On taki maleńki, zielony, a taki silny! <3 Jeśli chodzi o całość. Bardzo spójna. Przyjemnie się czytało. Dobre opisy i o dziwo mnie nie nudziły. Fajnie pokazałaś jej emocje zarówno w formie przemyśleń, jak i wynikających z nich czynów. Chcę więcej takich rozdziałów! Pisać! Już! Now!
    PS: Jak zwykle dużo weny :* Pegaziątko <3

Odpowiedz

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...